Party filmowe z kuchnią Y. Ottolenghi

Od dawna już czekała na przetestowanie książka „Jerozolima” – autorstwa Y. Ottolenghi i S. Tamimi – niezwykłe połączenie kuchni żydowskiej i arabskiej (palestyńskiej). Niezwykłe, bo dla każdego z nich Jerozolima jest rodzinnym miastem, a tradycje kulinarne żydowskie i muzułmańskie, mają – okazało się – wspólny mianownik, przenikają się. Film, który został zaproponowany na nasze party – 7 kilometrów od Jerozolimy – był znakomitą okazją na kulinarne eksperymenty z tej właśnie książki.

Jakie były rezultaty? Zapraszam do obejrzenia:

Generalnie, to przepisy Yotama są znakomite! Co do tego, to nie ma wątpliwości.

Ale są też pracochłonne; wymagają niezłej kondycji, bo sporo się trzeba naskakać przy każdej właściwie potrawie. Ale warto!

Do kawy przy oglądaniu filmu podałam ciasto chałwowo-orzechowe, nie za słodkie, a super chrupiące

Kolację zaczęłam od sałatki z brukselki i pomelo; goście byli zaskoczeni świetnym smakiem (zaskoczeni – bo brukselka nie cieszy się raczej popularnością)

Potem był esencjonalny bulion warzywny (którego składnikiem oprócz warzyw są również śliwki suszone) podany do kiszu z kalafiora, ziół i jajek

Danie główne to mejadra i kurczak marynowany i pieczony z mandarynkami

Mejadra to danie z zielonej soczewicy i ryżu z prażoną cebulą. Rewelacja! Zakochałam się w nim natychmiast. Na pewno będę go powtarzała w swojej kuchni.

Kurczak powinien być pieczony w towarzystwie kopru włoskiego; ale jaki pech! Akurat na mojej prowincji nigdzie bulw kopru nie było! A zwykle przecież sieciówki go mają. Cóż, musieliśmy się bez niego obejść.

Na stole znalazły się puszki coca-coli, oczywiście nie przypadkowo, nawiązują do jednej z ważnych scen w filmie. Zrobiło się zresztą dość głośno w świecie o tym, gdyż właściciele koncernu coca-coli zaprotestowali przeciw wykorzystywaniu ich marki w filmie, ale włoski reżyser poradził sobie z tym i coca-cola się pojawiła.

Jeszcze parę słów o filmie:

Rzecz dzieje się współcześnie. Głównego bohatera, włoskiego specjalistę od reklamy, któremu małżeństwo rozpadło się, a życie dość skomplikowało, spotykamy na pustyni, nieopodal Jerozolimy. W drodze dołącza do niego mężczyzna, który przedstawia się jako …. Jezus. Wyobrażacie sobie, że nic dalej nie było już proste i oczywiste….. prawda?

Moje wigilijne menu

O tej porze to ono już jest ustalone, zaklepane, w dużej mierze wdrożone do realizacji.

Chciałabym zachować tradycyjne dwanaście potraw. Ponieważ jednak rodzina buntuje się, że to stanowczo za dużo i nie do przejedzenia, postanowiłam zachować liczbę dań, ale podać je jako menu degustacyjne, a więc w malutkich, na jeden ząb, porcjach.

A żeby każdy wiedział, czego ma się spodziewać, zrobiłam dla każdego kartę menu, przyklejoną do lukrowanego pierniczka.

menu wigilijne

menu wigilijne

Tradycyjnie, zawsze u nas jest barszcz grzybowy z uszkami, śledziowe rolmopsy, sałatka śledziowa, ryba w galarecie (w tym roku rolada ze szczupaka), kapusta z grochem, kompot z suszu, ryba (w tym roku pstrąg z wody po polsku),strucla makowa, pierniczki.

Ale są też potrawy, które zmieniają się, czasem jakaś nowość do wypróbowania mnie skusi. Na fali zafascynowania kuchnią regionalną, zrobię w tym roku wigilijne gołąbki świętokrzyskie (tam są nasze rodzinne korzenie), tzw. chapcie lasowiackie, z nadzieniem z pęczaku, grzybów i kapusty kiszonej.

I jeszcze jedna nowość: planuję zrobić zapomniane już, ale kiedyś bardzo popularne wigilijne ciasteczka – tłuczeńce, z okruszków czerstwego razowego pieczywa zaparzanego miodem.

Jedno wolne miejsce przy stole zawsze jest – zapraszam!

Filmowe party pełne wyzwań

Proponuję małą przerwę w przygotowaniach świątecznych!

Rzućmy okiem na menu, inspirowane kuchnią włoską, towarzyszące najnowszemu filmowi Lecha Majewskiego „Onirica”. Główny bohater zafascynowany jest „Boską Komedią” Dantego – stąd ta kuchnia włoska w menu.

Było klasycznie: sałatka capricciosa na przystawkę, tagliatelle z sosem pomidorowym z boczkiem jako danie pierwsze, cielęcina z dodatkiem brukselki jako danie główne, i ciasteczka „róże pustyni” do kawy.

capricciosa

tagliatelle

cielęcina z brukselką

róże pustyni

Ale tak bardzo prosto jednak nie było.

Jedna osoba nie mogła być na party, druga osoba mogła być na projekcji filmu, ale nie na kolacji, a jeszcze jedna w przeddzień przyjęcia zadzwoniła, że właśnie jest na detoksie i może jeść aktualnie tylko warzywa, z przyprawami, owszem, ale bez soli i cukru.

Oh, la la!

Czyli były dwa rodzaje potraw na jednym przyjęciu, dedykowane konkretnym osobom.

No – przyznam, że to było wyzwanie. Bardzo ciekawe zresztą.

Dania klasyczne miałam właściwie prawie gotowe. Została do wymyślenia i wykonania dieta.

Wpadłam do warzywniaka, i zgarnęłam, co mi tam wpadło w rękę: marchewkę, pietruszkę, kalafior, brokuł, por, paprykę. Cebulę i pomidory miałam w domu.

Przyznam, że jestem dumna przede wszystkim z tych dań dietetycznych, bo mimo tych szalonych ograniczeń udało się wydobyć naturalny smak jarzyn, nie przytłumiony cywilizacyjnymi polepszaczami.

Zrobiłam capriciosę w wersji fit: marchewka, seler i papryka pokrojone w julienkę, z przyprawami.

Do tego bulion warzywny, długo gotowany, żeby wydobyć smak warzyw, doprawiony wyłącznie pieprzem, czosnkiem niedźwiedzim, mieloną papryką, majerankiem.

Danie pierwsze w wersji fit: to „niby-taglietelle” z cukinii i marchewki, leciutko podduszone w wodzie, bez grama tłuszczu i soli.

Danie główne to talerz gotowanych na parze warzyw.

Człowiek na diecie był zadowolony.

surówka dla Tomka

tagliatelle z cukinii

warzywa dla Tomka

I jeszcze parę słów o filmie.

„Onirica” Lecha Majewskiego w warstwie epickiej opowiada o próbie uporania się bohatera, młodego naukowca, z nagłą, tragiczną śmiercią swojej ukochanej. Porzuca on karierę naukową, zaczyna pracować w supermarkecie, ale ucieka wciąż od świata realnego w świat snu. A w świecie jawy towarzyszy mu słuchany w oryginale poemat Dantego, „Boska komedia”.

Mamy tu, u nas, w naszym małym gronie, w którym się spotykamy, takich reżyserów, na których filmy czekamy, którym ufamy, i decydujemy się na ich oglądanie, w ciemno. Do nich należy Lech Majewski. Umie on stworzyć świat, który nie jest płaski, rozgrywający się tylko na płaszczyźnie zdarzeń, ale sięga o wiele głębiej, w myśli i uczucia człowieka. Kiedy gaśnie światło, zsuwa się z sufitu ekran kina domowego, zaczyna szumieć projektor – ogarnia nas magia kina Majewskiego, choć może nie wszystko od razu jest jasne i jednoznaczne.

Jak mówią krytycy – „Po „Ogrodzie rozkoszy ziemskich” i „Młynie i krzyżu” – „Onirica” jest trzecim filmem Majewskiego, którego bohater szuka ratunku w dawnej sztuce. Traktuje ją jak religię, ale w większej jeszcze mierze – jak naukę prowadzącą do metafizycznego poznania.

Reżyser mówi tak: „Nie mogę wyjść z podziwu dla naszych wielkich starszych kolegów. Bo przecież Bosch, Giorgione czy Bellini nie byli bogami, tylko naszymi kolegami! Ciężko pracowali, żeby odnaleźć formułę, dzięki której można było dać ludziom przeczucie harmonii i pootwierać im bramy nieba. Doceniam nowoczesność, wszyscy z niej wyszliśmy, ale nie mogę się pogodzić z celebrowaniem ohydy, która stała się dziś rodzajem obowiązkowego akademizmu”.

Autentyczna kuchnia regionalna na przyjęciu

Kuchnia regionalna jest modna, dużo się o niej mówi, ale żeby te potrawy, zwłaszcza te ludowe, chłopskie, podać na przyjęciu? Rzadko spotykane. Bo rzekomo tłuste, wysoko kaloryczne, wymagające dziwnych, niemodnych składników, i te techniki kulinarne niedzisiejsze, nienowoczesne, przestarzałe….

No i czy przy takim spojrzeniu nie ucieka nam w mroki przeszłości nasze dziedzictwo kulinarne?

Nie chcę, żeby mi umknęły nasze domowe tradycje i smaki.

I właśnie ostatnia moja pasja to wyszukiwanie regionalnych: małopolskich i świętokrzyskich przepisów (to regiony mojego zamieszkania i pochodzenia), próbowanie ich i oswajanie.

A więc zapraszam na party, które towarzyszyło oglądaniu filmu „Karolina”, o dziewczynie, która pochodziła z okolic Tarnowa. Na okładce pudełka z filmem jest napis: „Czy jest coś, za co oddałbyś życie?” Mocne pytanie.

W menu podałam potrawy typowo chłopskie, takie, które Karolina zapewne jadła w swoim życiu.

stół regionalny

film Karolina

Produkty, charakterystyczne dla naszego regionu to ziemniaki, kapusta, fasola, jabłka, marchewka.

Sposób podania jest zapewne nieco inny, niż 100 lat temu. Ale tak rozumiem to ich „ocalanie od zapomnienia”: autentyczny przepis i nowatorska, współczesna aranżacja.

To popatrzmy:

Jako przystawkę podałam kanapki z pasztetem z mielonej fasoli „piękny Jaś”, z dodatkiem startego jabłka i ziaren słonecznika

kanapka z pasztetem

Potem „szły” pierogi zalipskie (czyli zalipiańskie), specjalność gospodyń, tych od malowanych chat we wsi Zalipie; pierogi są nadziewane gotowaną słodką kapustą z dodatkiem cebuli i kiełbasy wiejskiej.

pirogi zalipskie

Zupa była dziadowska, nazywana też często pospółką, bo są w niej ziemniaki wespół z kluseczkami zacierkowymi; właściwie to niewiele więcej w tej zupie jest, jeszcze tylko konieczny jest kawałek boczku lub kiełbasy na skwarki, to daje zupie ten pyszny smak, no i świeży lubczyk. W naszym regionie każdy niemal pamięta tę zupę z dzieciństwa, nasze mamy i babcie często ją gotowały, a te kluseczki w niej były prawdziwym hitem, zwłaszcza, że pozwalano dzieciom je własnoręcznie skubać i wrzucać do zupy.

zupa dziadowska

Jako główne danie podałam kurę peerelkę (według przepisy koła gospodyń z Woli Rzędzińskiej); to już trochę bogatsza, bardziej odświętna potrawa, i bardziej pracochłonna, bo trzeba wyluzować kurę z kości (cóż, kury nie bardzo skąd miałam wziąć, więc zrobiłam tę potrawę z kurczaka).

I dodałam do tego duszoną marchewkę z dodatkiem cukinii i sałatkę z pomidorów, ogórków i cebuli – każdy ją u nas je i kocha! Choć wiem, wiem, że nie powinno się łączyć pomidorów i ogórków.

kura peerelka

kura i warzywa

A do kawy szarlotka gaździny z bacówki na Jamnej – zdziwiłam się, że wzbudziła aż taki zachwyt! (przepis wkrótce)

szarlotka gaździny

Z napitków zaproponowałam cydr z jabłek i nalewkę „tarninówkę” – naszą tarnowską specjalność.

cydr i tarninówka

A menu wypisane było tym razem na zielonych pierścieniach, ponieważ część przepisów i inspiracji zaczerpnęłam ze strony stowarzyszenia pielęgnującego dawne tradycje kulinarne: Zielony Pierścień Wokół Tarnowa.

menu pierścieniowe

Serwetki z motywem szlaku z kwiatów nawiązywały do malarskich tradycji Zalipia. I anioły na stole, malowane w kwiaty  też z Zalipia przywiozłam.

Uczta św. Macieja

Do dziś nie słyszałam o takiej uczcie.

A chyba powinnam, bo uczta św. Macieja (Matthiae-Mahl) wydawana jest rokrocznie, od 1356 roku, przez władze hanzeatyckiego miasta Hamburga. 24 luty – dzień św. Macieja uznawany był w Hamburgu za początek roku handlowego i dzień podejmowania ważnych decyzji, m.in. wybierano wówczas burmistrza miasta. I wydawano ucztę, na którą zapraszano kilkuset dostojników. I tak jest do dziś.

A dowiedziałam się o tej uczcie, bo w tym roku został na nią zaproszony Prezydent Polski i wiele o tym pisano. Zostawmy na boku polityczny wydźwięk spotkania, i przyjrzyjmy się stronie kulinarnej.

Stoły, ustawione w sali balowej średniowiecznego ratusza, nakryte białymi obrusami, prezentowały się imponująco. Pośrodku każdego ułożono łososiowy bieżnik, na którym ustawiono niskie dekoracje kwiatowe, małe świeczuszki przy każdym nakryciu (co dawało piękny efekt) i tzw. „srebrne skarby hamburskiego ratusza”: ozdobne puchary, misy, świeczniki.

Zastawa stołowa była biała, ze złotymi paskami, sztućce wyglądały na srebrne, a białe serwety ułożono w wachlarze. Co ciekawe, jeden z kieliszków w każdym nakryciu był zielony. Ciekawe, jakie wino w nim podawano, bo przecież żadne nie będzie w takim kolorze kieliszka dobrze wyglądało. No, może białe. A z tego, co pisano, podawano zarówno wina czerwone jak i białe z rejonu Palatynatu.

Menu wydrukowano w formie dość dużej dwustronnej książeczki, z ozdobnym sznureczkiem, ale bez żadnych ozdób; na jednej stronie był spis potraw, na drugiej wykaz utworów muzycznych towarzyszących uczcie (Beethoven, Mozart, Moniuszko, Dobrzyński). Ze zdjęć, które widziałam, to nie bardzo było co zrobić z tym tak dużym menu, goście wkładali je np. w środek dekoracji stołu.

A co podano?

Przystawka: makrela z gruszką, boczkiem i fasolą

Zupa śląska: krem z pietruszką i grzankami

Danie główne: gotowana cielęcina, puree z marchewki, buraki i zapiekanka ziemniaczana

Deser: krem akacjowy z winogronami, orzechami i estragonem

Menu inspirowane kuchnią Nestora Grojewskiego

P. Nestor Grojewski – kucharz, który gotował dla filmowców Hollywood, na planach kręconych filmów, m.in. dla reżysera „Gangów Nowego Jorku” Martina Scorsese, a obecnie szef kuchni własnego lokalu w Rzymie „Cru.dop”. P. Nestor specjalizuje się w rybach i owocach morza (na surowo!), ale ma też i inne propozycje kulinarne.

To był bardzo ciekawy kulinarny eksperyment.

Przygotowując przyjęcie, wykorzystałam znalezione w sieci jego przepisy na brownie z białą czekoladą, tagliatelle z truflami oraz na podstawie wywiadów z nim stworzyłam kanapkę z tatarem.

kanapka tatar

Nie chciałam podawać tatara w sposób klasyczny, kiedy każdy komponuje sobie na talerzu własną wersję, dobierając dodatki, jakie mu pasują – moi goście chyba nie mieliby ochoty na to (przynajmniej nie wszyscy).

Kupiłam 30 dag ligawy wołowej (polędwicy akurat nie udało mi się kupić), zmieliłam ją dwukrotnie z użyciem gęstego sitka, po czym dodałam drobniuteńko posiekaną i sparzoną cebulę, drobniuteńko posiekane korniszony, sól, pieprz, ostrą paprykę, oczywiście żółtko jajka i jeszcze jeden dodatek, o którym mówił p. Nestor. Otóż latem, w ramach akcji „jabłka na złość Putinowi”, przywiózł z Polski do Rzymu dwie skrzynki jabłek i wykorzystał je m.in. do tatara. Tak zrobiłam i ja. Obrane, drobno posiekane ligole okazały się w tatarze przepysznym dodatkiem. Tak przygotowanego tatara położyłam na małych kromkach bagietki wiejskiej (takiej na zakwasie) i ozdobiłam chipsami jabłkowymi (ma je w swojej ofercie Lidl) i korniszonami.

Ponieważ zdecydowałam się na menu degustacyjne, porcje były malutkie i już przy tej przystawce niektórzy goście dopytywali się o repetęJ

Trufli nie udało mi się kupić, choć czasem można je kupić w słoiczkach (jadłam już takie, ale przyleciały one do mnie z USA). Cóż, zrobiłam tagliatelle z pieczarkami z sosem truflowym, z wykorzystaniem oliwy truflowej. Smak był boski.

tagliatelle

Zupa – ziemniaczano-porowa, z podprażonymi płatkami migdałów, kosteczkami podpieczonego boczku i koperkiem.

zupa ziemniaczano-porowa

Danie główne to pulpeciki z mielonego mięsa z mozarellą w środku, w sosie pomidorowym, z dodatkiem brokuła, kalafiora i roszponki.

pulpeciki mafijne

A do kawy – brownie według receptury p. Grojewskiego, z białą czekoladą.

brownie z białą czekoladą

Był to wieczór żegnający okres Bożego Narodzenia i choinki (w tle), a serduszko powtarzało się w dekoracji stołu i podkładkach, na których rysikiem z kredy można napisać dla każdego gościa imię (zdradzę wam, że takie podkładki można zamówić u konsultantki Avonu)

stół na przyjęciu

nakrycie z imieniem

wystrój stołu

Kulinarne polonica

Pamiętacie serię książek o przygodach Tomka Wilmowskiego? W krainie kangurów, na tropach yeti, na wojennej ścieżce…. Tomek jadąc na kolejną wyprawę, wyszukiwał zawsze ślady polskie w krajach, które miał odwiedzić.

Przypomniało mi się to, kiedy szukałam pomysłu na temat przewodni przygotowywanego filmowego party i wpisałam w google hasło: kuchnia w Hollywood. Wyskoczyło mi nazwisko Polaka, Nestora Grojewskiego, który gotował dla Martina Scorsese na planie filmu „Gangi Nowego Jorku”, dla aktorów Matt Daymon i Jud Law na planie filmu „Utalentowany pan Ripley”, dla reżysera Michaela Hoffmana na planie filmu „Sen nocy letniej”. Fascynujące, prawda?

Od 2008 roku p. Nestor prowadzi w Rzymie wine bar o nazwie „Cru.Dop”, specjalizujący się w daniach z ryb i owoców morza i lubi opowiadać klientom o tworzonych przez siebie, autorskich daniach.

Nooo, to był świetny trop! Postanowiłam stworzyć menu inspirowane kuchnią p. Grojewskiego.

menu inspirowane kuchnia p. Grojewskiego

Nie podałam na swoim przyjęciu ryb, bo żaden z uczestników nie jest ich smakoszem, ale wyszukałam dostępne przepisy p. Nestora, a niektóre dania stworzyłam sama, wykorzystując jego opis dań, które podawał w wywiadach.

Myślę, że to dobry pomysł, wyszukiwać, wzorem Tomka Wilmowskiego, polskie tropy kulinarne w świecie.

Około-mikołajowe spotkanie przy filmie

Nieważne, jak bardzo jesteś skrzywdzony przez los.

Ważne – co z tym zrobisz.

Jak się odnajdziesz w układzie, który ci przypadł w udziale.

Takie jest przesłanie filmu „Dar nadziei”, o chłopcu, który urodził się bez rąk.

A kolacja, która przygotowałam na nasze spotkanie, nawiązywała do kuchni kraju, w którym chłopiec się urodził – do Nikaragui. Ściśle rzecz biorąc – wyszukałam dania z kuchni środkowej Ameryki.

A że dopiero co odwiedzał tych bardziej grzeczniejszych święty Mikołaj – zebrało się dla gości i gospodarzy mnóstwo, mnóstwo prezentów:) i wystrój stołu był już nieco świąteczny.

czapka mikołajowa

stół mikołajowy

sztućce z serwetką

menu nikaraguańskie

Jako przystawkę podałam nikaraguańska sałatkę z warzyw (pomidory, papryka, cebula, awokado) i duszonej wołowiny

sałatka z wołowiną

Zupa była extra: krem z pomidorów i bananów z pestkami dyni, pikantny, ale z nuta słodyczy w tle

bulionówka

pomidorowa z bananami

Danie główne: kurczak Calypso duszony w pomidorach z gallo pinto (czyli mieszanka ryżu i ciemnej fasoli) z salsą tropikalną z ananasa i mango

gallo pinto

Wino było chilijskie, czerwone wytrawne

wino chilijskie

Najmniej zadowolona jestem z ciasta. Był sernik panamski, pieczony w kąpieli wodnej z dodatkiem mango i białej czekolady

sernik panamski

Jego smak – moim zdaniem – nie powalał. Był w miarę poprawny. I tyle tylko.

Jeśli chodzi o serniki, to długo szukałyśmy z siostrą przepisu na dobry sernik, próbując, próbując i próbując. Znalazłyśmy. I dawno już stwierdziłam, że nie ma co szukać dalej. Ten wypiek potwierdza tę tezę. Nie ma co kombinować.

Jak się nie jest cukiernikiem, to lepiej trzymać się wypróbowanego kanonu, o którym wiadomo, że jest dobry.

Party jesienne, wokół św. Marcina

Tym razem party było bardzo polskie, z uwagi na termin przyjęcia: parę dni przed 11 listopada (dzień św. Marcina, w którym tradycyjnie w Polsce jadano gęsinę, a w Wielkopolsce – rogale z białym makiem). Był jeszcze jeden polski akcent, ale o tym na końcu:)

rogale marcinskie

Były więc na party rogale świętomarcińskie, faszerowana gęś z kluseczkami, bulion na gęsinie z pierożkiem, jesienna sałata ze śliwkami i papryką, polski cydr lubelski.

stól na party

bulion z pierożkiem

gęś luzowana

sałata ze śliwkami

menu z liściem

I było to jednocześnie pożegnanie złotej, polskiej jesieni – a więc kolorowe liście, kolory złota i pomarańczy w wystroju stołu.

liście na stole

liście na stole

cydr

Film, który oglądaliśmy to „Księga ocalenia”

film na party

Jest to film s-f, z 2010 roku, w reżyserii braci Hughes, a opowiada o niezwykłej i długiej wędrówce czarnoskórego Eli (Denzel Washington), który przedziera się przez zniszczony jakąś kosmiczną katastrofą, apokaliptyczny świat, niosąc księgę, której chroni jak oka w głowie, i w obronie której nie waha się narazić swojego życia.

Jego kontr-przeciwnikiem jest napotkany w jednym ze skupisk ocalałych ludzi, Carnegie (Gary Oldman), który od dawna poszukuje jedynej, najważniejszej księgi ludzkości, wierząc, że ona da mu absolutną władzę nad ludźmi. Ale nie pożąda tej władzy w dobrych celach. Domyślacie się, że chodzi każdemu z nich o Biblię, i o wiarę.

Wydawać by się mogło, że film będzie schematyczny, niczym nie zaskoczy, i że Eli nie ma szans w zetknięciu z brutalną siłą. O, jak bardzo się mylicie! Zakończenie dosłownie wbija w fotel, ledwo można złapać przysłowiowy dech w piersiach….

Zobaczcie koniecznie…

A właśnie w tych dniach, w Polsce ukazało się zrekonstruowane cyfrowo wydanie tzw. Biblii gnieźnieńskiej, pochodzącej z 1414 roku. Pauliści w sfotografowane misterne iluminacje figuralne w inicjałach oraz ornamenty roślinne na marginesach księgi wstawili współczesny przekład Pisma Świętego.

Gospodarz naszego party przygotował piękne zakończenie projekcji filmu; mogliśmy podziwiać tę niezwykłą nowo wydaną księgę

biblia gnieznienska