Flan brokułowy

Zakochałam się w tym delikatnym, kremowym musie od pierwszego kęsa!
Jest poza tym bajecznie prosty, a może być ozdobą świątecznego stołu. Bardzo polecam!


flan brokułowy

1 brokuł
1 cebula
pół szklanki śmietany 30% lub 36% 
3 jajka
sól, biały pieprz

Z brokułu odciąć nóżkę, obrać ją ze skórki, pokroić na kawałki.
Resztę brokułu podzielić na różyczki.
Cebulę obrać i pokroić na cząstki.
W osolonym wrzątku ugotować do miękkości nóżkę brokuła i cebulę.
Pod koniec gotowania dorzucić różyczki brokuła, gotować jeszcze 2 minuty.
Odcedzić, odłożyć 6 różyczek, a resztę zmiksować ze śmietaną i jajkami. Doprawić solą i pieprzem.
Masę wlać do żaroodpornych ramekinów, do każdego włożyć różyczkę brokułową.
Foremki ustawić w głębszej blaszce napełnionej wodą, tak by były zanurzone do połowy swojej wysokości.
Piec 20 minut w kąpieli wodnej w temperaturze 180 st. C.
Podawać na zimno.

Galantyna z piersi kurczaka

Prosta, a zarazem bardzo efektowna propozycja do zimnego bufetu (lub na gorąco – na świąteczny obiad).
Dodatek sosu sojowego i cuminu nadają jej nieco wschodniego, chińskiego stylu.


galantyna z kurczaka

3 piersi kurczaka pojedyncze
kawałek pora (ok. 10 cm)
1 cebula
łyżka sosu sojowego
2 łyżki śmietany
natka pietruszki
oliwa, masło
sól, pieprz, cumin

Dwie piersi kurczaka przykrywamy kolejno folią do żywności i rozbijamy na dwa cienkie plastry.
Plastry solimy, pieprzymy, posypujemy cuminem, skrapiamy odrobiną sosu sojowego.
Trzecią pierś kurczaka kroimy na drobną kostkę, wrzucamy do blendera, dodajemy śmietanę i kilka kropel sosu sojowego; miksujemy na jednolitą masę.
Na patelni rozgrzewamy łyżkę oliwy i łyżkę masła, wrzucamy posiekaną w kostkę cebulę i pokrojony w półkrążki por. Podsmażamy aż warzywa się zeszklą, dodajemy kilka kropli sosu sojowego, doprawiamy solą, pieprzem i cuminem.
Mieszamy doprawione warzywa z masą kurczakową, dodajemy posiekaną natkę pietruszki.
Każdy z przygotowanych plastrów kurczaka rozkładamy na folii aluminiowej, posmarowanej oliwą.
Na każdym z plastrów rozkładamy nadzienie, zwijamy każdy plaster w roladę, pomagając sobie folią.
Końcówki folii skręcamy.
Otrzymane wałeczki nakłuwamy i wkładamy do dużego rondla z gotującą się osoloną wodą, przykrywamy pokrywką i gotujemy na malutkim ogniu 25 minut.
Wyjmujemy wałeczki, rozwijamy z folii i kroimy w plastry.

Prezenty od Bambino Jesu

Zaczynamy trzeci tydzień Adwentu; jutro niedziela „Gaudete” – co oznacza: radujcie się, bo blisko już narodzenie Jezusa; kolory szat liturgicznych będą radośniejsze, różowe.
A ja proponuję lekturę opowiadania R. Guareschi, autora znanego i lubianego Don Camilla, z niezapomnianą kreacją filmową Fernandela.
Dziś będzie o prezentach, które, jak wierzą włoskie dzieci, przynosi im Bambino Jesu – Dzieciątko Jezus.

3 tydzień Adwentu

Życie z mamą
(bajka)
Guareschi
Prezes rozzłościł się przeczytawszy karteczkę, którą sekretarka zostawiła w dobrze widocznym miejscu na szkle olbrzymiego biurka. „Nie ma sumienia ta dziewczyna. Musiała wybrać właśnie to popołudnie, żeby iść do dentysty! Nikomu nie można ufać – pomyślał – Nawet ta, o której myślisz, że jest wzorem urzędniczki, w pewnym momencie wyprowadza cię z błędu. Nagle przychodzi jej chętka, żeby iść do dentysty i zostawia cię samego z kłopotami na głowie.” A przy tym Prezes czekał na pewien list, od którego zależała jakaś poważna sprawa i dlatego był dosyć podenerwowany. Zadzwonił do portiera.
– Gdy tylko przyjdzie poczta, proszę ja przynieść prosto do mnie.
Nie czekał długo. Kilka minut później portier wysypał na biurko naręcze listów, które Prezes szybko przerzucał chcąc wyłowić jedynie szarą kopertę bez adresata i bez nadawcy. Zamiast tego, w pewnej chwili zwrócił baczną uwagę na białą kopertę; na jej odwrocie elegancko wytłoczono nazwę znanego przedsiębiorstwa i wypisano nadawcę, którym był prezes. „Pięknie, zdziwił się, mój list wśród przychodzącej poczty?” Po odwróceniu koperty tajemnica częściowo się wyjaśniła: tego listu nie napisał Prezes, ktoś posłużył się jego firmowym papierem i teraz, dzięki solidności poczty, przesyłka wróciła do nadawcy. W istocie rzeczy list był zaadresowany całkiem po prostu: „Do Dzieciątka Jezus”. Przystawiona przez bezdusznego biurokratę poczty państwowej pieczęć wyjaśniała: „Zwrot z powodu niedokładnego adresu”. Prezes poczuł, że ogarnia go najszczersze oburzenie na te niedołęgi z poczty, które mogły pomyśleć, że on, Prezes – i w dodatku właściciel zespołu fabryk, zatrudniający tysiąc robotników – mógłby napisać list do Dzieciątka Jezus. Ale z drugiej strony, na czym mogli się opierać, jeśli nie na tym, co było wydrukowane na odwrocie? Nerwowo rozerwał kopertę, chciał zobaczyć, co to za niegodziwiec miał czelność posłużyć się jego firmowym papierem.
List, dosyć długi, napisano raczej bazgrołowato, ale podpis był czytelny: Anselmo Degozzi, zwany Selmi. Prezes zrezygnował z przedsiębrania poważnych kroków; nie mógł przecież zwolnić swego syna ani ukarać go grzywną. „Dostanie nauczkę, na jaką zasłużył – pomyślał. – Zrozumie, że pod żadnym pozorem nie wolno mu posługiwać się moim papierem firmowym.” Czekając w dalszym ciągu na załatwienie tamtej sprawy, Prezes uznał za stosowne zapoznać się z listem odesłanym do nadawcy z powodu niepełnego adresu.
„Kochane Dzieciątko Jezus,
piszę do Ciebie na firmowym papierze Prezesa, bo pióro dobrze po nim biegnie i nie zaczepia się tak jak na papierze mamy, a poza tym Prezes zawsze mówi, że list na firmowym papierze brzmi poważniej, a ja nie mam swojego papieru firmowego …
Prezes przerwał czytanie i odruchowo nacisnął czerwony przycisk na klawiaturze znajdującej się obok. Przypomniał sobie jednak, że sekretarce przyszła chętka iść do dentysty, zanotował więc: ,,1000 arkuszy i kopert z nadrukiem dla Selmiego”. Tak, Selmi miał rację i Prezesowi zrobiło się przyjemnie, że jego syn pamięta ojcowskie nauki. W lepszym humorze powrócił do lektury.
„Mam osiem lat i chodzę do trzeciej klasy podstawówki, przeskoczyłem jedną klasę, bo Prezes mówi, że czasu nikt nam nie pożyczy, więc jest droższy od pieniędzy. Dlatego lata zaoszczędzone w dzieciństwie zwrócą się później, ale dla mamy to jest bzdura; to tak jakby ktoś, chcąc dobudować sobie w domu jedno piętro, oszczędzał materiały na fundamenty … ”
Prezes ze złością przerwał czytanie. „No proszę – pomyślał – to ja staram się skierować chłopca na właściwą drogę, wpajając mu podstawowe zasady zapewniające osiągnięcie sukcesu. Trzymam go z dala od niebezpieczeństwa, które niesie koedukacja i dlatego oddałem go na naukę do prywatnej szkoły z nadzwyczajnym rygorem, a po lekcjach każę chodzić za nim dyplomowanej angielskiej nauczycielce, która uczy go podstaw języka i dobrego zachowania – i tego wszystkiego jeszcze mało! Matka mąci mu w głowie. Muszę się wreszcie zdecydować: nie mogę przecież wsadzić do college’u jego matki, więc on tam pójdzie. Do dobrego angielskiego college’u.”
Nabazgrał w notesie: „Selmi – college”.
„Kochane Dzieciątko Jezus, chciałem napisać do Ciebie na Boże Narodzenie w zeszłym roku i któregoś wieczoru spytałem mamę, jaki znaczek jest potrzebny, żeby napisać do Dzieciątka Jezus w sprawie prezentów. Był wtedy Prezes i powiedział, że nie można dzieciom nabijać głowy głupstwami i bajkami, bo potem, w zetknięciu z rzeczywistością, jest im źle. I wyjaśnił, że to rodzice dają prezenty. Ale mama wytłumaczyła mi później, jak jest naprawdę. A więc: Dzieciątko Jezus robi w Boże Narodzenie prezent każdemu dziecku na całym świecie. Mały prezencik, bo dzieci są setki milionów. Biedacy muszą się zadowolić prezencikiem od Dzieciątka, natomiast dzieci ludzi bogatych dostają ich więcej, bo przed Bożym Narodzeniem sekretarka na przykład takiego Prezesa mówi do niego: »Panie Prezesie, ośmielam się panu przypomnieć, że już wkrótce święta. Trzeba pomyśleć o prezentach«. A Prezes odpowiada: »Dobrze, proszę pani. Niech pani zrobi tak, jak zwykle«. Więc ona chodzi po sklepach i kupuje prezenty dla syna Prezesa i dla żony Prezesa. Kto wie, co mi ofiaruje na Boże Narodzenie sekretarka mojego męża … ”
Prezesa ogarnęło przerażenie: „Hoduję węża na piersi! pomyślał. – Nie tylko, że niszczy całą pracę, jaką wkładam w kształtowanie duchowej formacji syna, ale jeszcze drwi ze mnie w jego obecności. Wiadomo, że prezenty kupuje sekretarka; dźwigam na swoich barkach olbrzymie przedsiębiorstwo i byłoby szaleństwem włóczyć się po sklepikach i tracić czas. Ona powinna to zrozumieć. A jeśli tego nie potrafi, powinna przynajmniej być mi wdzięczna za pamięć”.
W gruncie rzeczy, przyznał po chwili Prezes, pamięć to też zasługa sekretarki. No i co z tego? Sekretarka przypomina mu o zbliżających się Bożym Narodzeniu, Wielkanocy, imieninach, urodzinach pani i panicza i nawet jeśli ona sama chodziła wybierać prezenty, to były one jednak od niego, bo on dawał pieniądze.
Kim w końcu jest sekretarka?
Chodzącym kalendarzem. Gdyby zaś Prezes, zamiast posłużyć się sekretarką, skorzystał ze swojego kieszonkowego kalendarzyka dla przypomnienia sobie, powiedzmy, o zbliżającym się terminie dawania prezentów, czyż to nie byłoby to samo?
Czyż ośmieliłaby się wtedy powiedzieć: „Kto wie, co ofiaruje mi tego roku pod choinkę kalendarz mojego męża?!”
Prezes dał temu spokój, bo był sprawiedliwy i musiał przyznać, że kieszonkowy kalendarz, mimo że przydatny, i tak sam nie przypomniałby mu o zbliżaniu się uroczystości, nie chodziłby również po sklepach kupować prezenty. Powrócił do lektury, bo interesowało go, w jaki sposób żona wybrnęła ze sprawy prezentów od Dzieciątka Jezus.
„Nie bardzo mnie to przekonało i powiedziałem, że jeśli tak jest, to bogate dziecko dostając tyle prezentów nie może wiedzieć, które są od sekretarki, a który od Dzieciątka. Ale mama zaczęła się śmiać i powiedziała: »Jeśli bogate dziecko jest niemądre, to nic nie zrozumie. Jeśli jednak jest mądre, spojrzawszy dobrze na prezenty, od razu będzie wiedziało, które jest od Dzieciątka«. Zapytałem więc, czy jest na nim jakiś specjalny znak, ale mama odparła, że nie. »Nie ma żadnego szczególnego znaku; wiadomo jednak od razu, który to jest, bo prezenty od sekretarki mogą się podobać wszystkim dzieciom w twoim wieku, a prezent od Dzieciątka podoba się tylko tobie.« Mama zna się na rzeczy.
To prawda, bo kiedy nadeszło Boże Narodzenie i dostałem prezenty, od razu wiedziałem, który był od Dzieciątka. Oryginalny samochód na pedały, kolejka elektryczna, mały konstruktor były bardzo ładne, ale podobałyby się wszystkim dzieciom, które znam. Natomiast to, co nie spodobałoby się innym, które znam, to były drewniane sanki i wełniana czapka z daszkiem, spadająca aż na szyję, z dziurą z przodu na twarz … ”
Prezes szybko zapisał w notesie: „Sekretarka: prezenty Selmiego zeszły rok”.
„Zobaczymy, czy mama rzeczywiście tak dobrze zna się na rzeczy! – pomyślał. – Pokażemy, że mama blefuje!”
„Kochane Dzieciątko Jezus, piszę do Ciebie, żeby o coś zapytać. Ale najpierw muszę Ci wszystko wyjaśnić, żebyś lepiej zrozumiało moje pytanie. Jestem nieszczęśliwym chłopcem, bo mam to nieszczęście być bogatym – jak mówi mama – i dlatego nie mogę mieć nic z tego, co bym naprawdę chciał.
Chciałbym chodzić do szkoły, gdzie chodzą ci wszyscy, którzy po lekcjach mogą się ganiać, rzucać kulami ze śniegu, kupować pieczone kasztany i fistaszki. Na mnie, jak tylko skończę lekcje, czeka szofer z Miss Szprotą i trzeba szybko wsiadać do auta i wracać do domu. Miss Szprota wcale tak się nie nazywa; to mama tak ją ochrzciła. Ona ma na imię Elisabeth, jest Angielką, uczy mnie pisać, mówić po angielsku i zachowywać się jak angielski dżentelmen. Jest chuda jak patyk i dlatego nazywamy ją Szprotą. Nigdy się nie śmieje i muszę jej opowiadać po angielsku wszystko, co robię i to z przeciwieństwami. To znaczy: jeśli wkładam buty, muszę powiedzieć: »W tej chwili wkładam buty. Moje buty są czarne, ale śnieg jest biały«. Albo jak jem śniadanie: »Piję czekoladę. Czekolada jest ciepła, a gady są zwierzętami zimnokrwistymi«. Ta Miss Szprota nie zostawia mnie w spokoju ani na chwilę. A poza tym oprócz niej jest jeszcze nauczycielka od fortepianu, nauczyciel od konnej jazdy, i tak dalej. Jest jeszcze gosposia, kucharka, dwie służące, szofer, nie mówiąc już o tym, że co dwa, trzy dni Prezes przyprowadza do domu mameluków i przez cały obiad rozmawiają o interesach, kombinacjach, finansach, produkcji i innych świństwach. Więc w domu jest zawsze pełno ludzi, a ja tak bardzo chciałbym zostać z mamą sam. Bardzo rzadko, kiedy Miss Szprota i inni wychodzą z domu, świetnie się bawimy, bo gramy, gonimy się, tłuczemy różne rzeczy. Ale najwspanialszy jest podwieczorek po włosku. Jemy wtedy najdziwniejsze rzeczy: salami, mortadelę, pieczone kasztany, piekący w język i wspaniale pachnący ser, pączki i tak dalej. Jemy rękami i pijemy czerwone wino odchylając głowę daleko do tyłu, tak że potem mamy wąsy pod nosem. Podczas jedzenia mama udaje Miss Szprotę i pyta mnie głosem Flipa: »Co robisz w tej chwili?«, a ja odpowiadam głosem Flapa: »Wskazującym palcem wyławiam dżem śliwkowy ze słoika. Słoik jest okrągły, ale żyrafa jest ssakiem«. To są takie zabawy, że gdyby Prezes się dowiedział, nie wiadomo, co by się stało. Prezes jest w porządku, ale pewnych rzeczy nie może zrozumieć. On jest stary, a mama jest bardzo młoda. l kiedy odłoży na bok wszystkie ozdoby eleganckiej damy, wygląda jak dziewczynka … ”
Prezes podniósł głowę i poczuł, że brak mu tchu ze zdumienia, a nawet, powiedzmy raczej, ze złości.
„Ja, stary? – zdziwił się. – Stary? Czterdziestodwuletni mężczyzna? Wiadomo, że ona wygląda jak dziewczynka. Wszystko jest za nią zrobione, nie musi o niczym myśleć ani się kłopotać. Gdyby miała na sobie taką odpowiedzialność jak ja, i moje problemy, wtedy wszystko wyglądałoby inaczej!”
Prezes w gruncie rzeczy był jednak uczciwy i w powtórnej analizie musiał przyznać, że gdyby nawet na żonę spadł ciężar zarządzania przedsiębiorstwem, to i tak miałaby trzydzieści lat. To znaczy dwanaście mniej od niego. Fakt ten niezaprzeczalnie musiał wpłynąć na to, że jego żona wyglądała od niego młodziej. Nie upoważniało to jednak Selmiego do uznawania ojca za starego.
Selmi. No tak, ale czegóż on do licha chciał od Dzieciątka Jezus?
„Kochane Dzieciątko Jezus, wiesz już o mnie wszystko i dlatego proszę Cię o coś. Zachowaj Twój bożonarodzeniowy prezent. Mało tego, przyślę, gdzie mi wskażesz, również prezenty, jakie mi zrobi sekretarka Prezesa, ale chciałbym od Ciebie coś w zamian. Prezes należy do tych ludzi, którzy jeżdżą w interesach zagranicę; przekonaj go, żeby wyjechał już teraz. Dzięki temu zamkniemy dom i pojadę z mamą spędzić te święta w Montemoro. Mama ma tam na górze swój domek. Obok jest wspaniały las; byliśmy tam z mamą wiele lat temu, jak miałem brzydki kaszel, i było nam wtedy cudownie. Mógłbym wreszcie używać sanek, które podarowałeś mi zeszłego roku. Zrób to, bardzo Cię proszę: moja mama musi się trochę rozerwać. Jest taka smutna! A tam są wszystkie jej przyjaciółki z dziecinnych lat i potrzebowałaby co najmniej miesiąca, żeby porozmawiać o wszystkich rzeczach, które ją interesują. Co i raz coś jej przychodzi do głowy i wtedy zapisuje to sobie w zeszycie. Teraz zeszyt już się skończył. Pozwól nam tam jechać, tylko nam we dwójkę, bo Prezes myśli tylko o swoich sprawach, interesach i nawet śni o nich. Od czasu do czasu budzi się w nocy i mówi coś do pudełeczka, które zapisuje głos na taśmie. Tak że mama raz go nawet spytała, czemu nie weźmie sobie nocnej sekretarki. Proszę Cię, zadziałaj szybko, bo Miss Szprota jedzie na ferie do Anglii, ale wraca zaraz po Trzech Królach. Byłoby wspaniale, gdybyś mogło pod byle jakim pretekstem zatrzymać ją tam troszkę dłużej. Wiem, kochane Dzieciątko Jezus, że trudno będzie przekonać Prezesa. Prezes – sam to zawsze powtarza – jak coś sobie postanowi, nie ustąpi nawet przed samym Bogiem Ojcem. Prezes … ” – Dosyć już z tym Prezesem! – krzyknął Prezes waląc pięścią w stół. – W końcu jestem jego ojcem.
– Co pan mówił, panie Prezesie? – wyjąkała sekretarka pojawiając się w drzwiach.
– Nic, nic – zamruczał Prezes wkładając list do kieszeni.
– Proszę mi wybaczyć, panie Prezesie, ale o mało nie oszalałam od tego zęba …
– Dobrze, dobrze – uciął krótko Prezes. – Doskonale pani zrobiła.
– Czy mam posegregować korespondencję?
– Nieważne, zrobi to pani później. Teraz muszę popracować.
Sekretarka odeszła w stronę drzwi, ale po kilku krokach odwróciła się.
– Panie Prezesie, ośmielam się przypomnieć, że dziś jest piętnasty stycznia. Urodziny pani.
– Aha, dziękuję.
– Czy mam się tym zająć?
Prezes poczuł, że się w nim gotuje.
– Nie, nie – odrzekł – pomyślę o tym. Sekretarka odezwała się boleśnie dotknięta.
– A może źle wybrałam na Boże Narodzenie?
– Skądże znowu – odparł Prezes. – Pani zawsze dokonywała najlepszego wyboru. Rzecz w tym, że teraz jest specjalna okazja … Mój przyjaciel, który przyjeżdża z Amsterdamu, ma bardzo piękne kamienie … To okazja. Rozumie pani. A propos Bożego Narodzenia, czy zeszłym razem ofiarowała pani Selmiemu sanki i wełnianą czapeczkę?
– Nie, panie Prezesie – powiedziała sekretarka, prawie że obrażona tym podejrzeniem. – Wybrałam samochód na pedały, elektryczną kolejkę i małego konstruktora. Wszystko w najlepszym gatunku.
– Świetnie, świetnie.
Prezes, zostawszy sam, zaczął rozmyślać rozparty w fotelu. „Kto wie, co też ofiaruje mi na urodziny sekretarka mojego męża?” – zaszeptał mu ktoś do ucha. Były to słowa jego żony, ale głos Selmiego. Poderwał się nagle i wezwał sekretarkę.
– Proszę pani – powiedział – odkładamy wszystko do jutra.
Poszedł zdecydowanym krokiem w stronę jubilera, ale kiedy znalazł się przed wystawą, słusznie się zawahał: „Jakiś klejnot, no dobrze”. Wszystkim kobietom podobają się klejnoty i nigdy nie spudłujesz, zwłaszcza jeśli są bardzo drogie. Ale tutaj chodziło o to, żeby zrobić prezent nie taki, jaki podoba się wszystkim kobietom, ale prezent, który mógłby się podobać jedynie jego żonie. Prezent nie dla ogółu, ale dla wybranej osoby.
Prezes musiał więc postawić sobie pytanie: „Co podoba się mojej żonie? Jakie szczególne upodobania ma moja żona?”. Z mozołem starał się sobie przypomnieć, wyłowić z magazynu pamięci jakiś szczegół, o który mógłby się zaczepić i który by go na to naprowadził. „Uwielbiam lody truskawkowe” – powiedziała pewnego razu jego żona. Ale nie mógł jej przecież ofiarować lodów truskawkowych. Starał się określić charakter swojej żony i zdał sobie sprawę ze strasznej rzeczy. Nic o niej nie wiedział. Nie miał czasu, żeby się dowiedzieć. Zatrzymywał się dumając przed trzydziestoma wystawami. Klejnot? Futro? A może cenny antyk? Miał wrażenie, jakby myślał mózgiem sekretarki, a przecież powinien użyć swojego. „Podaruję jej coś, co mi się spodoba” – zdecydował w końcu. Ale i tu natrafił na wielką pustkę, bo sam nie wiedział dokładnie, co mu się podoba.
Zrobiło się już późno i zamykano sklepy: ale również i Prezesi mają swojego Anioła Stróża, bo nagle na wystawie u antykwariusza zobaczył coś, co spadło mu jak z nieba. Zegar wahadłowy, co wygląda jak mała szafka, stary wiejski zegar z ciężarkami i łańcuszkami. Prezes patrzył z rozdziawionymi ustami; mógłby przysiąc, że stoi przed tym słynnym zegarem babki Filomeny, gdyby nie całkowita pewność, że siedem lat temu spalił się on razem ze wszystkimi rzeczami w pożarze na via Indipendenza. To był przedmiot, który najbardziej ze wszystkich lubiła jego żona i kiedy Prezes spytał ją, czy wyjdzie za niego za mąż, odparła:
„Tak, o ile pozwolisz mi zabrać do naszego domu zegar babki Filomeny”.
Wzięła sobie ten zegar. Potem dom rozsypał się w czasie pożaru, a z zegara została tylko kupka złomu. Ciężarki i mechanizm.
Wrócił do domu razem z chłopcem, który niósł zegar i gdy tylko wszedł do przedpokoju, zawołał gosposię.
– Za drzwiami na schodach stoi zegar. Niech chłopak pomoże go wnieść, proszę go odkurzyć, wyczyścić i wstawić do saloniku pani tak, żeby nikt nie widział. Ma stanąć w rogu.
Zastał żonę zagłębioną w fotelu w salonie. Wyraźnie znudzona czytała jakieś czasopismo. Selmi i Miss Szprota rozmawiali przy stoliku w kącie.
– Dosyć tych nauk! – powiedział gwałtownie Prezes. – Dzieci muszą się też pobawić.
– Wcale się nie uczył – odrzekła z przekąsem Miss Szprota. – Konwersowaliśmy trochę po angielsku.
Miss Szprota wstała i odeszła sztywno jak szprotka, a Selmi zbliżył się do Prezesa i powitał go na sposób angielskich dżentelmenów oraz podał do pocałunku czoło, jak to nakazywał regulamin Miss Szproty.
– Nie podoba mi się ten chłopak – wymruczał Prezes odwracając się do żony. – Jest zbyt obciążony nauką. Być może nie było to rozsądne kazać mu przeskoczyć jedną klasę. Potrzebuje świeżego powietrza i ruchu.
Żona rozłożyła ręce i Prezes nie mógł na nią nie spojrzeć i stwierdził, że bez ozdób eleganckiej damy wygląda rzeczywiście jak dziewczynka.
– Ja też tak myślę – odrzekła żona. – Ale co na to poradzić?
– To proste – stwierdził Prezes. – Mam zamiar odno    wić dom. Zostanie służba, żeby pilnować robotników i Miss Szpr … Miss Elisabeth, która będzie pełnić nadzór, a ty skorzystasz z tego i pojedziesz z chłopcem do Montemoro. Znasz tam każdy zakątek i łatwo znajdziesz ludzi do prowadzenia domu.
Kobieta jakby oniemiała. 
– Tak – wyszeptała – to byłoby wspaniałe. Ale Selmi nie może opuścić tyle szkoły.
– Jeśli się nie mylę – odrzekł twardo Prezes – zanim się z tobą ożeniłem, byłaś nauczycielką. Czy nie czułabyś się na siłach prowadzić zajęcia w klasie z jednym uczniem z trzeciej podstawówki?
– Jak tak, to pewnie! – wykrzyknęła rumieniąc się z radości żona. – Ale jeśli chodzi o angielski, nie znam go …
– Ja też go nie znam, a mimo to udało mi się postawić na nogi przedsiębiorstwo, w którym zatrudniam tysiąc robotników. I dokonałem tego wszystkiego własnymi siłami. Nie miałem kucharki, samochodu, szofera, pokojówek, wychowawczyni. Miałem tylko własne ręce, dobrą wolę i cokolwiek by o mnie mówiono, własny rozum.
Selmi wybałuszył oczy. – Jak ci się to udało?
– Zacząłem pracować w twoim wieku i korzystając z wolnych od szkoły godzin pomagałem ojcu w kuźni. Deptałem miech kowalski, piłowałem, waliłem młotem. W ten sposób zaczęło pasjonować mnie żelazo, a więc i mechanika …
Życie Prezesa było ciężkie i pełne przygód; Selmi jak urzeczony słuchał ojca.
Słuchał go tak dobrą chwilę, aż Prezes skończył:
– Oczywiście, że miałem ogromne szczęście, bo spotkałem mnóstwo wspaniałych ludzi. Oszczędziła mnie wojna i lata powojenne i oto stoję tu przed wami i mam tylko czterdzieści dwa lata, powtarzam – czterdzieści dwa, co znaczy, że jestem bardzo młody, mimo moich siwych włosów, i jestem właścicielem fabryki, w której pracuje tysiąc robotników. I chociaż nie znam angielskiego, to jednak daję sobie radę z prowadzeniem całego tego kramu. I mam jeszcze tyle czasu, żeby pamiętać, że dziś są urodziny twojej matki i latać jak wariat cały dzień w poszukiwaniu prezentu, który by się jej spodobał.
Prezes poczuł wreszcie satysfakcję: paniczyk Selmi i równie godna wspólniczka musieli odwołać liścik co do joty. Cały, od początku do końca!
– Nie trzeba było sobie sprawiać tyle kłopotu – powiedziała żona.
– Właśnie, że trzeba, i to jeszcze więcej – odrzekł Prezes. – Pod warunkiem oczywiście że nie omyliłem się w ocenie twego gustu i upodobań.
W tym samym momencie zegar zaczął w oddali wybijać ósmą i żona Prezesa wzdrygnęła się, jakby słyszała głos drogiego zmarłego. Prezes też zadrżał, bo dźwięk był identyczny jak w tamtym, który stopił się w pożarze w kupkę złomu.
Pani pobiegła do swego saloniku i stanęła jak wryta przed zegarem.
– Czyżbym się omylił co do dezyderatów pani? – spytał Prezes wchodząc za nią.
Powiedział „dezyderatów”, jakby dyktował list do kierownika działu, a nie zwracał się do żony.
Ale pani nie była w stanie zważać na takie niuanse. Nie odrywając wzroku od zegara powiedziała po prostu:
– To on! – jakby tu chodziło o żywą istotę.

Selmi i jego matka wyruszyli następnego ranka do Montemoro, a Prezes po przyjściu robotników spakował walizkę i wyjechał do Francji. Pożyteczny był to wyjazd; został w Paryżu około dwudziestu dni, potem wrócił. A w zasadzie rozpoczął podróż powrotną do domu, bo kiedy znalazł się około trzydziestu kilometrów od miasta na skrzyżowaniu Ponte Nuovo, powiedział do szofera:
– Proszę skręcić w lewo. Pojedziemy na inspekcję oddziału w Montemoro.
Padał śnieg, ale aż do Castelbianco droga była praktycznie przejezdna. W Castelbianco skończyło się dobre: małą krętą drogę, która wspinała się po zboczu Montemoro, Bóg obsypał szczodrze śniegiem. Ale Prezes nie skapitulował.
– Wracaj do domu i czekaj na polecenia – powiedział do szofera. – Dalej dam sobie radę sam.
– To siedem kilometrów – ośmielił się zauważyć szofer.
– Żeby dojść do tego, do czego doszedłem, pokonałem dużo większe trudności! – zaśmiał się Prezes.
I wziąwszy dwie walizy ruszył w drogę.
„Czasem dobrze pokazać podwładnym, że szef nie jest starym ramolem, ale pełnym energii młodym człowiekiem! – pomyślał Prezes. – Jutro całe przedsiębiorstwo będzie wiedziało o moim wyczynie.” Prawdę mówiąc nie było to wcale łatwe zadanie. Prezes stracił dużo czasu i wiele się napocił, w każdym razie dotarł na szczyt Montemoro, kiedy Bóg wreszcie pozwolił.
Dom stał samotnie, ładny kawałek od wsi i w pewnym miejscu prowadząca do niego ścieżka zaczynała łagodnie opadać w kierunku lasu. Kilkaset metrów od celu podróży Prezesa sparaliżowało długie modulowane wycie nadlatujące od strony lasu.
Krzyk Tarzana.
Wycie powtórzyło się i odpowiedziało mu takie samo wycie wydobywające się z domu. Biel śniegu trochę go oślepiała, ale mimo to Prezes mógł się zorientować, że wycie-odpowiedź pochodziło z całą pewnością z okna na pierwszym piętrze. Historia znów się powtórzyła i Prezes usiadłszy na walizkach pomyślał ze zgrozą, co też by się stało, gdyby członkowie Rady Nadzorczej usłyszeli żonę Prezesa odpowiadającą krzykiem Tarzana na krzyk Tarzana syna Prezesa. Wycie trzecie, które wydobyło się ze strony lasu, nagle odezwało się kilka kroków za jego plecami i Prezes dostrzegł przed sobą małego dzikiego górala opatulonego w „wełnianą czapkę z daszkiem, spadającą aż na szyję, z dziurą z przodu na twarz”. Dziki góral ciągnął za sobą sanki z bukowymi i brzozowymi polanami porządnie przywiązanymi sznurkiem. Rozpoznawszy Prezesa góral znieruchomiał jak sopel lodu. Jest to barokowy i niezbyt precyzyjny opis, bowiem to, co można było zobaczyć przez kominiarkę, to różowobiała twarz chłopca, jakby ze zdjęcia reklamowego, sprawiająca wrażenie przede wszystkim ciepła. Chłopiec rozejrzał się wokół szukając samochodu, ale Prezes pokręcił głową.
– Przyszedłem na piechotę od Castelbianco. Mały spacerek dobrze robi. A ty skąd wracasz?
– Poszedłem do lasu uzupełnić zapas drewna – powiedział Selmi wciąż onieśmielony.
W tym momencie otworzyło się okno i dał się słyszeć krzyk Tarzana. Selmi zaczerwienił się i spojrzał na Prezesa bardzo zmieszany.
– Odpowiedz! – dodał mu odwagi Prezes.
Selmi odpowiedział.
Prezes stwierdził, że tak by nie potrafił i zrobiło mu się odrobinę przykro. Podniósł  walizy i przywiązał je na stosie drewna.
– Ruszajmy, odjazd! – powiedział. – Ty ciągnij, a ja będę pchał i potem hamował przy zjeździe.
– Sam dam sobie radę – wyjąkał Selmi. 
– We dwóch zawsze lepiej – odrzekł Prezes.
Sanki ruszyły i w czasie drogi Prezesowi przyszło na myśl: „Firma Davide Degozzi i Syn”. Nie brzmiało to źle. Ale po chwili, wziąwszy pod uwagę szczególną sytuację, pomyślał, że raczej powinno to brzmieć: „Firma Anselmo Degozzi i ojciec”. To też nieźle brzmiało. Kiedy sanki zajechały na podwórze, firma Degozzi rozwiązała się, a Selmi rzuciwszy sznurek popędził do drzwi krzycząc:
– Mamo, tata przyjechał.
Wtedy Prezes poczuł się o wiele mniej Prezesem, ale za to o wiele młodziej.

Francuskie menu w sobotni wieczór

W sobotni wieczór, filmowi Luca Bessona „Jean d`Darc”, towarzyszyła kuchnia francuska


menu francuskie

film Jean d Arc

Francuskie menu – to i francuskie ramekiny i bulionówki Le Creuset:)


LC

Ponieważ był to juz grudzień i prawie że wigilia przyjścia św. Mikołaja 🙂 elementy wystroju nawiązywały już do zbliżających się świąt


wystrój świąteczny

stół francuski

Przystawki to flan brokułowy i mix sałat z pieczoną piersią kaczki


flan

sałata z kaczka

Zupa Parmentier – poczciwa zmiksowana kartoflanka, nazwana na cześć francuskiego agronoma, który upowszechnił we Francji uprawę i spożycie ziemniaka, ratując kraj od głodu


Parmentier

Danie główne: cielęcina Marengo, zasamażany ryż po prowansalsku i sałata (rukola i roszponka)


cielęcina i ryż

ryż

Do dań podałam czerwone wytrawne Bordeaux


wino Bordeaux

Do kawy podałam Bûche de Noël, czyli polano, kawałek drewna – tradycyjne ciasto pieczone we Francji na Boże Narodzenie oraz makaroniki i nugat.
Polano upiekłam sama według przepisu Pierre Herme, ale pozostałe słodycze… no, cóż – z Almy:)


buche de Noel

polano

makaroniki i nugat

makaroniki

Problemy z dressingiem do sałaty

Ciągle szukam przepisu na dressing do sałaty, który by mi odpowiadał. Niby zasady są proste: oliwa lub olej, cytryna lub ocet, musztarda, trochę cukru, trochę soli – wymieszać.
Moim zdaniem dodawanie oliwy to nie jest jednak dobry pomysł. Oliwa ma zawsze specyficzny smak, często z nutą goryczki i w dressingu mi nie smakuje. Uważam, że znacznie lepiej jest dodać olej; najczęściej kupuję słonecznikowy.
Ostatnio trafiłam w portalu mniammniam na przepis Nutelli, który wydaje mi się znakomity; póki co, to będzie mój najlepszy przepis na dressing do sałaty, świetnie komponował się z rukolą i roszponką
dressing do sałaty

1/2 szklanki cukru pudru
1/2 szklanki oleju
1 czubata łyżka musztardy dijon
Sok z jednej cytryny
3 ząbki czosnku

Ząbki czosnku rozgnieść na miazgę. Wszystkie składniki wrzucić do słoika twist i potrząsając ubić na gładką emulsję (Nutella robiła to w blenderze, ale ja nie mam takiego małego blendera).



Opowieści o Wigilii Snape`a – ciąg dalszy

Nareszcie! Nareszcie miał to z głowy! Nie wziął co prawda rachunku, ale chyba nikt nie będzie dochodził, czy te łaszki faktycznie kosztowały niecałe trzy galeony. Mijając sklep ze zwierzętami, Severus postanowił w końcu zająć się swoimi prywatnymi sprawami. Potrzebował świeżych skarabeuszy do eliksirów, a nie istniały świeższe od żywych. Sprzedawca na pytanie o żuki, odrzekł, że owszem, ma na składzie. Ile sztuk?
– Pół funta – określił Snape swoje wymagania.
– Eeee… – stropił się człowiek za ladą. – Obawiam się, że nie mam wagi. Sprzedaję wszystko na sztuki.
– Czy to znaczy, że małego szczura sprzedaje pan w takiej samej cenie, jak dużego? – upewnił się Snape głosem słodkim jak cyjanek.
– Eeee… No tak.
– Uważam, że to jest naciąganie klienta.
– Może być dwadzieścia skarabeuszy? – szepnął ekspedient. Świdrujące oczy i drapieżny nos gościa coraz bardziej mu się nie podobały i budziły złe przeczucia.
– Może być – zgodził się Snape. – I proszę dołożyć afrykańską żabę – byka.
Przytłoczony sprzedawca wybrał największe skarabeusze, po czym włożył do kartonu najtłustszą żabę, przypominającą zieloną, gumową rękawiczkę napełnioną żelem. Siedziała spokojnie w środku, nie przeczuwając, że niebawem wyląduje w kociołku.
Czasami Severus miewał przeczucia, co (jak uważał) stawiało go nieco wyżej od tej nieszczęsnej Sybilli Trelawney – medium dla ubogich. I właśnie akurat w sklepie zoologicznym, wśród zwierzęcego zaduchu, poczuł nierzeczywisty paluch intuicji, skrobiący go po karku.
– I poproszę jeszcze jakieś… zwierzątko – z pewnym zaskoczeniem usłyszał swój własny głos.
Wzrok, którym obrzucił go sprzedawca, był wielce znaczący.
– Mam ładny okaz kobry królewskiej – zaproponował.
– Coś z sierścią – odparł Snape, wsłuchując się w samego siebie.
W pięć sekund pojawiło się przed nim terrarium, w którym siedziała okazała (niewątpliwie włochata) tarantula.
– Mniej nóg – sprecyzował Severus swoje życzenie.
– Szczur..? – zaryzykował sprzedawca.
– Yy – mruknął klient przecząco, mierząc niechętnym spojrzeniem wystraszonego szczura, który usiłował wyglądać słabowicie i nieatrakcyjnie.
– Może fretka? – dopytywał się ekspedient z nadzieją.
– Hm… – Severus zastanowił się. Nie, fretka to chyba jednak nie było to. Za bardzo mu przypominała Malfoya.
Problem z Severusową podświadomością polegał na tym, że nie dawała jasnych wskazówek. Jednak zdążył przekonać się kilkakrotnie, że ignorowanie wewnętrznego głosu zwykle nie wychodziło mu na dobre. Wzrok Mistrza Eliksirów przesunął się po terrariach i klatkach. W jednej z nich siedziały dwa koty, kojarzące się z przerośniętymi miotełkami do kurzu. Oba zmierzyły Snape’a identycznymi, pogardliwymi spojrzeniami skończonych arystokratów. W tym samym momencie w jego umyśle rozbłysło światełko zrozumienia. „Pan Filch powiedział, że jak jego kocica się okoci, to da mi jednego kotka.” Jednocześnie Severusowa świadomość i podświadomość wszczęły zażarty spór.
Zwariowałeś.
Nie zwariowałem, ona chce kota.
To co, że chce? Od kiedy to obchodzą cię życzenia jakichś bachorów?
Ale ta mała jest samotna. Chciałaby mieć kota.
Ty też jesteś samotny, z tym można żyć, sentymentalny kretynie.
Regulamin szkolny jednakowoż dopuszcza posiadanie kota.
– Kot – odezwał się wreszcie Snape.
– Kot! – Sprzedawca zdawał się odetchnąć z ulgą. – Właśnie mam bardzo ładne felis magica viliosa.
– Nie. Ten niżej.
Severus w tej chwili zauważył parę sprytnych ślepek i łapkę w białej skarpetce, usiłującą schwytać pazurkami zwisający ogon sąsiada z wyższego piętra. Sprzedawca wyłowił z klatki małego czarnego kociaka.
– To zupełnie pospolity kot – wyjaśnił z pewnym zakłopotaniem. – Prawdę rzekłszy, zwyczajny koci mugol.
– Ile?
– Sześć sykli, proszę pana.
– Pięć – rzekł Severus, niewzruszony. Dokładnie pięć sykli zostało mu po zakupach w „Guziku i Pętelce”.
– Właśnie sobie przypomniałem, że mamy świąteczną promocję – szybko dodał sprzedawca.
– Proszę zapakować – powiedział Severus stanowczo.
*
Severus siedział w przytulnej kafejce, rozkoszując się aromatyczną kawą z imbirem i kardamonem, oraz lekturą artykułu w „Zaawansowanym warzycielu”. Jego peleryna wraz z kapeluszem wisiała spokojnie na wieszaku, a pod nią stały pudełka z jego zakupami. Za oknami zmierzchało, dwudziesty trzeci grudnia miał skończyć się niebawem, wyczerpawszy zapas niespodzianek, jakie miał przygotowane dla nieszczęsnego nauczyciela Hogwartu. Severus odprężył się w przyćmionym świetle świec, przy ściszonej muzyce czarodziejskiego Radia Glasgow Drum. Spodziewał się, że nie czeka go już nic bardziej stresującego, niż jutrzejsze mycie włosów.
Przeczucie po raz drugi tego samego dnia puknęło go w kark. Rozejrzał się dyskretnie. Żadnych podejrzanych osób. Wszystkie zmęczone mieszczuchy odpoczywają po zakupowej bieganinie, topiąc stres w kawie i herbacie.
Klap… klap… klap… Dziwaczny dźwięk skierował uwagę Severusa na podłogę, gdzie z osłupieniem ujrzał swój składnik eliksiru (tymczasowo jeszcze żywy) posuwający się ociężałymi skokami w przejściu między stolikami. Snape błyskawicznie spojrzał w drugą stronę, by stwierdzić, że pod wieszakiem z jego rzeczami siedzi rozanielony czterolatek, miętosząc kociaka, a wokół niego rozłazi się w różne strony dwadzieścia skarabeuszy.
Mistrz Eliksirów wyszedł z siebie.
*
Kiedy aspirantka Vanessa McIntyre wróciła na posterunek z obchodu swego rejonu, już od progu przywitała ją kolęda dobiegająca z radiowego głośnika oraz odgłosy kłótni z sąsiedniego pomieszczenia. Znajomy kieszonkowiec stał oparty o ścianę, sztywny jak deska pod wpływem zaklęcia Petrificus Totalus. Zdołał jednak mrugnąć do niej na powitanie.
– Dobry wieczór, panie Williamson. Cześć Buck – rzuciła do kolegi, który spisywał raport przy swoim biurku. – Co się dzieje u starego?
– Rob i Dennis przymknęli jakiegoś faceta za zakłócanie porządku publicznego – odpowiedział Buck, nie przerywając pisania. – A teraz on i Wormwood wodzą się za łby.
Zaciekawiona Vanessa uchyliła lekko drzwi i drgnęła z zaskoczenia, kiedy usłyszała bardzo, bardzo znajomy głos.
– Nie, za podobne wykroczenia bynajmniej nie ląduje się w Azkabanie. I NIE podwinę rękawa! Co pan sobie wyobraża!? Czy jestem oskarżony o zabójstwo? Nie!
– Poważne zakłócenie spokoju w miejscu publicznym. Mnóstwo sygnałów od zaniepokojonych mieszkańców. Znieważenie słowne pani Porpington ze sklepu odzieżowego, jak również naszych funkcjonariuszy. Czynna napaść na młodą kobietę przed oddziałem Banku Gringotta. To wystarczy aż nadto! – to był Wormwood.
– Czy owa młoda kobieta złożyła oficjalną skargę?
– Nie, ale na wszelki wypadek szukamy ciała.
– Życzę szczęścia. Znajdziecie je pewnie w łóżku niejakiego Lupina – głos aresztanta ociekał znajomym sarkazmem.
Vanessa wetknęła głowę do pokoju przesłuchań, by przekonać się, że faktycznie przed biurkiem Wormwooda siedzi nie kto inny, jak najpaskudniejszy nauczyciel w Hogwarcie – Severus Snape.
– McIntyre, dobrze, że jesteś – odezwał się Wormwood. – Odprowadź pana… – zerknął w papiery – Snape’a do celi. Pan Snape jest tymczasowo zatrzymany. Gdyby stawiał opór, użyj Tormenta.
Kiedy po godzinie Vanessa znów zajrzała do aresztu, zobaczyła, że Snape chodzi w szczupłej przestrzeni od ściany do ściany, jak uwięziony wilk. Pomieszczenie miało dokładnie cztery kroki na dwa.
– McIntyre… – odezwał się zgryźliwie. – Musisz skakać z radości. Nareszcie okazja, żeby odegrać się za wszystkie szlabany.
– Pan mnie pamięta?
– Zwykle pamiętam ludzi, z którymi stykam się dwa razy w tygodniu przez siedem lat – odparł Snape, nie przerywając nerwowego spaceru. Najwyraźniej bardzo źle czuł się w zamknięciu. Vanessa wyjęła różdżkę ze służbowego futerału.
– Jakieś małe Tormenta? Oczywiście za stawianie oporu władzy? – szydził Snape, zatrzymując się. – Zrób uprzejmość staremu belfrowi i przynajmniej pozwól mi przedtem usiąść.
Vanessa z irytacją potrząsnęła głową. Snape nie zmienił się ani na jotę. Zanurzyła czubek różdżki w przyniesionym kubku z herbatą.
– Relashio.
Wsunęła parujące naczynie między pręty.
– No, niechże pan to weźmie, profesorze – ponagliła. – Nie mogę tak sterczeć godzinami, łamiąc regulamin.
Nieco stropiony Snape odebrał od niej kubek.
– Dziękuję – mruknął.
Dziewczyna wskazała kciukiem za siebie, w stronę biura, skąd dochodziły wybuchy obłąkanej wesołości.
– Dennis i Buck zestawiają raport. Czy to prawda, że kelner pośliznął się na żabie?
Snape zignorował pytanie, chowając swój wielki nos w kubku. Vanessa zachichotała.
– Prawdopodobnie ten raport będzie krążył w odpisach po wszystkich posterunkach jeszcze przed Nowym Rokiem.
Snape jęknął głucho przez zęby.
– „Oskarżony zaatakował mojego pracownika za pomocą żaby, który pośliznął się na wyżej wymienionej i upuścił tacę, ponieważ zaryczała jak krowa” – zacytowała aspirantka, z trudem opanowując atak śmiechu.
– Nie zaatakowałem nikogo żabą!! – zaprotestował wściekle Snape. – To bydlę zwyczajnie mi się wyśliznęło!
– A propos fragmentu, w którym wylewa swe żale pani Porpington… Proszę przyjąć gratulacje. Nie wiedziałam, że się pan ożenił.
– Skłamałem – warknął Mistrz Eliksirów. – Nie ma aż tak zdesperowanych kobiet.
McIntyre zmierzyła krytycznym spojrzeniem swego byłego nauczyciela. Fakt, Snape jak zawsze miał fatalną fryzurę, beznadziejny profil… oraz imponujący wzrost i zaskakująco ładne ręce.
– Skąd więc te prezenty dla dziewczynki?? – zdumiała się przyszła aurorka.
– Nowa sierota w Slytherinie. Wrobiono mnie w dobroczynność – wyjaśnił Snape krótko a ponuro.
– Czy ma pan dość pieniędzy, by zapłacić grzywnę? – spytała.
– Przypuszczam, że owszem.
– Namówię Wormwooda, żeby pana wypuścił jeszcze dzisiaj, zanim dogrzebie się do akt i zobaczy, że miał pan proces w osiemdziesiątym pierwszym.
– Uniewinniono mnie! – syknął Snape, przez moment wyglądając tak, że dziewczyna zadrżała. – Skąd masz tę rewelacyjną wiedzę, panno McIntyre?
– Miałam praktyki w archiwum Wizengamotu.
Zamilkli oboje na długą chwilę.
– Dlaczego to robisz? – spytał. – Dlaczego jesteś taka miła, McIntyre? Dla mnie? W szkole pomyślałbym, że się podlizujesz, ale tu, w tych okolicznościach?
Wzruszyła ramionami.
– A może zwyczajnie cała ta awantura jest dla mnie żałośnie śmieszna i uważam, że nikt nie powinien spędzać wigilii w więzieniu?  Zwłaszcza pan.
– Jesteś w takim razie zdumiewającym wyjątkiem – rzekł Snape, oddając jej pusty kubek po herbacie. – Większość ludzi życzy mi nie tylko świąt tutaj, ale w ogóle wolałaby mnie oglądać w Azkabanie lub wręcz w trumnie. Widzę, że cnoty Hufflepuffu kwitną w tobie bujnie.
Przewróciła oczami.
– Spiszę teraz akt łaski i podsunę Wormwoodowi do podpisu. Będę robić z siebie idiotkę, jęczeć i łgać, że był pan moim ukochanym nauczycielem. Na miłość Boską, niech pan nie zmarnuje mojego wysiłku, profesorze.
*
Filius Flitwick pracował nad świątecznymi dekoracjami w Wielkim Hallu, kiedy ujrzał młodszego kolegę, wchodzącego szybkim krokiem do środka. Peleryna powiewała za nim słabiej niż zwykle, gdyż przepaściste kieszenie miał powypychane jakimiś tajemniczymi paczuszkami.
– Dobry wieczór, Severusie! Jak pogoda w Glasgow?! – zawołał pogodnie Flitwick spod sufitu, gdzie rozmieszczał na świerkowych girlandach czerwone kokardy.
Severus spojrzał w górę, ukazując spod ronda kapelusza błyszczące złością oczy i usta zaciśnięte w wąską kreskę. Bez słowa ruszył w stronę wejścia do lochów, po drodze kopiąc z furią wielką donicę, w której stała choinka.
– Uuuu… to chyba znaczy, że był deszcz ze śniegiem – mruknął Flitwick pod nosem.
*
Severus musiał przyznać, że medytacja w pozycji lotosu rzeczywiście trochę pomaga opanować stres. Zwłaszcza, jak przy tym rzuca się nożem w szafę.
*
Severus nie pisał pamiętnika. Jednak o poranku 24 grudnia doszedł do wniosku, że gdyby prowadził dziennik, mógłby on wyglądać tak:
23 grudnia, godzina 19:05
Kot wspina się po mojej pelerynie. Kosztowała dwadzieścia galeonów, czy to zwierzę zdaje sobie z tego sprawę? Co jedzą koty? „Felis domestica czyli kot domowy.” (W tej chwili raczej zamkowy.) „Zwierzę kręgowe, ssak  z rodziny kotowatych. Występuje w wielu odmianach na całym świecie. Czczony w starożytnym Egipcie…” Nie jesteśmy w Egipcie! Złaź z mojego płaszcza, bydlaku! „Żywi się drobnymi kręgowcami, takimi jak myszy, szczury i małe ptaki.”
Godzina 19:20
Skrzaty kuchenne twierdzą, że nie mają w menu niczego o smaku myszy. (Ani szczura.) Szkoda, że Pettigrew uciekł z Hogwartu, mógłby się przydać. Poprzestaniemy na siekanym kurczaku.
Godzina 20:30
Jutro zapakuję kota w jakieś pudełko ze wstążką. Kiedy się kąpałem, wlazł do umywalki i załatwił się. No cóż… na wszelki wypadek zwinę dywan w bawialni.
Godzina 22:30
Wyrzuciłem kota z łóżka.
Godzina 22:36
Drugi raz wyrzuciłem kota z łóżka.
Godzina 22:40
Po raz kolejny wyrzuciłem kota.
Godzina 22:57
Nie wiedziałem, że mam tak akustyczną łazienkę. Ciekawe, czy na koty działa Eliksir Usypiający? Wypuszczam kota z łazienki, to jest nie do zniesienia.
Godzina 23:10
Wyniki działania eliksiru na kota są nadal nieznane. W encyklopedii nie ma nic na temat sposobów zmuszenia kota do wypicia czegokolwiek, czego on nie chce wypić.
24 grudnia, godzina 0:10
To przeklęte zwierzę rujnuje mi gabinet. Nie wiem, co turla po podłodze i nie chcę wiedzieć. Miałem ciężki dzień, następny nie zapowiada się przyjemniej i chcę się WYSPAĆ! Jedna łyżka eliksiru powinna mi wystarczyć.
Godzina 8:30
Zaspałem. Obudziłem się z kotem na głowie. Lizał mnie po włosach i wydawał jakieś dźwięki. Mam nadzieję, że niczym się od niego nie zarażę. Chyba już wiem, dlaczego ten mały potwór kosztował tylko 5 sykli. Towar z przeceny!
*
W sumie jednak zajmowanie się pięciosyklowym kociakiem wyszło Severusowi na dobre. Ciągle zajęty wyciąganiem wszędobylskiego malca z rozmaitych zakamarków (między innymi z własnych butów), był tak przepełniony irytacją, że nie starczyło już miejsca na jego zwyczajową  depresję świąteczną. Z dwojga złego Severus wolał mieć zasierszczone domowe pantofle i być zdenerwowany.
W końcu wieczór wigilijny „nadciągnął zbrojnie” jak co roku. (Z tą różnicą, że Severusowa depresja osiągnęła zaledwie stopień pierwszy.) Prezenty leżały już pod choinką w Hallu; kot zapakowany do pudełka z dziurkami został oddany pod opiekę domowego skrzata, z poleceniem, by znalazł się pod drzewkiem w odpowiednim momencie.
Severus spojrzał krytycznie w lustro, poprawiając jedwabny (z okazji świąt) kołnierzyk. Niestety, jego włosy, mimo że świeżo umyte, nadal przedstawiały rozpaczliwy widok. Codziennie torturowane wyziewami rozmaitych eliksirów, już dawno temu straciły wszelaki fason. Można by rzec, że były to włosy, które popadły w obłęd post-alchemiczny.
– Tragedia, kochasiu – rzekło magiczne zwierciadło. – Jaki krawat? Czarny, czy czarny? A może czarny?
Jako że Severus nie posiadał w ogóle żadnego krawata, opuścił gadatliwe lustro i udał się do Wielkiego Hallu, gdzie wszystko już było przygotowane na tę coroczną farsę, zwaną kolacją wigilijną. Pomieszczenie wyglądało wspaniale: kolumny oplatały festony ze świerczyny i ostrokrzewu, posadzkę pokrywał gruby mchowy dywan; z zaczarowanego sufitu sypał iluzyjny śnieg, znikający tuż nad głowami obecnych; kilkanaście choinek, przystrojonych lśniącymi soplami i srebrzystymi błyskotkami, stało kręgiem, a w nim znajdował się wielki stół, nakryty do kolacji. Severus szybkim spojrzeniem zlokalizował rozmieszczenie pęków jemioły, by przypadkiem nie stanąć pod żadnym z nich – diabli wiedzą, co tej Pomfrey może strzelić do głowy. Honorowe miejsce zajmowała największa choinka – ginąca niemal pod bezładnym natłokiem wszelkiego autoramentu bombek i ozdóbek. Były tam tęczowe bańki mydlane, utrwalone zaklęciem, trzepocące skrzydełkami motyle i ważki o oczach z klejnotów, nie topniejące płatki śniegu wielkości deserowych talerzyków, a obok dzieła tak trywialne, jak słomkowe koguciki, włóczkowe niedźwiadki, tekturowe aniołki o słodkich buziach w zmanierowanym guście dziewiętnastowiecznym, albo chińskie zabawki z papieru. Wszystko to stanowiło bezsensowny, wesoły, pstry melanż, a było tego tyle, że ilość skokiem przechodziła w jakość, tworząc swoisty styl „bezstylowy”. Do tradycji należało, że każdego roku do puli ozdób na Wielką Choinkę dodawano jedną zabawkę, tak więc była czymś w rodzaju Gwiazdkowego muzeum. Severus zastanawiał się rok w rok, ile jeszcze tego kolorowego śmiecia zmieści się na nieszczęsnym świerku.
Dzieciarnia, która zostawała na święta w Hogwarcie, była jednakże nieodmiennie zafascynowana Wielką Choinką do tego stopnia, że wygrywała ona nawet ze zgromadzonymi niżej paczkami. Cała dziesiątka uczniów stała właśnie przed nią z zadartymi głowami: wszyscy odświętnie schludni i ulizani. Pomijając oczywiście Pottera i Lestrange.  Chłopak musiałby chyba użyć betonu, by zmusić swoją czuprynę do uległości. W przeciwieństwie do reszty młodocianego towarzystwa, oboje z Lestrange mieli na sobie powycierane dżinsy i swetry, z których zaczynali w sposób widoczny wyrastać. Snape skrzywił się niechętnie. Wyglądało na to, że w samą porę zdecydował się uzupełnić garderobę tej panny.
Nowych wrażeń estetycznych dostarczył Severusowi Hagrid, w straszliwym garniturze z tweedu w zielono-brązowy rzucik, oraz Flitwick w pomarańczowym odświętnym krawacie. Po chwili dołączyła do nich rozszczebiotana Madam Pomfrey, rozdzielająca hojnie życzenia świąteczne i gałązki ostrokrzewu, odsypane czerwonymi jagodami. Severus jeszcze raz sprawdził konfigurację jemioły.
– „Depresja in plus dziesięć procent” – pomyślał kwaśno, po czym odebrał swoją porcję powinszowań i ostrokrzewu. – „Ciekawe, czy Potter pamięta, że ostrokrzew jest trujący? Może mu wrzucić do żurawiny?”
Wszystko toczyło się utartą koleiną. Stół uginający się pod ciężarem apetycznie zarumienionych indyków, szynki, puddingów i innych smakowitych potraw. Sztucznie optymistyczna przemowa Dumbledore’a, życzenia, życzenia, bla bla bla… Indyk, pudding, zielony groszek… „Severusie, ty nic nie jesz.” Dowcipy, bla bla… Hagrid, wlewający w siebie dziesiątą szklankę grogu. Placek ze śliwkami… „Nie, dziękuję za dokładkę.” Przedstawiciele Hufflepuffu i Ravenclawu z uśmiechami nie sięgającymi oczu. Potter wesolutki za to jak szczypiorek, a Lestrange spocona z wrażenia i promieniejąca – przynajmniej tych dwoje szczerze się cieszy. Tradycyjne, wybuchające cukierki. Aż w końcu…
– Pre-zen-ty! Pre-zen-ty! – zaintonował Dumbledore, wymachując do taktu widelczykiem do ciasta. – Najmłodszy rozdaje! Tak, panienka w okularach!
Zapłoniona z podniecenia Lestrange zerwała się z miejsca, omal nie przewracając krzesła i pobiegła pod Wielką Choinkę.
– Rubeus  Hagrid! – odczytała głośno plakietkę i tryumfalnie zaniosła pudełko wielgachnemu gajowemu, który jak zwykle bardzo się wzruszył.
Rozdawanie i rozpakowywanie podarunków trwało. Potter znów dostał sweter, noszący wyraźne znamiona weasleyowego rękodzielnictwa. Uszczęśliwiony Dumbledore oglądał oszałamiająco niegustowne skarpetki. Profesor od mugoloznawstwa z lubością rozstawiał koło swego talerza jakieś utensylia w kształcie niebieskich misiaczków, wionące mugolstwem na pięć metrów. Dzieci próbowały słodyczy. Severus nie przewidywał dla siebie żadnych niespodzianek – zestaw był co roku podobny: książki, jakaś woda po goleniu oraz… sweter. Kiedy dostał pierwszy, był bardzo zaskoczony. Niewątpliwie ta część garderoby nie została kupiona w sklepie, ale zrobiona przez kogoś ręcznie na drutach w domu. Żadnej kartki, żadnego bileciku, nic kompletnie. Można by pomyśleć, że wydziergał go sam Święty Mikołaj. Śledztwo trwało całymi latami i nie przyniosło żadnych rezultatów. Severus wpierw denerwował się, potem przywykł, a potem znów począł odczuwać irytację, kiedy podobne swetry zaczął dostawać Potter. Do cholery ciężkiej, ktoś go traktował jak… jak… sierotkę! Suma sumarum, Snape miał już w szafie trzynaście swetrów i oczekiwał czternastego.
Zajrzał do pudełka. Tym razem sweter był czerwony. Nie szkodzi, za godzinę będzie czarny.
– Minerwo… – odezwał się z westchnieniem. – Naprawdę nie wiesz, kto mi to przysyła?
– Nie mam pojęcia – odparła profesorka Transmutacji, ukrywając uśmiech. – Może Lupin?
– Niech pani nie obraża mojej inteligencji. Po pierwsze: on mnie nie znosi, z wzajemnością. Po drugie: wilkołak robiący na drutach??
W tym momencie usłyszał uszczęśliwiony kwik spod choinki.
– Ujejuuuuuu!!!! – Lestrange klęczała nad rozbebeszonym pudełkiem w choineczki, trzymając w uniesionych rękach… szafirowe spodnie. Dziecko było w absolutnej ekstazie.
– O rany, o kurczę… To dla mnie!? To dla mnie? – powtarzała dziewczynka.
Snape zmartwiał. McGonagall pochyliła się ku niemu, zasłaniając usta dłonią.
– Ekhm… Sev, nie uważasz, że to trochę za… odważne?
– Ja tego nie kupowałem! – odszepnął z rozpaczą. – Ożesz w mor… Pomyliłem paczki!
– Już jej tego nie wydrzemy, nawet nie próbuj – mruknęła profesorka z uśmiechem, nadal zasłaniając usta. – Jakoś przeżyjemy. 
Ale to nie był koniec niespodzianek. Z charakterystycznym „pok” zjawił się domowy skrzat, odziany w schludną serwetkę przybraną pęczkami „gwiazdy betlejemskiej” i z ukłonem wręczył małej Ślizgonce kolejne pudełko. Dziewczynka popatrzyła na nie z niedowierzaniem. Po tak wspaniałej rzeczy, jak najmodniejszy w tym sezonie ciuch, nie spodziewała się już niczego.
– Miau! – odezwał się kartonik z pretensją.
– Kot!! – wrzasnęła, zdejmując czym prędzej wstążkę i pokrywkę.
– Holender, jestem taka szczęśliwa, że mogę umrzeć tu i teraz! – oświadczyła, tuląc do piersi miauczącego w niebogłosy kociaka.
– Nie bądź głupia – odparł siedzący obok mały Krukon. – Kto by się wtedy zajął kotem?
– Jak go nazwiesz? – spytał Harry Potter.
Sirith popatrzyła uważnie na kota – miał biały krawacik i białe skarpetki. Potem obejrzała się na swego Opiekuna – biały kołnierzyk koszuli, białe makiety, wychylające się z czarnych rękawów szaty.
– Sever – orzekła stanowczo. – Będzie się nazywał Sever.
– Pasuje – mruknął Harry. – Snape ma w sobie coś z kota. Chodzi bezszelestnie i jest wredny jak Pani Norris.
– Ma imidża – stwierdziła lakonicznie Siri.
Dumbledore wstał od stołu.
– Szanowni koledzy i koleżanki, drodzy uczniowie… pozwólcie, że chwilowo obejmę stanowisko Świętego Mikołaja i wręczę jeszcze jeden prezent, który został przeoczony.
Zza jednej z choinek wylewitowała duża, nieco bezkształtna paczka.
– Odbiorcą natomiast jest nasz Mistrz Eliksirów.
Severus znieruchomiał, z kieliszkiem wina w połowie drogi do ust.
– Zwykle nie pozwalamy, aby uczniowie robili prezenty nauczycielom, lecz w tym wypadku postanowiłem uczynić wyjątek – ciągnął Dumbledore figlarnym tonem. Severus wpatrywał się w paczkę, jakby miała zaraz wybuchnąć. – Profesorze Snape, proszę rozpakować. Z serdecznymi życzeniami od szóstego i siódmego roku.
Skwaszony Snape pociągnął za wstążkę. Papier opadł, a spod niego wyłoniła się zwinięta kołdra z zielonego adamaszku w srebrne wężyki.
– Doceniając pański dowcip halloweenowy, uczniowie wyzbierali sierść i piórka, po czym postanowili dać je panu na pamiątkę w tej pożytecznej formie. Sypialnia w lochach jest dość chłodna.
Dokoła rozległy się chichoty. Severus długą chwilę wpatrywał się jak zahipnotyzowany w zielony adamaszek i wężyki, po czym wybuchnął:
– Albusie! Yh, to znaczy dyrektorze! Czy pan uważa, że będę używał czegoś, co zostało zrobione…  Z UCZNIÓW!?!
Gwałtownie odstawił kieliszek, rozlewając wino i opuścił Hall w najwyższym stopniu zniesmaczony.
*
Było już około jedenastej, kiedy Severus zdecydował się na zwyczajowy spacer po zamkowych korytarzach. Chwała Merlinowi, uroczystą kolację miał z głowy. Jutro Dumbledore wraz ze swymi dowcipami uda się w odwiedziny do brata, podobnie jak Flitwick. Pomfrey będzie miała zajęcie przy przejedzonych uczniakach, a Potter bez Weasleya i tej Granger wydawał się tymczasowo niegroźny. Z papierosem w zębach (i rękami w kieszeniach cywilnych dżinsów) Severus poddawał się leczniczemu działaniu nikotyny oraz miarowego marszu.
W Wielkim Hallu zaskoczył go widok niewielkiej figurki, siedzącej po turecku na mchu. Lestrange uniosła twarz ku magicznemu sufitowi, obserwując prawie bez mrugania opadające płatki śniegu. Czarny kociak bawił się obok, tarmosząc choinkową ozdobę.
– Co tu robisz o tej porze? – spytał Severus.
– Patrzę na śnieg, prosz pana – odpowiedziała Sirith z powagą. – Jest piękny.
Severus mimowolnie popatrzył w górę. To prawda, śnieg był piękny.
– Czemu nie śpisz? – spytał łagodnie, aż sam się tym zdziwił.
– U nas nikogo nie ma. Z całego Slytherinu tylko ja zostałam i jakoś tak… dziwnie mi.
– Ja też jestem ze Slytherinu, więc jest nas dwoje – mruknął Severus, siadając koło dziewczynki. Włożyła „spodeńki” i Severus musiał przyznać w cichości ducha, że sprzedawczyni miała rację; leżały świetnie i w zasadzie na jedenastolatce nie wyglądały prowokująco.
Szyja go zabolała od patrzenia do góry, więc położył się na mchowym dywanie, opierając głowę na kołderce, która nadal leżała porzucona pod choinką.
– Dyrektor potem powiedział, że to był żart i że to wcale nie jest zrobione z uczniów – odezwała się Sirith.
– I tak jej nie będę używał – burknął Severus.
– Pan na niej leży, to jest używanie – wytknęła mu bezczelnie.
– Tęsknisz za domem? – zapytał Severus i natychmiast w myślach nazwał się idiotą.
– Nie. A pan? – odpowiedziała pytaniem.
Zaciągnął się papierosem, rozsiewając na siebie popiół.
– Ja jestem w domu – mruknął cicho, wydmuchując dym ku górze. Śnieg nadal leciutko i wdzięcznie spływał z czarnego nieba, wirując lekko w podmuchach niewyczuwalnego wiatru. 
– Jakoś jest pan milszy dzisiaj – odezwało się dziecko.
– Wigilia. Nawet ja mówię ludzkim głosem – odparł.
– Mam coś dla pana. –  W polu widzenia Severusa pojawiła się mała ręka, trzymająca złożoną kartkę. Odebrał ją i rozwinął.
– Wiem, że to marny prezent, ale nie mam nic innego – usprawiedliwiła się Siri.
Na kawałku pergaminu wypisano starannie:
Transmutacja 7
Zaklęcia 4
Obrona 6
Eliksiry 6
Opieka 9
Historia 3
Zielicha 6
Quidditch 6
Inne 5
Razem 52 punkty
– To jest zwrot długu, prosz pana. Z procentem! – podkreśliła Sirith z pewną dumą.
– Rozumiem. Profesor Hagrid był wyjątkowo hojny.
– Pomagałam mu karmić thestrale – wyjaśniła.
– Uhm – mruknął Severus, patrząc na nią badawczo. – To całkiem niezły podarunek. A jeśli chcesz mi zrobić większą przyjemność…
 Zawisła wzrokiem na jego wargach.
– Zaśpiewaj coś – dokończył cicho, raptem strasznie zawstydzony.
Krwawy Baron i Prawie Bezgłowy Nick dyskretnie unosili się poza kręgiem świątecznych jodełek, słuchając słodkiego głosu dziecka, śpiewającego psalm.
– Dla każdego gwiazda na niebie,
  tak łaskawy rzekł kiedyś Pan.
  Jedna z nich świeci dla ciebie,
  Wybierz sobie tę, którą chcesz.
  To ona cię zaprowadzi,
  po najciernistszej z dróg,
  tam, gdzie cierpliwie czeka
  jak ojciec stęskniony Bóg.
„Co z tego wyniknie?” – spytał bezgłośnie Nick, patrząc na dziewczynkę i Mistrza Eliksirów.
  „Tego nie wiem” – odparł milcząco Krwawy Baron. – „Ale jednego jestem pewien, najlepszą rzeczą dla nich jest to, że się sobie przytrafili.”

Grudzień 2003

Kolejne gwiazdkowe opowiadanie

No i zaczynamy już drugi tydzień Adwentu
2 tydzień Adwentu

Dziś jako lekturę proponuję tekst, który bardzo, bardzo lubię.
Potteromaniacy się ucieszą. A może i nie? bo nie jest to tekst kononiczny; ukazuje ludzką, dobrą twarz Severusa Snapa, mistrza eliksirów ze szkoły czarodziejów w Hogwarcie, który, jak pamiętacie, nie cierpiał Harry`ego Pottera, zresztą z wzajemnością. Ten tekst to fanfik, pisany w czasie, kiedy jeszcze J. Rowling nie skończyła swojego dzieła, i wszystko jeszcze było możliwe. Zaczytywałam się wówczas tymi powstającymi jak grzyby po deszczu tekstami, usiłującymi przewidzieć co będzie dalej:)
Opowiadanie publikowane było na stronie http://forum.mirriel.net/viewforum.php?f=2. Zapraszam:

„Dla każdego gwiazda – czyli opowieść pod choinkę”
(napisała Toroj, jak zawsze obłąkana)

O ile Severus Snape nie znosił Halloween w sposób żywiołowy, uważając je za święto głupawe, barbarzyńskie i zupełnie pozbawione ducha jakiejkolwiek ludzkiej godności, to Boże Narodzenie wprost przeciwnie… Hmmm… Lubił? Za dużo powiedziane. Tolerował..? Kiedy Severus sam zastanawiał się nad swoim stosunkiem do Bożego Narodzenia, znajdował wewnątrz siebie uczucia ambiwalentne do tego stopnia, że to zbijało go z tropu. Powiedzmy sobie szczerze, dawno temu kolejno następujące po sobie Gwiazdki rozczarowywały małego Severka do tego stopnia, że na to święto zwyczajnie się obraził. A kiedy Severek stał się dużym Severusem, ta uraza pozostała gdzieś na dnie jego duszy.
Z jednej strony cenił święta w Hogwarcie za ich spokój. Większość kadry pedagogicznej rozjeżdżała się na ferie do swoich rodzin. Podobnie uczniowie: w szkole zostawało tylko kilku nieszczęśników, którzy z różnych powodów nie mieli się gdzie podziać. (Między innymi Potter, wrrrr…) W tym okresie zamek był wyludniony i cichy, przez co zdawał się nawet jeszcze większy niż zwykle. A to Severusowi bardzo odpowiadało – miał więcej czasu dla siebie i nie musiał interweniować w rozmaitych obłąkanych sprawach, dziejących się zawsze pomiędzy dorastającymi nastolatkami.
Z drugiej strony natomiast, w wigilię już około południa zaczynał odczuwać chandrę, która pogłębiała się w sposób ciągły, by przy kolacji osiągnąć mniej więcej wyrównany poziom czarnej depresji. Każdego roku rozglądał się po świątecznie udekorowanym Wielkim Hallu (taki wysiłek dla tej garstki ludzi), po roześmianych twarzach wokoło choinki i miał ochotę wyć (może kiedyś nawet to zrobi, ku wielkiemu przerażeniu Poppy Pomfrey). Oblicza ludzi, którzy udają, że nie są samotni. Oczy dzieciaków, które pozornie się cieszą, a wyraźnie w nich można wyczytać, że chciałyby być gdzie indziej – ale w tym „gdzie indziej” nie są mile widziane. Może prócz Pottera… Chłopak nie tęsknił za domem. Widać święta u mugoli uważał za mniej atrakcyjne.
Tymczasem jednak był mroźny poranek 22 grudnia, a Severusowa depresja dopiero majaczyła na dalekim horyzoncie. Pogoda była idealna: słońce świeciło, śnieg się skrzył i wszystko wyglądało jak na kiczowatej świątecznej pocztówce, takiej za dziesięć knutów. Snape wraz z innymi Opiekunami stał przed głównym wejściem, obserwując, jak rozradowani uczniowie pakują się do bryczek zaprzężonych w thestrale. Skrzydlate konie potrząsały czarnymi łbami, a ich wypukłe, niesamowite oczy odbijały światło jak ciemne lusterka. Jak zwykle, pomiędzy dzieciakami znalazło się kilkoro, które je widziały i omijały z szacunkiem. Tylko Luna Lovegood jak zawsze głaskała jedwabiste karki, nie przejmując się tym, że dla reszty wygląda to dziwacznie. 
Ostatnia grupa z tupotem przebiegła obok nauczycieli, taszcząc kufry. („Do widzenia, do widzenia! Wesołych świąt!”) Snape miał w perspektywie przyjemny wieczór, spędzony przy lekturze i drinku, więc był w stanie ścierpieć nawet Alexę Toran, śpiewającą na całe gardło kolędy po gaelicku (z brytyjskim akcentem). To, że nie miała głosu ani słuchu, zdawało się nie przeszkadzać nikomu, łącznie z nią samą.
W końcu za bramą zniknął ostatni pojazd. Severusowi odechciało się wracać do znajomych lochów. Zawinął się szczelniej w swoją czarną pelerynę i wolnym krokiem ruszył na spacer.
Między oszronionymi gałęziami niskich świerków uwijały się czerwonobrzuche gile. Częściowo zamarznięte jezioro odbijało blady błękit zimowego nieba jak gigantyczne zwierciadło, a jego brzegiem dreptało kilka saren i jeden osamotniony thestral. Severus uznał, że nie zniesie dłużej tego strasznego kiczu i skręcił w łukowate przejście, prowadzące do wewnętrznych ogrodów, opustoszałych o tej porze roku. Gdzieś z dala dobiegały wesołe okrzyki i basowe szczekanie. Na zadeptanym trawniku stały dwa śniegowe bałwany. Jeden -niski i jakby przygarbiony, z gałązkami tui, imitującymi krzaczaste brwi – dzierżył miotłę. Drugi, wyższy i smuklejszy, miał zadzierzysty nos z korzenia pasternaku oraz fryzurę ze starego mopa.
– Norma – mruknął Snape, wbijając bałwanowi różdżkę w brzuch ruchem nożownika. – Relashio!
W ciągu paru minut z figury pozostała kupa mokrej śniegowej kaszy. Podobiznę Filcha Severus zostawił w spokoju. Niech sam załatwia swoje sprawy.
W chwili, gdy Severus przeszedł przez następną bramkę, coś niespodziewanie świsnęło mu nad głową, a w sekundę później straszliwy cios obalił go na ziemię. Palce członka Zakonu Feniksa niemal bez udziału świadomej woli zacisnęły się na różdżce. Jednym błyskawicznym ruchem przekręcił się na plecy, wzrokiem szukając wroga. Zamarł… Tuż nad nim wielka zębata paszcza ziała gorącym smrodem. Z ostrych kłów zwisały cienkie nitki śliny.
– Puszek!! Niedobry pies! Brzydki piesek! Zostaw pana! – rozległ się pełen nagany znajomy bas Hagrida.
Zaambarasowany wykładowca Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami postawił Mistrza Eliksirów jednym szarpnięciem na nogi, a następnie otrzepał ze śniegu z takim zapałem, że Snape omal się znów nie przewrócił. Gigantyczny pies warował obok – z miną, jakby zastanawiał się, czy jest już wystarczająco głodny.
– Cholibka, on chyba myślał, że pan profesur chce mu zabrać kijek – tłumaczył Hagrid z zakłopotaniem.
Snape obejrzał się za siebie. „Kijkiem” nazwano tu bez wątpienia owo grube polano, którym omal nie dostał w głowę. Jednak chyba jakiś święty od Eliksirów miał dziś w niebiosach dyżur i stwierdził, że Severus Snape nie powinien spędzać Bożego Narodzenia w szpitalu. Szczerze mówiąc, Severus nie przepadał za Hagridem. Co prawda gajowy zawsze zwracał się do niego z szacunkiem i nigdy nie dawał do zrozumienia, że jest od Snape’a dwa razy starszy; niemniej sytuacja, w której Severus ze swym niebagatelnym metrem dziewięćdziesiąt trzy musiał patrzeć na rozmówcę z perspektywy dziecka, była dla niego mało komfortowa. 
Na domiar złego, świadkami tego żenującego widowiska były dwie osoby, których akurat najmniej sobie życzył: Potter i Lestrange – dwie etatowe sierotki Hogwartu. Po raz drugi Snape widział ich razem i ponownie uderzyło go ich wzajemne podobieństwo. Może to przez te okulary, a może identyczny typ włosów, które bez względu na wysiłki zawsze wyglądały jak ostrzyżone sekatorem…? Z tym, że na twarzy Pottera jak zwykle malowała się rezerwa (w tej chwili również lekka drwina), natomiast Lestrange, zarumieniona od mrozu jak rzodkiewka, aktualnie emanowała życzliwością do całego świata. 
– Cześć! Dzień dobry, panie psorze! – zawołała. – Wystraszył się pan?
– Nie – skłamał Severus.
– To czemu pan nie wstał?
– Kiedy ma się do czynienia z tak niebezpieczną bestią, nie wolno wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, żeby jej dodatkowo nie rozdrażnić.
– Acha… okej, zapamiętam – powiedziała Lestrange, patrząc na nauczyciela dziwnym wzrokiem.
Kiedy trzy lata temu Severus zlekceważył pupilka Hagrida, musiał zużyć sporo gojących eliksirów, a blizna na nodze została mu do dziś. Puszek miał za dużo głów, za dużo zębów i ogólnie… było go DUŻO, a jednak określenie „niebezpieczna bestia” zabrzmiało w tej chwili dość nieadekwatnie. Dwie z głów psiska zawładnęły właśnie kawałem drewna i wydzierały go sobie nawzajem, a trzecia łasiła się do Hagrida, obśliniając mu kosmaty płaszcz. Ogon psa wywijał młyńce w powietrzu, aż furczało.
– Chce pan ciastko? – spytała Lestrange, wyciągając w stronę Severusa pudełko. – Hagrid kupił w Hogsmeade dla Puszka.
– Nie jadam psich chrupek – wycedził Snape z urazą. Potter schował twarz w kołnierzu płaszcza, dusząc się od tłumionego śmiechu. Mistrz Eliksirów spojrzał na niego ciężko.
– Potter, nie zapomnij odrobić pracy domowej przez ferie. O ile pamiętam, z dwóch ostatnich dostałeś K.
Jak można się było spodziewać, chłopakowi momentalnie zrzedła mina. „Poziom draństwa: in plus dwa procent” pomyślał Severus zjadliwie „Jestem kompletnym bydlakiem.”
– To nie są żadne psie chrupki – zaprotestowała tymczasem Lestrange z oburzeniem. – Nie częstowałabym przecież pana psimi ciastkami! To są ludzkie ciastka!
– Z ludzi? – spytał Severus ironicznie i dodał: – Proszę pilnować tego psa, profesorze. Zwłaszcza przy dzieciach. 
– Jasne, panie profesorze… – Hagrid poklepał psa po grzbiecie wielką łapą. – Puszunio uwielbia dzieciaki.
„Chyba jeść” podsumował Severus w duchu.
– Puszek, Puszek, ciasteczko! – pisnęła Lestrange, wyciągając smakołyk w stronę psa. Bestia momentalnie porzuciła swoją zabawkę, węsząc pożądliwie. Mała zaczęła rzucać ciastka, a trzy głowy wyłapywały je w powietrzu, „wuffając” w podnieceniu i zaglądając sobie wzajemnie w mordy, na wypadek, gdyby sąsiad dostał więcej lub coś lepszego.
Severus uznał, że nic tu po nim. Czekało go zacisze biblioteki i herbata, a potem praca nad ostatecznym wykończeniem kilku eliksirów.
*
– Sev…? Mogę ci zająć kilka minut?
Severus obejrzał się. Przy regale bibliotecznym stała Minerva McGonagall.
– Oczywiście. – Wskazał jej krzesło obok.
– Studiujesz?
– Nie. Postanowiłem poczytać coś lekkiego. W końcu są ferie.
– Hmmm… – Minerva obejrzała z powątpiewaniem leżące na stole „Halucynogeny” i „Mistycyzm luster w aspekcie praktycznym”. – Zdaje się, że wybierasz się jutro do Glasgow?
– Tak. W sprawach Zakonu… i tych innych – odpowiedział Severus bardzo cicho. Biblioteka była pusta, ale nie należało niepotrzebnie ryzykować.
– Podejmę coś u Gringotta, przespaceruję się po sklepach, kupię Dumbledore’owi skarpetki – koniecznie różowe – i przy okazji będę się napawał widokiem pięknych młodych kobiet. To chyba niezły plan na spędzenie dnia w dużym mieście? – dodał głośniej.
McGonagall uśmiechnęła się. Od czasu ostatniego Halloween Severus czasem zdradzał się, że posiada coś takiego jak poczucie humoru.
– Ależ Sev, po Hogwarcie spacerują tabuny młodych kobiet. Wystarczy spojrzeć po szóstym i siódmym roku. Nie musisz w tym celu jeździć aż tak daleko.
– Błąd, pani profesor! – Uniósł palec ostrzegawczo. – To nie są kobiety, to są uczennice.
Profesorka Transmutacji poddała się.
– I właśnie w sprawie uczennicy przychodzę. Sirith Herma Lestrange jest w twoim Domu. Wiadoma ci jest jej sytuacja życiowa?
– Zaiste, wiadoma – odpowiedział Severus obojętnym tonem, zerkając w otwarty tom i łyknął herbaty z filiżanki.
– Towarzystwo Dobroczynne z Fogbell przysłało na moje ręce, jako wicedyrektorki, trzy galeony, z przeznaczeniem na prezent gwiazdkowy dla dziewczynki.
– Uhm…
– Tu są pieniądze. Skoro jutro będziesz w Glasgow, przy okazji załatwisz i tę sprawę. – Profesorka położyła na stole trzy złote monety. – Nie zapomnij pokwitowania.
Snape z wrażenia zachłysnął się herbatą.
– Mi…ner…wo… – wykrztusił. – Żar…tujesz, prawda?
– Ależ skąd. To dziecko jest w Slytherinie, to chyba zupełnie naturalne, że powinien zająć się tą sprawą człowiek, który zna najlepiej jego potrzeby.
– Nie znam jej potrzeb!
– To źle – stwierdziła McGonagall chłodno. – Widać nie sprawdzasz się jako Opiekun.
– Nie wiem co lubią małe dziewczynki! – jęknął Snape, rozdrażniony. – Zamów coś w Hogsmeade.
– Chcesz zrzucić na mnie swoje obowiązki? – zripostowała natychmiast starsza kobieta. – Pracuję na dwóch etatach.
– A ja na trzech! – warknął Severus.
– Dość, Sev. Jak będziesz dalej się opierał, Albus wyda ci polecenie służbowe i obu wam będzie przykro. Do widzenia.
Starsza czarownica wstała i „wypłynęła” za drzwi. Zielona szata falowała za nią stylowo. Za drzwiami oparła się o ścianę i zaczęła śmiać bezgłośnie oraz nieco złośliwie. Syriusz Black, który z natury miał niewyparzony język, wyraził się kiedyś: „Poczciwy Snape to gość, co może zeżreć podkowę, a potem pluć gwoździami”. Black jednak zapewne nigdy nie miał okazji widzieć Severusa w sytuacji, gdy ten był kompletnie zaskoczony i nie wiedział, jak się zachować (co niezwykle rzadko się zdarzało). Minerva McGonagall na własny użytek ukuła określenie „mina dobermana, któremu ktoś nadepnął na łapę” – i to idealnie pasowało do zaszokowanego Seva.
*
Glasgow w przedświątecznej atmosferze nie różniło się zbytnio od innych dużych miast europejskich – ta sama zakupowa gorączka; tłumy przewalające się po trotuarach, witryny sklepowe kuszące towarem, kolorowymi światełkami oraz ozdobami w rodzaju pyzatych aniołków i plastykowych pierniczków (przydadzą się znowu za rok). Pewien koloryt lokalny wprowadzały elfy-pomocnicy Świętego Mikołaja odziane w kraciaste tartany, a także kolędy wygrywane przeraźliwie na dudach.
Jak już wspomniano, przez sklepy przewalały się tłumy klientów (a przez kasy płynęła powódź gotówki), więc wysoki dżentelmen, który wszedł do salonu mody „Belle Divine”, zwrócił na siebie uwagę ekspedienta li jedynie jako jeszcze jedna ofiara „christmas heat”. Mężczyzna stanął przed chudym manekinem, obleczonym w szkarłatną suknię koktajlową i najwyraźniej kontemplował jej fason oraz dodatki. Sprzedawca fachowym okiem zmierzył go od góry do dołu: kapelusz borsalino, włosy opadające na kołnierz płaszcza o nieco konserwatywnym kroju, dłonie w rękawiczkach od Harrodsa założone za plecy, a niżej… buty do konnej jazdy – wszystko w barwie atramentowej czerni. „Umiarkowany ekscentryk” ocenił sprzedawca, a głośno spytał:
– Czym mogę służyć szanownemu panu?
– Sukienką – odpowiedział klient, nadal prezentując plecy.
Ekspedient zerknął na czerwoną kreację, której odcień przyprawiłby o konwulsje zarówno byka, jak i torreadora, po czym westchnął profesjonalnym żalem:
– Obawiam się, że nie mamy pańskiego rozmiaru.
Klient odwrócił się jednym ruchem, jak na naoliwionym trzpieniu…
Później sprzedawca wspominał tę chwilę jako jedną z najgorszych w życiu. Musiał wziąć wolny dzień, gdyż nie mógł pracować w stanie ewidentnego szoku, a to z kolei odbiło się fatalnie na jego świątecznej premii. Kierownik działu jakoś nie mógł uwierzyć, że jego podwładny został napadnięty przez irackiego terrorystę akurat w szczycie największej gorączki handlowej.
*
Severus Snape nie miał przesadnie wybujałej wyobraźni i nawet nie odczuwał nigdy potrzeby posiadania takowej, niemniej prosty ciąg skojarzeniowy: Lestrange – płeć żeńska (podobno) – obszarpane mugolskie portki – braki w garderobie, pojawił się w jego męskim umyśle. Tak więc powziął zamiar nabycia smarkuli jakiegoś przyzwoitego, regulaminowego odzienia, czegoś w guście pań pod wezwaniem Mafaldy Hopkirk. Zrzuciłby z barków nieznośny obowiązek i zająłby się własnymi sprawami. A że wizja samego siebie, przebierającego damskie fatałaszki u Madame Malkin czy gdziekolwiek indziej, powodowała u niego nerwicowe kurcze żołądka, więc zaczął od pierwszego mugolskiego sklepu, który wyglądał w miarę przyzwoicie.
Próba zachowania anonimowości okazała się grubym błędem.
Rozwścieczony Snape skierował się ku „niemugolskim” rejonom miasta, krokiem tak szybkim, że poły płaszcza za nim powiewały.
Mały antykwariat opatrzony porysowaną tabliczką z napisem „Graciarnia”, wtulony między biuro rachunkowe a sklep ze zdrową żywnością, nie tylko nie przyciągał wzroku, ale wręcz starał się go odpychać. Za brudną szybą witryny wystawiono kilka zniszczonych książek, zardzewiałe żelazko na węgiel i lalkę bez rąk. Wewnątrz za ladą siedział niechlujny właściciel, czytając jakiś powycierany tomik. Tylko bardzo bystry obserwator zauważyłby, że jest napisany po arabsku.
Snape w geście powitania dotknął palcami ronda kapelusza.
– Jak zdrowie Agryppy? – spytał.
– Sto lat temu miał lumbago – odrzekł antykwariusz, po czym dodał: – To hasło z zeszłego miesiąca. Od pierwszego grudnia obowiązuje: „Najlepsze żaby są na George Square”.
Snape wzruszył ramionami, przechodząc na zaplecze. Po drodze mijał stosy zakurzonego i bardzo nieatrakcyjnego towaru, specjalnie wybranego pod kątem zniechęcania potencjalnego klienta. Mistrz Eliksirów zdjął płaszcz, przewrócił go na lewą stronę i strzepnął – jego wierzchnie okrycie momentalnie przemieniło się w fałdzistą pelerynę.
Na końcu zagraconego korytarzyka znajdowały się obłażące z farby drzwi z mosiężną kołatką w formie groteskowej maski.
– Najlepsze żaby są na George Square – mruknął zdegustowany Snape, dotykając różdżką nosa kołatki.
– Froche farzo – odrzekła kołatka, sepleniąc z powodu kółka, trzymanego w zębach. Drzwi uchyliły się i Severus wkroczył prosto w zaśnieżoną, bezsensownie radosną, pachnącą pomarańczami i cynamonem atmosferę „drugiego” Glasgow. Tutaj jednak miał przynajmniej pewność, że nie spotka żadnych wyrafinowanych samobójców, ubliżających normalnym, heteroseksualnym czarodziejom.
Przed laty, kiedy świeżo objął posadę wykładowcy Eliksirów – nerwowy, ponury i nieufny dwudziestolatek – niespodzianie został zaproszony, ba! niemal zawleczony siłą do wigilijnego stołu, a potem (ku swemu przerażeniu) obsypany podarunkami. Od tamtej pory zawsze kupował jakieś drobiazgi Opiekunom Domów. Po raz drugi nie miał zamiaru przeżywać podobnego upokorzenia. Severus Snape nie popełniał tych samych błędów dwa razy i nie lubił mieć długów.
Uspokoił się nieco, wybierając dla MacGonagall notatnik oprawny w jaszczurzą skórę i samonotujące pióro dla Flitwicka. Z Dumbledorem sprawa była trudniejsza. Dyrektor co roku powtarzał, że chce dostać pod choinkę skarpetki – i nigdy ich nie otrzymywał, bo nikt nie brał jego życzenia poważnie. Tym razem Severus jednak postanowił złamać jedną ze swoich świętych zasad, mówiącą, że wybiera wyłącznie przedmioty praktyczne i bezosobowe. Nie daj Boże, jeszcze ktoś z kadry nauczycielskiej mógłby pomyśleć, że Severus Snape ma do niego bardziej osobisty stosunek i w ogóle obchodzą go czyjeś prywatne potrzeby!
Sprzedawczyni w sklepie z dzianiną była pucołowatą blondynką, wystrojoną w fiołkowo-żółto-różową szatę i wianek z ostrokrzewu, co sprawiało, że doskonale zlewała się z otoczeniem. Snape zdławionym głosem poprosił o zapakowanie pięciu par samodopasowujących się skarpet męskich „w optymistycznych kolorach”. Miał podejrzenia, graniczące z pewnością, że skarpetkowe gusta Dumbledore’a i tej pani pokrywają się niemal idealnie. Zdążył jeszcze dostrzec parę w psychodeliczne tęczowe paseczki, lądującą w ozdobnym pudełku – potem musiał zamknąć oczy, gdyż w ataku kosmicznego obrzydzenia usiłowały odwrócić się i patrzeć do środka jego czaszki, jak magiczne oko Moody’ego. Uciekł z obłędnie kolorowego wnętrza najszybciej, jak tylko pozwalała mu godność i dobre wychowanie, ale upiornie życzliwa (i jaskrawa) ekspedientka dogoniła go jeszcze na ulicy, wręczając resztę.
*
– To był bardzo dziwny klient – powiedziała ekspedientka, kiedy wróciła.
Właścicielka sklepu wzruszyła ramionami.
– Może miał migrenę..? Polly, mężczyźni przed świętami zawsze zachowują się dziwnie. Zwłaszcza, gdy szukają prezentu dla żony.
– Ten nie wyglądał, jakby miał żonę. Prawdę powiedziawszy, wyglądał jak… – Polly zniżyła głos do szeptu – …Śmierciożerca.
– Czyś ty na głowę upadła? Śmierciożerca kupujący skarpetki??
– A pani uważa, że oni chodzą bez skarpetek? – odparła dziewczyna rezolutnie. – W dodatku był obcy. Nigdy go nie widziałam ani tu w sklepie, ani w okolicy. 
Właścicielka zastanowiła się. W sumie brzmiało to dość rozsądnie.
– Wiesz co, to może szepnij sierżantowi przez kominek, że kręci się tu jakaś podejrzana osoba. Ostrożności nigdy za wiele.
– Pan MacNair! – rozpromieniła się w dwie sekundy później. – Co za miła niespodzianka. Czym mogę służyć?
*
Przystanek u Gringotta stanowił miły odpoczynek. Lochy pod bankiem były po domowemu chłodne i mroczne, więc Severus odprężył się niemal całkowicie po szoku kolorystycznym. Nadszedł czas, by wypełnić obowiązki zawodowe. W skrytce numer 357 znalazł list z instrukcjami i sakiewkę, w której, sądząc z wagi, było około trzystu galeonów. Nauczył się tekstu na pamięć, po czym spalił papier. W skarbcu zostawił kilkanaście fiolek i kilka większych buteleczek z eliksirami. W skrytce numer 589 pozostawił połowę pieniędzy oraz nową porcję magicznych płynów. W pośpiechu skreślił kilka słów na kartce i dołączył do monet. Dyżurny goblin zamknął drzwi skarbca, przekręcając złoty klucz w zamku. Przez chwilę słychać było chrobotanie zębatek i szczęk rygli, po czym drzwi roztopiły się w ścianie, na której pozostał widoczny tylko numer skrytki. Snape odebrał swój klucz od goblina, myśląc z wisielczym humorem, że gdyby Czarny Lord wiedział, iż pośrednio wspomaga finansowo Zakon Feniksa, powiesiłby swego dostawcę eliksirów za kciuki. I to byłaby dopiero pierwsza z bardzo długiej listy „atrakcji”.
Kiedy wyszedł znowu w rześki mrozik grudniowego południa, nie dane mu było cieszyć się długo jego urokami. Ktoś niespodzianie zasłonił mu od tyłu oczy i słodki głosik zaszczebiotał:
– A kto tio?
Doprawdy, Snape na swojej krótkiej liście znajomych nie miał nikogo, kto mógłby ewentualnie zasłonić mu oczy i pytać „kto tio”. Zanim jego osłupiały ze zdumienia umysł ruszył z miejsca, zareagowało ciało, według głęboko zaszczepionych odruchów. Łokieć Snape’a gwałtownie się cofnął. Sądząc z głuchego „yh”, trafił tamtą osobę w żebra, a dwie sekundy później przygniatał kolanem do trotuaru i wciskał koniec różdżki w podbródek…
– Tonks! – syknął Severus z wściekłością. – Tonks! Ty idiotko. Ty pieprzona kretynko!
Gdyby miał jakieś wątpliwości, do kogo należy ten aktualnie perkaty nos, okrągła twarz i pomarańczowe włosy, rozwiałyby je oczy, których kolor właśnie przechodził z irlandzkiego błękitu do przejrzystej ametystowej barwy.
– Język, proszę pana… – mruknęła przyduszona Nimphadora Tonks.
Ku wściekłości Snape’a, dokoła błyskawicznie zaczął gromadzić się tłumek oburzonych przechodniów, gniewnie komentujących całe zajście. Złapał Tonks za klapy kurtki i czym prędzej aportował się wraz z nią do pobliskiego zaułka, gdzie na szczęście nie było żywego ducha, poza grzebiącym w śmietniku kocurem, który naurągał im w kocim języku za zakłócanie posiłku.
– Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?! Dekonspiracja na środku ulicy!! – warczał Severus, pochylając się groźnie nad dziewczyną.
– Buzi? – zaproponowała z anielskim uśmiechem, chuchając mu w nos słodkim zapachem karmelu. Cofnął się jak oparzony, jednocześnie węsząc podejrzliwie.
– Ależ… Merlinie litościwy! Ty jesteś pijana!
– Może odrobinkę – zgodziła się Tonks, wciąż tryskając dobrym humorem. – Remus poszedł szukać dla mnie prezentu i zostawił mnie w miłym towarzystwie karafki z karmelówką. A potem poszłam na spacerek i zobaczyłam znajomego…
– Oficjalnie mnie nie znasz, Nimphadoro – przerwał jej Snape, złośliwie używając imienia, którego nie znosiła. – Naraziłaś nas oboje na niebezpieczeństwo z czystej głupoty.
– Nieoficjalnie też cię prawie nie znam – odcięła się, poprawiając beret i otrzepując się ze śniegu. – Severus Snape, bydlak i ciemiężyciel nastolatków, zdobywca pucharu w konkursie na najpaskudniejszego partyzanta tego stulecia – tyle wiem. Ciekawe, czy choć raz w życiu powiedziałeś kobiecie jakiś komplement, choćby z okazji świąt.
– Ładne spodnie, Tonks – rzekł Snape sucho. – To byłby akurat drugi raz.
W rzeczywistości spodnie Tonks były śliczne, choć bezwstydnie ekstrawaganckie: obcisłe jak rękawiczki, błękitne z misternym wzorem u dołu nogawek, przypominającym szron. Zawartość spodni też była niczego sobie, lecz Severus prędzej by sobie odgryzł język, niż o tym wspomniał.
– Postaram się, żeby Dumbledore cię wykluczył. Najlepiej z małym Obliviate na pożegnanie. Jesteś nieodpowiedzialna i niebezpieczna dla innych – dodał zjadliwie, po czym uchylił kapelusza z szyderczym uśmieszkiem i aportował się ponownie.
Aportacja w zatłoczonym mieście jest średnio dobrym pomysłem. Pojawiający się znienacka człowiek zwykle na kogoś lub coś wpada. Tym razem była to cała rodzina, obładowana paczkami, które rozsypały się po chodniku. Snape obrzucił poszkodowanych morderczym spojrzeniem, pozbierał ich manatki precyzyjnie dobranym zaklęciem, po czym przeprosił głosem, w którym roiło się od widmowych węży i skorpionów. Niewinne ofiary jego nieuwagi zbiły się w gromadkę, zaszokowane i zdumione – zapewne tak samo zachowaliby się mugole, których los zetknąłby z uprzejmym skinem.
Spotkanie z nieznośną Tonks miało jedną, jedyną dobrą stronę: Mistrz Eliksirów zaczął zwracać uwagę, co mają na sobie mijające go dziewczęta i stwierdził w rezultacie, że dziewięćdziesiąt procent z nich nosi, podobnie jak Tonks, obcisłe (bardzo wyzywające) spodnie. A to z kolei przypomniało zdegustowanemu Opiekunowi Slytherinu o planowanym zakupie jakiegoś fatałaszka dla sierotki.
*
To, że sklep z odzieżą nazywał się „Guzik i Pętelka”, nie wzbudziło w Severusie żadnych złych przeczuć – widywał już głupsze nazwy. Natomiast fakt, że sprzedawczyni była krótko ostrzyżona i nosiła kowbojki, dawał nieco do myślenia.
– Proszę coś dla jedenastoletniej dziewczynki. Około półtora metra wzrostu, szczupła, jasne włosy – zaordynował Snape.
– Dla córki?! – zakrzyknęła dziarsko kobieta. – W takim razie spodeńki, proszę pana! Dzieciarnia szaleje za spodeńkami. Najnowszy krzyk mody, coś niesamowitego, a jak dobrze leżą…
– Nie… – odezwał się Severus, ale kobieta tokowała nadal, rozkładając przed nim kolejne pary tych irytujących porteczek we wszystkich kolorach tęczy.
– Blondyneczka, mówi pan? To chyba po mamusi… Szafirowe w takim razie będą najlepsze, prawda, że śliczne, proszę spojrzeć – zamachała mu przed oczami zachwalaną częścią garderoby. – Piękny krój, znakomity materiał… Córeczka będzie zachwycona!
– Proszę pa…
– I tylko trzy galeony i osiem sykli, opakowanie gratis! – kontynuowała niezrażona ekspedientka, wkładając „spodeńki” do pudełka w świąteczny wzorek.
Severus Snape – wykładowca Eliksirów –  nie był przyzwyczajony do tego, by mu przerywano.
– NIE!! – ryknął w ataku furii, oblewając się ceglastym rumieńcem. – To, że moda akurat nakazuje kobietom pokazywać publicznie pośladki, nie znaczy jeszcze, że pozwolę mojej córce na takie bezeceństwa! I to za tak paskarską cenę! Miałbym deprawować niewinne dziecko? Żona by mnie wyrzuciła z domu razem z TĄ rzeczą!
To, że nie posiadał ani żony, ani córki, nie przeszkadzało mu bynajmniej grzmieć w świętym oburzeniu.
– To jest po prostu bezwstydne! Szukałem sklepu, a znalazłem… lupanar!
Teraz spurpurowiała również ekspedientka.
– Jak pan śmie! Nigdy mnie jeszcze tak nie znieważono! – krzyknęła.
– W tym wieku chyba miło mieć jakieś nowe doświadczenia, czyż nie? – zadrwił Snape.
– Proszę wyjść!
– Owszem, wyjdę. A przedtem proszę mi zapakować to i to! – Severus wskazał palcem zielony sweterek oraz plisowaną spódniczkę w szkocką kratkę: wyjątkowo regulaminową i nudną. Nadąsana sprzedawczyni zapakowała zakupy do identycznego pudełka w choineczki. Kiedy wydawała resztę z trzech galeonów, do sklepu wparowała grupa rozchichotanych nastolatek, najwyraźniej w celu zakupienia „spodeńków”. W nagle powstałym tłoku i zamieszaniu Severus złapał swój pakunek, ewakuując się ze strefy feministycznej.
*

CIĄG DALSZY JUTRO….

„Sprzedam” wam pomysł na prezent

Często miewamy kłopot z prezentami, trudno nam znaleźć coś niebanalnego, a jednocześnie miłego dla osoby obdarowywanej.
A ja nigdy nie wiem co kupić mężczyźnie:) z dziewczyną jest prościej, zawsze coś się znajdzie:)
Parę lat temu szukałam właśnie czegoś dla mężczyzny, mając prawie same niewiadome o jego zainteresowaniach, pasjach. W końcu kiedyś sam się podłożył, mówiąc, że nie ma filiżanek do espresso i w dodatku nic sensownego nie można kupić.
Pomyślałam sobie: o! filiżanka to jest to! Znalazłam filiżankę „Chopin”, która mnie zachwyciła.
http://www.bghnetwork.pl/index_pl.php?mod_left=menu_left_manufaktura&mod_center=manufaktura/chopin&mod_right=manufaktura/chopin_right&mod_zestaw=zestaw/manufaktura/chopin&mod_dish=nodish

Cena była mniej zachęcająca, ale zaczęłam je kupować po jednej. Jak najbardziej wypada dać jedną piękną filiżankę w prezencie. I był to strzał w dziesiątkę; filiżankowy pomysł bardzo się podoba obdarowanemu. A „Porcelana śląska” wydaje całą kolekcję filiżanek muzycznych i teraz po prostu temu W. kupuję kolejną filiżankę na kolejną okazję:)
Na najbliższe imieniny dostanie filiżankę „Paderewski”
filiżanka Paderewski

detale filiżanki

Czas Adwentu

Zaczynamy Adwent, czas oczekiwania na Boże Narodzenie.
Czas porządków, zakupów, przygotowania smakołyków.
Ale też czas przemyśleń, postanowień, czas lektury.
Wybrałam już teksty biblijne, które towarzyszyć mi będą przez te cztery tygodnie; to księgi kobiece Starego Testamentu: Księga Rut, Księga Estery i Księga Judyty.
adwent I tydzień

Ale mam też kanon tekstów literackich, po które zawsze sięgam co roku w okolicach gwiazdki i Wigilii. Te, których rozmiar pozwoli, pojawią się na moim blogu w kolejnych wpisach sobotnio-niedzielnych:) Mam nadzieję, że będą miłą lekturą i odpoczynkiem w przedświątecznym zabieganiu:)

Zacznijmy kulinarnie:)
Oto Marianna. Warszawianka.
Właśnie skończyła piętnaście lat i zaczęła edukację w bardzo niezwykłej, eksluzywnej szkole w Małopolsce, zwaną „Szkołą Narzeczonych”.
Cztery miesiące pobytu w Jagodnem, to ho, ho! cała epoka w życiu Marianny. Przyjazd na święta Bożego Narodzenia do domu to jej pierwszy test nowo nabytych umiejętności:) Posłuchajmy jak to z tą wigilią było….

(tekst pochodzi z Książki Marii Krüger „Szkoła narzeczonych”)

Marianna uwijała się w kuchni, czerwona od żaru i wzruszenia.
Szeleściła białym, uniformowym fartuszkiem, budzącym poszanowanie nie tylko rodziny, ale także nawet i samej Teodozji. Teodozja była to osoba nieprzystępna i wymagająca, i normalnie tak zwane wtrącanie się do kuchni przyjmowała z głęboką odrazą, lekceważąc w sposób zupełnie kategoryczny wszelkie nieśmiałe uwagi swoich chlebodawców. Dziś jednak, nie wiadomo, czy ze względu na liryczny nastrój wigilijny, czy też olśniona potęgą wiedzy kulinarnej, roztaczanej przez Mariannę, zachowywała się raczej łagodnie i przystępnie. Zezwalała nawet na wydawanie sobie poleceń i częściowo wypełniała je, choć przypuszczalnie uważała, że to uwłacza jej godności.     .
– Jeśli włoszczyzna już mięknie, trzeba w ten smak włożyć karpia – komenderowała tymczasem Marianna. – Czy mak już utarty? A migdały sparzone? To kruche ciasto musi przez pół godziny poleżeć za oknem, przynajmniej tam jest należycie zimno.
Ach, miała straszną tremę przed tą popisową wigilią w domu rodzinnym. Mama, kochana mama, zaglądała ciągle, ofiarowując swoją pomoc, ale Marianna odpowiadała wesoło, że da sobie radę, a Teodozja popierała ją w tym wypadku i dobrotliwie zalecała pani, aby zajęła się ubieraniem choinki. I żeby czekała na gości. Ci goście to ciotka Natalia z mężem i Sabinką, i ciotka Janina z Waldemarem. Ciotka Helena ze swoimi gwiazdami i wujem Jerzym pojechała na szczęście do Zakopanego na całe święta, więc nie będzie opowiadać o swoich utalentowanych pociechach.     .
W przedpokoju rozległ się dzwonek. Marianna drgnęła. – Oj, któż tam idzie? Może już ci goście, a tu jeszcze wigilia w lesie! Teodozjo kochana, prędzej trzeba posolić te kawałki ryby do smażenia. Gdzie jest śmietana?
Teodozja ma w tej chwili moment idiosynkrazji do bardziej intensywnej pracy i oświadcza, że sama wie, co należy robić. Ale Marianna, zbrojna w jagodniańskie doświadczenia, ma pod pancerzem nakrochmalonego fartuszka serce nie znające trwogi nawet przed takim smokiem jak Teodozja, która nadęła pogardliwie policzki i zaczyna po swojemu, biodrami i łokciami rozpychać się przy kominie.
Dzwonek na szczęście okazał się fałszywym alarmem. To tylko Wojtek, który wrócił od fryzjera, woniejący niczym drogeria. Historia z damą serca i zamiarami matrymonialnymi skończyła się i Wojtek ostatnio przeżywał stadium szerokich zainteresowań naukowych, aż do astronomii włącznie. Ku wielkiemu jednak zadowoleniu mamy pozostał nadal niezmiernie elegancki i nawet szorował porządnie paznokcie oraz czyścił ubranie i buty. Teraz zajrzał na chwilę do kuchni, ale zniechęcony groźnym sapaniem Teodozji, poszedł pomagać mamie przy drzewku.
– Teodozjo! trzeba teraz odstawić karpia, bo się rozgotuje!
– Jeszcze czas – mruknęła stanowcza Teodozja.
Marianna możliwie kategorycznym tonem powtórzyła zlecenie, wałkując w międzyczasie kruche ciasto, co jak wiadomo, wymaga szczególnej pieczołowitości. Ale jak przystało na kobietę noszącą wspaniałe imię cesarzowej Bizancjum, Teodozja pozostała nieugięta. Cóż więc pozostało innego Mariannie, jak porzucić misterne kruche łamańce, które wraz z niezwykle przyprawionym makiem, miały stanowić numer popisowy menu wigilijnego, i co prędzej odstawić płaski rondel z melancholijnie rozgotowanym karpiem. .
– Proszę tymczasem wstawić blachę z łamańcami do pieca. Tylko na krótko. Niech Teodozja patrzy na zegar! Zupę rybną już sama przyprawię.
Nieszczęsny karp, zanadto rozgotowany, z trudem dał się umieścić na półmisku. Właśnie Marianna w natchnieniu gastronomicznym układała wokoło  gwiazdki z marchwi i pietruszki, kiedy poczuła woń spalenizny. – Łamańce! – krzyknęła dziko i rozpaczliwie, a Teodozja przypomniała sobie, że co? A jakże, są w piecu, są.
– Właśnie czuć, że są w piecu!!!
I chluba pierwszego kursu w Jagodnem otworzyła gwałtownie drzwiczki piekarnika. Na blasze leżały smętne, czarne wiórki, wyjątkowo mało podobne do wymarzonej przez Mariannę wizji złocistorumianych ciasteczek.
Łzy kapały rzęsiście po rozpalonych od kuchennego ciepła policzkach Marianny. Byłaby w tej chwili nader chętnie, własnoręcznie uśmierciła dostojną Teodozję i nie mogła powstrzymać się od gorzkiej wymówki:
– A przecież wołałam, żeby je prędzej wyjąć z pieca!
Imienniczka cesarzowej bizantyńskiej odwróciła się od stołu i zło wrogo spojrzała na młodocianą mistrzynię sztuki kulinarnej. Była oburzona. Zaznaczyła też od razu, że nie lubi, jak ją ktoś pogania, bo ona sama wie, co ma robić.
– Ach, tak! – zirytowała się Marianna – to proszę, niech Teodozja w ogóle się dzisiaj nie fatyguje. Proszę do niczego się nie dotykać, bo właśnie Teodozja nie wie, co ma robić!
Słusznie zauważył jakiś myśliciel, że kobiety są to istoty nieodgadnione. Bo któż by się spodziewał, że to zuchwałe przemówienie dotrze do uszu wspaniałej Teodozji i rozbudzi jej zawodowe ambicje? Biegała teraz po kuchni, niczym zdenerwowany hipopotam i w milczeniu smażyła rybę i pilnowała gotujących się klusek. Tymczasem Marianna, wymijając zręcznie bujne kształty pomocnicy, krzątała się przy robieniu nowych ciasteczek, a w międzyczasie przyprawiała smak do galarety.
– Niech panienka spróbuje, czy ten sos chrzanowy jest dobry – zaproponowała w pewnej chwili jeszcze dosyć ponuro Teodozja, a Marianna doceniając ten dyplomatyczny krok, stwierdziła z przyjemnością, że sos jest nie tylko dobry, ale wprost pyszny, i w ten sposób przy wzajemnej wymianie uprzejmości i komplementów, na nowo został nawiązany kontakt towarzyski, co wpłynęło dodatnio na wzmożenie tempa pracy Teodozji. Można było teraz pogodnie odnosić się do dzwonków zwiastujących gości. Przychodzili już kolejno, witani w przedpokoju przez Wojtka i tatka. Więc słychać było wysoki, dystyngowanie zakatarzony głos ciotki Natalii, radosny i wylewny bas wuja Ksawerego na zmianę z niskim zachrypniętym altem ciotki Janiny i trochę kogucim barytonem Waldka. W pewnej chwili mama zajrzała do kuchni. – Kiedy kochanie, można będzie podawać?
– Za chwilę, mamo – powiedziała Marianna, cokolwiek ważna. Bądź co bądź zdołała przygotować całą elegancką wigilię, a w dodatku w międzyczasie poskromiła Teodozję. To chyba też  się liczy!
Teraz jeszcze należało sprawdzić, czy nakrycie jest w porządku – Aha! i proszę, niech Teodozja galaretę z ryby wyniesie do spiżarni, to prędzej skrzepnie.
Tresowany hipopotam o bizantyńskim imieniu wykonał dość opieszale zlecenie. – Zastygnie, zastygnie i tak – zapewniała, ale że już zaczynała być w podniosłym nastroju wigilijnym, więc bardziej była skłonna do chrześcijańskiej pokory i pozwalała sobą komenderować.
No tak! Stół zasługiwał na pierwszą nagrodę. Jagodne mogło się nie wstydzić swojej pupilki. Biel obrusa, lśnienie porcelany, iskierki światła, załamujące się w kryształowych kieliszkach, a między tym gałązki świerczyny i jemioły, przewiązanej kokardkami ze srebrnej wstążeczki. Aż przykro było, że pani Hurłowa nie może ocenić tego popisowego numeru.
Na wyraźne i ogólne życzenie gości i rodziny, Marianna wystąpiła w swoim najelegantszym, reprezentacyjnym fartuszku i wigilia się zaczęła. Było to coś w rodzaju debiutu młodocianej primadonny. Uwertura w postaci sałatki rybnej i śledzików przyprawianych w sposób skomplikowany a tajemniczy, przyjęta została przez publiczność życzliwie. Goście uśmiechali się zachęcająco i przełykali zakąski, dodając odwagi ich autorce okrzykami: – Doskonała sałatka! proszę mi jeszcze trochę, nałożyć!
Zupa rybna z kluseczkami, był to niejako duet w wykonaniu: Marianna – Teodozja. Uwagi wypadły pochlebnie, a nawet wuj Ksawery orzekł, że jeszcze nigdy nie jadł tak smacznej zupy. Wojtek, jako że nie chciał być posądzony o zbyt stronnicze popieranie siostry, w milczeniu składał hołd jej talentom, zjadając drugą porcję powyższego arcydzieła.
Teraz z kolei miała nastąpić wielka popisowa aria! – galareta rybna z czerwonym winem. Debiutantka sama podniosła się od stołu, aby przynieść ze spiżami dzieło swego kulinarnego natchnienia. Na wszelki wypadek wolała sprawdzić, czy aby zakrzepło należycie. Pobiegła więc szybko przez kuchnię, wymijając szczęśliwie Teodozję, która też podniosła się od stołu wigilijnego, aby przynieść sosy i wpadła na mały przedkuchenny ganeczek, gdzie mieściła się spiżarnia. Nie było tam oświetlenia, gdyż wieczorem wystarczał blask padający z sąsiedniego okna. Zbliżając się do drzwi spiżarni, Marianna zatrzymała się na chwilę. Wydało się jej, że słyszy jakiś ponury i złowieszczy jęk. Jęk się powtórzył i można było śmiało przypuszczać, że to jakaś pokutująca dusza, w braku lepszego zajęcia, skraca sobie w ten sposób czas pokuty. Chluba pierwszego kursu w Jagodnem nie ulękła się jednak byle jakich jęków i śmiało ruszyła dalej. Ale tajemniczy jęk powtórzył się jakby wyraźniej. Przypominał wycie wichru w ponury dzień jesienny. A co ciekawsze, chwilami był to dwugłos, który zresztą dla urozmaicenia, przechodził od czasu do czasu w żałosne zawodzenie, nieomal dziecięce kwilenie.
Ach, śmieszne, żeby przejmować się takimi odgłosami – skarciła się surowo dzielna. prymuska pierwszego kursu. Podeszła do drzwiczek spiżarni i otworzyła je śmiało. W tymże momencie śmignął jej pod nogami jakiś smukły kształt. Kształt uciekał szybko i zwiewnie.
– A psik! – zawołała pogodnie Marianna i wyciągnęła rękę po półmisek z galaretą rybną, z galaretą w czerwonym winie, majstersztykiem sztuki kulinarnej. Ruchowi temu zawtórowało nowe, tragiczne wycie. Tym razem dochodziło ono wyraźnie z półmiska. Marianna speszyła się nieco, gdyż jak wiadomo, ryby nie wydają z siebie głosu. Nawet ryby w galarecie. Otworzyła szerzej drzwiczki i wtedy, w blasku padającym od oświetlonego okna zobaczyła, że na półmisku, wśród niedogryzionych resztek, siedzi wspaniały rudy kocur, dławiąc się ością.
– Podły! – krzyknęła dramatycznie, co jednak kocur, który właśnie zdołał przełknąć dławiącą go ość, przyjął z cynicznym spokojem.
Jasne jest, że cały zbiorowy wysiłek rodziny został przez resztę wieczoru skierowany ku pocieszeniu ofiary kocich złodziejstw. Poniektóre podarki zdołały zresztą otrzeć łzy nieszczęśliwej debiutantki. Na przykład taki cudny, malusieńki zegareczek na bransoletce! – to od ojca. Albo piękny, granatowy materiał na suknię – to od mamy. Lub tuzin ślicznych chusteczek od ciotki Janiny albo perfumy od Waldka. A znów Wojtek też wspaniale wystąpił, ofiarowując jej przemiłe rękawice na futerku.
Na tenże właśnie zegareczek od tatka spogląda teraz Marianna, wracając z ferii świątecznych. Jest czwarta. Za pół godziny trzeba będzie wysiadać. Ucieszyła się. Strasznie polubiła Jagodne.

Chiński rosół z kurczaka

Czasem ma się tylko kilka dosłownie produktów w lodówce, a jeść coś trzeba:)
A czasem jest fajna zabawa w kreatywne gotowanie z tych kilku składników, ot, taka tutaj:
http://www.mniammniam.com/wybieramgotuje.php

Mnie powstał z tego bardzo szybki, ale też bardzo porządny, smaczny rosół:)
chiński rosół

pierś z kurczaka
cebula
kawałek pora (biała część)
sól, pieprz, kilka ziaren ziela angielskiego
1-2 łyżki sosu sojowego
płaska łyżka mąki ziemniaczanej
natka pietruszki lub zielona cebulka (zielona cebulka byłaby lepsza, ale akurat jej nie miałam)

na kluseczki: 2 łyżki śmietany, kilka kropli sosu sojowego, sól, mąka pszenna

Pierś z kurczaka, obraną cebulę i umyty dobrze por zalać w rondlu zimną wodą (ok. 2 l). Lekko osolić, dodać ziele angielskie. Gotować pomalutku na małym ogniu, tak aby kurczak oddał cały swój smak rosołowi, ok. 40 minut. Doprawić solą, pieprzem i sosem sojowym.
Kiedy kurczak się gotuje, zrobić kluseczki: w miseczce wymieszać śmietanę z sosem sojowym i szczyptą soli, dodawać mąkę, mieszając, tyle, aż powstanie ciasto, które będzie można uformować palcami w kluseczki.
Kluseczki wrzucić do gotującego się rosołu, gotować razem ok. 10 minut.
Rosół przecedzić.
Kluseczki i kurczaka podzielonego na paseczki rozłożyć do miseczek, dorzucić natkę pietruszki lub zieloną cebulkę (lub jedno i drugie).
Mąkę ziemniaczaną wymieszać z niewielką ilością wody, wlać do gorącego rosołu, chwilę jeszcze pogotować. To nada rosołowi ten szklisty, chiński szlif:)
Napełnić przygotowane miseczki rosołem.
Zapraszam!