Zaczynamy trzeci tydzień Adwentu; jutro niedziela „Gaudete” – co oznacza: radujcie się, bo blisko już narodzenie Jezusa; kolory szat liturgicznych będą radośniejsze, różowe.
A ja proponuję lekturę opowiadania R. Guareschi, autora znanego i lubianego Don Camilla, z niezapomnianą kreacją filmową Fernandela.
Dziś będzie o prezentach, które, jak wierzą włoskie dzieci, przynosi im Bambino Jesu – Dzieciątko Jezus.

Życie z mamą
(bajka)
Guareschi
Prezes rozzłościł się przeczytawszy karteczkę, którą sekretarka zostawiła w dobrze widocznym miejscu na szkle olbrzymiego biurka. „Nie ma sumienia ta dziewczyna. Musiała wybrać właśnie to popołudnie, żeby iść do dentysty! Nikomu nie można ufać – pomyślał – Nawet ta, o której myślisz, że jest wzorem urzędniczki, w pewnym momencie wyprowadza cię z błędu. Nagle przychodzi jej chętka, żeby iść do dentysty i zostawia cię samego z kłopotami na głowie.” A przy tym Prezes czekał na pewien list, od którego zależała jakaś poważna sprawa i dlatego był dosyć podenerwowany. Zadzwonił do portiera.
– Gdy tylko przyjdzie poczta, proszę ja przynieść prosto do mnie.
Nie czekał długo. Kilka minut później portier wysypał na biurko naręcze listów, które Prezes szybko przerzucał chcąc wyłowić jedynie szarą kopertę bez adresata i bez nadawcy. Zamiast tego, w pewnej chwili zwrócił baczną uwagę na białą kopertę; na jej odwrocie elegancko wytłoczono nazwę znanego przedsiębiorstwa i wypisano nadawcę, którym był prezes. „Pięknie, zdziwił się, mój list wśród przychodzącej poczty?” Po odwróceniu koperty tajemnica częściowo się wyjaśniła: tego listu nie napisał Prezes, ktoś posłużył się jego firmowym papierem i teraz, dzięki solidności poczty, przesyłka wróciła do nadawcy. W istocie rzeczy list był zaadresowany całkiem po prostu: „Do Dzieciątka Jezus”. Przystawiona przez bezdusznego biurokratę poczty państwowej pieczęć wyjaśniała: „Zwrot z powodu niedokładnego adresu”. Prezes poczuł, że ogarnia go najszczersze oburzenie na te niedołęgi z poczty, które mogły pomyśleć, że on, Prezes – i w dodatku właściciel zespołu fabryk, zatrudniający tysiąc robotników – mógłby napisać list do Dzieciątka Jezus. Ale z drugiej strony, na czym mogli się opierać, jeśli nie na tym, co było wydrukowane na odwrocie? Nerwowo rozerwał kopertę, chciał zobaczyć, co to za niegodziwiec miał czelność posłużyć się jego firmowym papierem.
List, dosyć długi, napisano raczej bazgrołowato, ale podpis był czytelny: Anselmo Degozzi, zwany Selmi. Prezes zrezygnował z przedsiębrania poważnych kroków; nie mógł przecież zwolnić swego syna ani ukarać go grzywną. „Dostanie nauczkę, na jaką zasłużył – pomyślał. – Zrozumie, że pod żadnym pozorem nie wolno mu posługiwać się moim papierem firmowym.” Czekając w dalszym ciągu na załatwienie tamtej sprawy, Prezes uznał za stosowne zapoznać się z listem odesłanym do nadawcy z powodu niepełnego adresu.
„Kochane Dzieciątko Jezus,
piszę do Ciebie na firmowym papierze Prezesa, bo pióro dobrze po nim biegnie i nie zaczepia się tak jak na papierze mamy, a poza tym Prezes zawsze mówi, że list na firmowym papierze brzmi poważniej, a ja nie mam swojego papieru firmowego …
Prezes przerwał czytanie i odruchowo nacisnął czerwony przycisk na klawiaturze znajdującej się obok. Przypomniał sobie jednak, że sekretarce przyszła chętka iść do dentysty, zanotował więc: ,,1000 arkuszy i kopert z nadrukiem dla Selmiego”. Tak, Selmi miał rację i Prezesowi zrobiło się przyjemnie, że jego syn pamięta ojcowskie nauki. W lepszym humorze powrócił do lektury.
„Mam osiem lat i chodzę do trzeciej klasy podstawówki, przeskoczyłem jedną klasę, bo Prezes mówi, że czasu nikt nam nie pożyczy, więc jest droższy od pieniędzy. Dlatego lata zaoszczędzone w dzieciństwie zwrócą się później, ale dla mamy to jest bzdura; to tak jakby ktoś, chcąc dobudować sobie w domu jedno piętro, oszczędzał materiały na fundamenty … ”
Prezes ze złością przerwał czytanie. „No proszę – pomyślał – to ja staram się skierować chłopca na właściwą drogę, wpajając mu podstawowe zasady zapewniające osiągnięcie sukcesu. Trzymam go z dala od niebezpieczeństwa, które niesie koedukacja i dlatego oddałem go na naukę do prywatnej szkoły z nadzwyczajnym rygorem, a po lekcjach każę chodzić za nim dyplomowanej angielskiej nauczycielce, która uczy go podstaw języka i dobrego zachowania – i tego wszystkiego jeszcze mało! Matka mąci mu w głowie. Muszę się wreszcie zdecydować: nie mogę przecież wsadzić do college’u jego matki, więc on tam pójdzie. Do dobrego angielskiego college’u.”
Nabazgrał w notesie: „Selmi – college”.
„Kochane Dzieciątko Jezus, chciałem napisać do Ciebie na Boże Narodzenie w zeszłym roku i któregoś wieczoru spytałem mamę, jaki znaczek jest potrzebny, żeby napisać do Dzieciątka Jezus w sprawie prezentów. Był wtedy Prezes i powiedział, że nie można dzieciom nabijać głowy głupstwami i bajkami, bo potem, w zetknięciu z rzeczywistością, jest im źle. I wyjaśnił, że to rodzice dają prezenty. Ale mama wytłumaczyła mi później, jak jest naprawdę. A więc: Dzieciątko Jezus robi w Boże Narodzenie prezent każdemu dziecku na całym świecie. Mały prezencik, bo dzieci są setki milionów. Biedacy muszą się zadowolić prezencikiem od Dzieciątka, natomiast dzieci ludzi bogatych dostają ich więcej, bo przed Bożym Narodzeniem sekretarka na przykład takiego Prezesa mówi do niego: »Panie Prezesie, ośmielam się panu przypomnieć, że już wkrótce święta. Trzeba pomyśleć o prezentach«. A Prezes odpowiada: »Dobrze, proszę pani. Niech pani zrobi tak, jak zwykle«. Więc ona chodzi po sklepach i kupuje prezenty dla syna Prezesa i dla żony Prezesa. Kto wie, co mi ofiaruje na Boże Narodzenie sekretarka mojego męża … ”
Prezesa ogarnęło przerażenie: „Hoduję węża na piersi! pomyślał. – Nie tylko, że niszczy całą pracę, jaką wkładam w kształtowanie duchowej formacji syna, ale jeszcze drwi ze mnie w jego obecności. Wiadomo, że prezenty kupuje sekretarka; dźwigam na swoich barkach olbrzymie przedsiębiorstwo i byłoby szaleństwem włóczyć się po sklepikach i tracić czas. Ona powinna to zrozumieć. A jeśli tego nie potrafi, powinna przynajmniej być mi wdzięczna za pamięć”.
W gruncie rzeczy, przyznał po chwili Prezes, pamięć to też zasługa sekretarki. No i co z tego? Sekretarka przypomina mu o zbliżających się Bożym Narodzeniu, Wielkanocy, imieninach, urodzinach pani i panicza i nawet jeśli ona sama chodziła wybierać prezenty, to były one jednak od niego, bo on dawał pieniądze.
Kim w końcu jest sekretarka?
Chodzącym kalendarzem. Gdyby zaś Prezes, zamiast posłużyć się sekretarką, skorzystał ze swojego kieszonkowego kalendarzyka dla przypomnienia sobie, powiedzmy, o zbliżającym się terminie dawania prezentów, czyż to nie byłoby to samo?
Czyż ośmieliłaby się wtedy powiedzieć: „Kto wie, co ofiaruje mi tego roku pod choinkę kalendarz mojego męża?!”
Prezes dał temu spokój, bo był sprawiedliwy i musiał przyznać, że kieszonkowy kalendarz, mimo że przydatny, i tak sam nie przypomniałby mu o zbliżaniu się uroczystości, nie chodziłby również po sklepach kupować prezenty. Powrócił do lektury, bo interesowało go, w jaki sposób żona wybrnęła ze sprawy prezentów od Dzieciątka Jezus.
„Nie bardzo mnie to przekonało i powiedziałem, że jeśli tak jest, to bogate dziecko dostając tyle prezentów nie może wiedzieć, które są od sekretarki, a który od Dzieciątka. Ale mama zaczęła się śmiać i powiedziała: »Jeśli bogate dziecko jest niemądre, to nic nie zrozumie. Jeśli jednak jest mądre, spojrzawszy dobrze na prezenty, od razu będzie wiedziało, które jest od Dzieciątka«. Zapytałem więc, czy jest na nim jakiś specjalny znak, ale mama odparła, że nie. »Nie ma żadnego szczególnego znaku; wiadomo jednak od razu, który to jest, bo prezenty od sekretarki mogą się podobać wszystkim dzieciom w twoim wieku, a prezent od Dzieciątka podoba się tylko tobie.« Mama zna się na rzeczy.
To prawda, bo kiedy nadeszło Boże Narodzenie i dostałem prezenty, od razu wiedziałem, który był od Dzieciątka. Oryginalny samochód na pedały, kolejka elektryczna, mały konstruktor były bardzo ładne, ale podobałyby się wszystkim dzieciom, które znam. Natomiast to, co nie spodobałoby się innym, które znam, to były drewniane sanki i wełniana czapka z daszkiem, spadająca aż na szyję, z dziurą z przodu na twarz … ”
Prezes szybko zapisał w notesie: „Sekretarka: prezenty Selmiego zeszły rok”.
„Zobaczymy, czy mama rzeczywiście tak dobrze zna się na rzeczy! – pomyślał. – Pokażemy, że mama blefuje!”
„Kochane Dzieciątko Jezus, piszę do Ciebie, żeby o coś zapytać. Ale najpierw muszę Ci wszystko wyjaśnić, żebyś lepiej zrozumiało moje pytanie. Jestem nieszczęśliwym chłopcem, bo mam to nieszczęście być bogatym – jak mówi mama – i dlatego nie mogę mieć nic z tego, co bym naprawdę chciał.
Chciałbym chodzić do szkoły, gdzie chodzą ci wszyscy, którzy po lekcjach mogą się ganiać, rzucać kulami ze śniegu, kupować pieczone kasztany i fistaszki. Na mnie, jak tylko skończę lekcje, czeka szofer z Miss Szprotą i trzeba szybko wsiadać do auta i wracać do domu. Miss Szprota wcale tak się nie nazywa; to mama tak ją ochrzciła. Ona ma na imię Elisabeth, jest Angielką, uczy mnie pisać, mówić po angielsku i zachowywać się jak angielski dżentelmen. Jest chuda jak patyk i dlatego nazywamy ją Szprotą. Nigdy się nie śmieje i muszę jej opowiadać po angielsku wszystko, co robię i to z przeciwieństwami. To znaczy: jeśli wkładam buty, muszę powiedzieć: »W tej chwili wkładam buty. Moje buty są czarne, ale śnieg jest biały«. Albo jak jem śniadanie: »Piję czekoladę. Czekolada jest ciepła, a gady są zwierzętami zimnokrwistymi«. Ta Miss Szprota nie zostawia mnie w spokoju ani na chwilę. A poza tym oprócz niej jest jeszcze nauczycielka od fortepianu, nauczyciel od konnej jazdy, i tak dalej. Jest jeszcze gosposia, kucharka, dwie służące, szofer, nie mówiąc już o tym, że co dwa, trzy dni Prezes przyprowadza do domu mameluków i przez cały obiad rozmawiają o interesach, kombinacjach, finansach, produkcji i innych świństwach. Więc w domu jest zawsze pełno ludzi, a ja tak bardzo chciałbym zostać z mamą sam. Bardzo rzadko, kiedy Miss Szprota i inni wychodzą z domu, świetnie się bawimy, bo gramy, gonimy się, tłuczemy różne rzeczy. Ale najwspanialszy jest podwieczorek po włosku. Jemy wtedy najdziwniejsze rzeczy: salami, mortadelę, pieczone kasztany, piekący w język i wspaniale pachnący ser, pączki i tak dalej. Jemy rękami i pijemy czerwone wino odchylając głowę daleko do tyłu, tak że potem mamy wąsy pod nosem. Podczas jedzenia mama udaje Miss Szprotę i pyta mnie głosem Flipa: »Co robisz w tej chwili?«, a ja odpowiadam głosem Flapa: »Wskazującym palcem wyławiam dżem śliwkowy ze słoika. Słoik jest okrągły, ale żyrafa jest ssakiem«. To są takie zabawy, że gdyby Prezes się dowiedział, nie wiadomo, co by się stało. Prezes jest w porządku, ale pewnych rzeczy nie może zrozumieć. On jest stary, a mama jest bardzo młoda. l kiedy odłoży na bok wszystkie ozdoby eleganckiej damy, wygląda jak dziewczynka … ”
Prezes podniósł głowę i poczuł, że brak mu tchu ze zdumienia, a nawet, powiedzmy raczej, ze złości.
„Ja, stary? – zdziwił się. – Stary? Czterdziestodwuletni mężczyzna? Wiadomo, że ona wygląda jak dziewczynka. Wszystko jest za nią zrobione, nie musi o niczym myśleć ani się kłopotać. Gdyby miała na sobie taką odpowiedzialność jak ja, i moje problemy, wtedy wszystko wyglądałoby inaczej!”
Prezes w gruncie rzeczy był jednak uczciwy i w powtórnej analizie musiał przyznać, że gdyby nawet na żonę spadł ciężar zarządzania przedsiębiorstwem, to i tak miałaby trzydzieści lat. To znaczy dwanaście mniej od niego. Fakt ten niezaprzeczalnie musiał wpłynąć na to, że jego żona wyglądała od niego młodziej. Nie upoważniało to jednak Selmiego do uznawania ojca za starego.
Selmi. No tak, ale czegóż on do licha chciał od Dzieciątka Jezus?
„Kochane Dzieciątko Jezus, wiesz już o mnie wszystko i dlatego proszę Cię o coś. Zachowaj Twój bożonarodzeniowy prezent. Mało tego, przyślę, gdzie mi wskażesz, również prezenty, jakie mi zrobi sekretarka Prezesa, ale chciałbym od Ciebie coś w zamian. Prezes należy do tych ludzi, którzy jeżdżą w interesach zagranicę; przekonaj go, żeby wyjechał już teraz. Dzięki temu zamkniemy dom i pojadę z mamą spędzić te święta w Montemoro. Mama ma tam na górze swój domek. Obok jest wspaniały las; byliśmy tam z mamą wiele lat temu, jak miałem brzydki kaszel, i było nam wtedy cudownie. Mógłbym wreszcie używać sanek, które podarowałeś mi zeszłego roku. Zrób to, bardzo Cię proszę: moja mama musi się trochę rozerwać. Jest taka smutna! A tam są wszystkie jej przyjaciółki z dziecinnych lat i potrzebowałaby co najmniej miesiąca, żeby porozmawiać o wszystkich rzeczach, które ją interesują. Co i raz coś jej przychodzi do głowy i wtedy zapisuje to sobie w zeszycie. Teraz zeszyt już się skończył. Pozwól nam tam jechać, tylko nam we dwójkę, bo Prezes myśli tylko o swoich sprawach, interesach i nawet śni o nich. Od czasu do czasu budzi się w nocy i mówi coś do pudełeczka, które zapisuje głos na taśmie. Tak że mama raz go nawet spytała, czemu nie weźmie sobie nocnej sekretarki. Proszę Cię, zadziałaj szybko, bo Miss Szprota jedzie na ferie do Anglii, ale wraca zaraz po Trzech Królach. Byłoby wspaniale, gdybyś mogło pod byle jakim pretekstem zatrzymać ją tam troszkę dłużej. Wiem, kochane Dzieciątko Jezus, że trudno będzie przekonać Prezesa. Prezes – sam to zawsze powtarza – jak coś sobie postanowi, nie ustąpi nawet przed samym Bogiem Ojcem. Prezes … ” – Dosyć już z tym Prezesem! – krzyknął Prezes waląc pięścią w stół. – W końcu jestem jego ojcem.
– Co pan mówił, panie Prezesie? – wyjąkała sekretarka pojawiając się w drzwiach.
– Nic, nic – zamruczał Prezes wkładając list do kieszeni.
– Proszę mi wybaczyć, panie Prezesie, ale o mało nie oszalałam od tego zęba …
– Dobrze, dobrze – uciął krótko Prezes. – Doskonale pani zrobiła.
– Czy mam posegregować korespondencję?
– Nieważne, zrobi to pani później. Teraz muszę popracować.
Sekretarka odeszła w stronę drzwi, ale po kilku krokach odwróciła się.
– Panie Prezesie, ośmielam się przypomnieć, że dziś jest piętnasty stycznia. Urodziny pani.
– Aha, dziękuję.
– Czy mam się tym zająć?
Prezes poczuł, że się w nim gotuje.
– Nie, nie – odrzekł – pomyślę o tym. Sekretarka odezwała się boleśnie dotknięta.
– A może źle wybrałam na Boże Narodzenie?
– Skądże znowu – odparł Prezes. – Pani zawsze dokonywała najlepszego wyboru. Rzecz w tym, że teraz jest specjalna okazja … Mój przyjaciel, który przyjeżdża z Amsterdamu, ma bardzo piękne kamienie … To okazja. Rozumie pani. A propos Bożego Narodzenia, czy zeszłym razem ofiarowała pani Selmiemu sanki i wełnianą czapeczkę?
– Nie, panie Prezesie – powiedziała sekretarka, prawie że obrażona tym podejrzeniem. – Wybrałam samochód na pedały, elektryczną kolejkę i małego konstruktora. Wszystko w najlepszym gatunku.
– Świetnie, świetnie.
Prezes, zostawszy sam, zaczął rozmyślać rozparty w fotelu. „Kto wie, co też ofiaruje mi na urodziny sekretarka mojego męża?” – zaszeptał mu ktoś do ucha. Były to słowa jego żony, ale głos Selmiego. Poderwał się nagle i wezwał sekretarkę.
– Proszę pani – powiedział – odkładamy wszystko do jutra.
Poszedł zdecydowanym krokiem w stronę jubilera, ale kiedy znalazł się przed wystawą, słusznie się zawahał: „Jakiś klejnot, no dobrze”. Wszystkim kobietom podobają się klejnoty i nigdy nie spudłujesz, zwłaszcza jeśli są bardzo drogie. Ale tutaj chodziło o to, żeby zrobić prezent nie taki, jaki podoba się wszystkim kobietom, ale prezent, który mógłby się podobać jedynie jego żonie. Prezent nie dla ogółu, ale dla wybranej osoby.
Prezes musiał więc postawić sobie pytanie: „Co podoba się mojej żonie? Jakie szczególne upodobania ma moja żona?”. Z mozołem starał się sobie przypomnieć, wyłowić z magazynu pamięci jakiś szczegół, o który mógłby się zaczepić i który by go na to naprowadził. „Uwielbiam lody truskawkowe” – powiedziała pewnego razu jego żona. Ale nie mógł jej przecież ofiarować lodów truskawkowych. Starał się określić charakter swojej żony i zdał sobie sprawę ze strasznej rzeczy. Nic o niej nie wiedział. Nie miał czasu, żeby się dowiedzieć. Zatrzymywał się dumając przed trzydziestoma wystawami. Klejnot? Futro? A może cenny antyk? Miał wrażenie, jakby myślał mózgiem sekretarki, a przecież powinien użyć swojego. „Podaruję jej coś, co mi się spodoba” – zdecydował w końcu. Ale i tu natrafił na wielką pustkę, bo sam nie wiedział dokładnie, co mu się podoba.
Zrobiło się już późno i zamykano sklepy: ale również i Prezesi mają swojego Anioła Stróża, bo nagle na wystawie u antykwariusza zobaczył coś, co spadło mu jak z nieba. Zegar wahadłowy, co wygląda jak mała szafka, stary wiejski zegar z ciężarkami i łańcuszkami. Prezes patrzył z rozdziawionymi ustami; mógłby przysiąc, że stoi przed tym słynnym zegarem babki Filomeny, gdyby nie całkowita pewność, że siedem lat temu spalił się on razem ze wszystkimi rzeczami w pożarze na via Indipendenza. To był przedmiot, który najbardziej ze wszystkich lubiła jego żona i kiedy Prezes spytał ją, czy wyjdzie za niego za mąż, odparła:
„Tak, o ile pozwolisz mi zabrać do naszego domu zegar babki Filomeny”.
Wzięła sobie ten zegar. Potem dom rozsypał się w czasie pożaru, a z zegara została tylko kupka złomu. Ciężarki i mechanizm.
Wrócił do domu razem z chłopcem, który niósł zegar i gdy tylko wszedł do przedpokoju, zawołał gosposię.
– Za drzwiami na schodach stoi zegar. Niech chłopak pomoże go wnieść, proszę go odkurzyć, wyczyścić i wstawić do saloniku pani tak, żeby nikt nie widział. Ma stanąć w rogu.
Zastał żonę zagłębioną w fotelu w salonie. Wyraźnie znudzona czytała jakieś czasopismo. Selmi i Miss Szprota rozmawiali przy stoliku w kącie.
– Dosyć tych nauk! – powiedział gwałtownie Prezes. – Dzieci muszą się też pobawić.
– Wcale się nie uczył – odrzekła z przekąsem Miss Szprota. – Konwersowaliśmy trochę po angielsku.
Miss Szprota wstała i odeszła sztywno jak szprotka, a Selmi zbliżył się do Prezesa i powitał go na sposób angielskich dżentelmenów oraz podał do pocałunku czoło, jak to nakazywał regulamin Miss Szproty.
– Nie podoba mi się ten chłopak – wymruczał Prezes odwracając się do żony. – Jest zbyt obciążony nauką. Być może nie było to rozsądne kazać mu przeskoczyć jedną klasę. Potrzebuje świeżego powietrza i ruchu.
Żona rozłożyła ręce i Prezes nie mógł na nią nie spojrzeć i stwierdził, że bez ozdób eleganckiej damy wygląda rzeczywiście jak dziewczynka.
– Ja też tak myślę – odrzekła żona. – Ale co na to poradzić?
– To proste – stwierdził Prezes. – Mam zamiar odno wić dom. Zostanie służba, żeby pilnować robotników i Miss Szpr … Miss Elisabeth, która będzie pełnić nadzór, a ty skorzystasz z tego i pojedziesz z chłopcem do Montemoro. Znasz tam każdy zakątek i łatwo znajdziesz ludzi do prowadzenia domu.
Kobieta jakby oniemiała.
– Tak – wyszeptała – to byłoby wspaniałe. Ale Selmi nie może opuścić tyle szkoły.
– Jeśli się nie mylę – odrzekł twardo Prezes – zanim się z tobą ożeniłem, byłaś nauczycielką. Czy nie czułabyś się na siłach prowadzić zajęcia w klasie z jednym uczniem z trzeciej podstawówki?
– Jak tak, to pewnie! – wykrzyknęła rumieniąc się z radości żona. – Ale jeśli chodzi o angielski, nie znam go …
– Ja też go nie znam, a mimo to udało mi się postawić na nogi przedsiębiorstwo, w którym zatrudniam tysiąc robotników. I dokonałem tego wszystkiego własnymi siłami. Nie miałem kucharki, samochodu, szofera, pokojówek, wychowawczyni. Miałem tylko własne ręce, dobrą wolę i cokolwiek by o mnie mówiono, własny rozum.
Selmi wybałuszył oczy. – Jak ci się to udało?
– Zacząłem pracować w twoim wieku i korzystając z wolnych od szkoły godzin pomagałem ojcu w kuźni. Deptałem miech kowalski, piłowałem, waliłem młotem. W ten sposób zaczęło pasjonować mnie żelazo, a więc i mechanika …
Życie Prezesa było ciężkie i pełne przygód; Selmi jak urzeczony słuchał ojca.
Słuchał go tak dobrą chwilę, aż Prezes skończył:
– Oczywiście, że miałem ogromne szczęście, bo spotkałem mnóstwo wspaniałych ludzi. Oszczędziła mnie wojna i lata powojenne i oto stoję tu przed wami i mam tylko czterdzieści dwa lata, powtarzam – czterdzieści dwa, co znaczy, że jestem bardzo młody, mimo moich siwych włosów, i jestem właścicielem fabryki, w której pracuje tysiąc robotników. I chociaż nie znam angielskiego, to jednak daję sobie radę z prowadzeniem całego tego kramu. I mam jeszcze tyle czasu, żeby pamiętać, że dziś są urodziny twojej matki i latać jak wariat cały dzień w poszukiwaniu prezentu, który by się jej spodobał.
Prezes poczuł wreszcie satysfakcję: paniczyk Selmi i równie godna wspólniczka musieli odwołać liścik co do joty. Cały, od początku do końca!
– Nie trzeba było sobie sprawiać tyle kłopotu – powiedziała żona.
– Właśnie, że trzeba, i to jeszcze więcej – odrzekł Prezes. – Pod warunkiem oczywiście że nie omyliłem się w ocenie twego gustu i upodobań.
W tym samym momencie zegar zaczął w oddali wybijać ósmą i żona Prezesa wzdrygnęła się, jakby słyszała głos drogiego zmarłego. Prezes też zadrżał, bo dźwięk był identyczny jak w tamtym, który stopił się w pożarze w kupkę złomu.
Pani pobiegła do swego saloniku i stanęła jak wryta przed zegarem.
– Czyżbym się omylił co do dezyderatów pani? – spytał Prezes wchodząc za nią.
Powiedział „dezyderatów”, jakby dyktował list do kierownika działu, a nie zwracał się do żony.
Ale pani nie była w stanie zważać na takie niuanse. Nie odrywając wzroku od zegara powiedziała po prostu:
– To on! – jakby tu chodziło o żywą istotę.
Selmi i jego matka wyruszyli następnego ranka do Montemoro, a Prezes po przyjściu robotników spakował walizkę i wyjechał do Francji. Pożyteczny był to wyjazd; został w Paryżu około dwudziestu dni, potem wrócił. A w zasadzie rozpoczął podróż powrotną do domu, bo kiedy znalazł się około trzydziestu kilometrów od miasta na skrzyżowaniu Ponte Nuovo, powiedział do szofera:
– Proszę skręcić w lewo. Pojedziemy na inspekcję oddziału w Montemoro.
Padał śnieg, ale aż do Castelbianco droga była praktycznie przejezdna. W Castelbianco skończyło się dobre: małą krętą drogę, która wspinała się po zboczu Montemoro, Bóg obsypał szczodrze śniegiem. Ale Prezes nie skapitulował.
– Wracaj do domu i czekaj na polecenia – powiedział do szofera. – Dalej dam sobie radę sam.
– To siedem kilometrów – ośmielił się zauważyć szofer.
– Żeby dojść do tego, do czego doszedłem, pokonałem dużo większe trudności! – zaśmiał się Prezes.
I wziąwszy dwie walizy ruszył w drogę.
„Czasem dobrze pokazać podwładnym, że szef nie jest starym ramolem, ale pełnym energii młodym człowiekiem! – pomyślał Prezes. – Jutro całe przedsiębiorstwo będzie wiedziało o moim wyczynie.” Prawdę mówiąc nie było to wcale łatwe zadanie. Prezes stracił dużo czasu i wiele się napocił, w każdym razie dotarł na szczyt Montemoro, kiedy Bóg wreszcie pozwolił.
Dom stał samotnie, ładny kawałek od wsi i w pewnym miejscu prowadząca do niego ścieżka zaczynała łagodnie opadać w kierunku lasu. Kilkaset metrów od celu podróży Prezesa sparaliżowało długie modulowane wycie nadlatujące od strony lasu.
Krzyk Tarzana.
Wycie powtórzyło się i odpowiedziało mu takie samo wycie wydobywające się z domu. Biel śniegu trochę go oślepiała, ale mimo to Prezes mógł się zorientować, że wycie-odpowiedź pochodziło z całą pewnością z okna na pierwszym piętrze. Historia znów się powtórzyła i Prezes usiadłszy na walizkach pomyślał ze zgrozą, co też by się stało, gdyby członkowie Rady Nadzorczej usłyszeli żonę Prezesa odpowiadającą krzykiem Tarzana na krzyk Tarzana syna Prezesa. Wycie trzecie, które wydobyło się ze strony lasu, nagle odezwało się kilka kroków za jego plecami i Prezes dostrzegł przed sobą małego dzikiego górala opatulonego w „wełnianą czapkę z daszkiem, spadającą aż na szyję, z dziurą z przodu na twarz”. Dziki góral ciągnął za sobą sanki z bukowymi i brzozowymi polanami porządnie przywiązanymi sznurkiem. Rozpoznawszy Prezesa góral znieruchomiał jak sopel lodu. Jest to barokowy i niezbyt precyzyjny opis, bowiem to, co można było zobaczyć przez kominiarkę, to różowobiała twarz chłopca, jakby ze zdjęcia reklamowego, sprawiająca wrażenie przede wszystkim ciepła. Chłopiec rozejrzał się wokół szukając samochodu, ale Prezes pokręcił głową.
– Przyszedłem na piechotę od Castelbianco. Mały spacerek dobrze robi. A ty skąd wracasz?
– Poszedłem do lasu uzupełnić zapas drewna – powiedział Selmi wciąż onieśmielony.
W tym momencie otworzyło się okno i dał się słyszeć krzyk Tarzana. Selmi zaczerwienił się i spojrzał na Prezesa bardzo zmieszany.
– Odpowiedz! – dodał mu odwagi Prezes.
Selmi odpowiedział.
Prezes stwierdził, że tak by nie potrafił i zrobiło mu się odrobinę przykro. Podniósł walizy i przywiązał je na stosie drewna.
– Ruszajmy, odjazd! – powiedział. – Ty ciągnij, a ja będę pchał i potem hamował przy zjeździe.
– Sam dam sobie radę – wyjąkał Selmi.
– We dwóch zawsze lepiej – odrzekł Prezes.
Sanki ruszyły i w czasie drogi Prezesowi przyszło na myśl: „Firma Davide Degozzi i Syn”. Nie brzmiało to źle. Ale po chwili, wziąwszy pod uwagę szczególną sytuację, pomyślał, że raczej powinno to brzmieć: „Firma Anselmo Degozzi i ojciec”. To też nieźle brzmiało. Kiedy sanki zajechały na podwórze, firma Degozzi rozwiązała się, a Selmi rzuciwszy sznurek popędził do drzwi krzycząc:
– Mamo, tata przyjechał.
Wtedy Prezes poczuł się o wiele mniej Prezesem, ale za to o wiele młodziej.