Hiszpańskie ciasteczka yemas

To taka ciekawostka z kuchni hiszpańskiej w moim sylwestrowym menu: yemas – ulubione słodycze św. Teresy z Avila. Trudno je właściwie nazwać ciasteczkami; bardziej odpowiednią nazwą byłyby pralinki, trufelki czy może ciągutki.


yemas

Przyznam, że miałam wątpliwości, czy to się może udać, gdy przeczytałam przepis.
Ale ponieważ miałam już chrust do sylwestrowego menu, to postanowiłam zaryzykować.
Zwłaszcza, że pilnie testuję przepisy z serca Hiszpanii, z Kastylii, na najbliższe styczniowe party.
I udało się! Yemas są bardzo słodkie, ale smaczne:)

A oto przepis:
6 żółtek
10 dag cukru
szczypta cynamonu
otarta skórka z cytryny
7 łyżek wody

dodatkowo: do otaczania ciasteczek – cukier puder

Z wody, cukru, cynamonu i skórki cytrynowej ugotować gęsty syrop.
Roztrzepać żółtka w rondelku, zalać gorącym syropem, wymieszać i podgrzewać na malutkim ogniu, cały czas mieszając, aż masa zacznie odstawać od ścianek. Wtedy wylać masę na półmisek i ochłodzić.
Formować pralinki i otaczać je w cukrze pudrze.

Bal Scarlett O`Hary

Dziś taki dobry dzień na opowieść o balu. Takim prawdziwym, eleganckim balu.
Pamiętacie bal Scarlett O`Hary, kiedy Rett Butler hojnym pieniężnym datkiem kupił sobie prawo tańczenia z nią, mimo, że była wdową i żadne tańce nie były jej dozwolone?
Scarlett O`Hara

Ale dziś nie ten bal chciałabym przypomnieć. Myślę o balu św. Cecylii w Charlestonie, w rodzinnym mieście Retta. Jego opis zamieszczony jest w książce „Scarlett – ciag dalszy Przeminęło z wiatrem” Alexandry Ripley.
Kto z nas nie chciałby być na takim balu?
Poczytajmy, zanim ruszymy na nasze bale i prywatki, zapraszam:

Scarlett wyjrzała na zewnątrz, a to, co zobaczyła, zatkało jej dech w piersiach: tak właśnie powinien wyglądać bal! Wysokie czarne słupy z kutego żelaza przytrzymywały ogromne kandelabry rzęsiście oświetlone dobrym półtuzinem lamp gazowych. Blask gazowego światła rozświetlał głęboki, przy¬trzymywany białymi kolumnami portyk budowli podobnej w charakterze do kościoła, odgrodzonej od ulicy wysokim żelaznym płotem. Lśniący, biały chodnik prowadził z wyciętego w białym marmurze podjazdu ku schodom, a stamtąd ku wyjściu. Nad chodnikiem i nad podjazdem rozpięto białe markizy.
– Tylko pomyśl – szepnęła zachwycona. – Możesz wysiąść z powozu i przejść do sali balowej w rzęsistym deszczu, a nawet kropelka na ciebie nie spadnie.
– Tak, to rzeczywiście dobry pomysł – zgodził się Rett. – Ale jeszcze nigdy przedtem nie dane mi było w pełni przekonać się o jego dobroci. To pierwsza noc świętej Cecylii, gdy pada deszcz. Dotychczas Bóg nie śmiał.
– Rett! – Mrs. Butler była dogłębnie przerażona.
Scarlett uśmiechnęła się do męża, rada, że potrafił dowcipkować z czegoś, co skądinąd traktował niezmiernie serio. Bal świętej Cecylii … opowiedział jej wszystko, co wiedział na ten temat, opowiedział jej całą wieloletnią historię balu, który – jak wszystko w Charlestonie – zdał się trwać przynajmniej od wieku. Powiedział jej, jak ważną i decydującą rolę w organizacji balu odgrywali mężczyźni – tylko oni mogli należeć do Towarzystwa Świętej Cecylii.

Zanim zeszła ze stopni powozu potoczyła wzrokiem po głowach wystających znad szpaleru żołnierzy. Uśmiechnęła się, jak tylko umiała, najpromienniej. Gdyby tak jeszcze zamiast tego starego worka mieć na sobie coś nowego … Ale i tak da z siebie wszystko, na co tylko ją stać. Starannie odmierzyła trzy kroki – tyle, ile liczyła długość trenu – po czym zrzuciła z ramienia delikatnie przytrzymywany zwój aksamitu. Bordowa materia wspaniale rozłożyła się na białym chodniku, nie tknięta kurzem, prawdziwie po królewsku, majestatycznie płynęła za nią, gdy ona – Scarlett Butler – wkraczała na salę, gdzie miał się odbyć doroczny bal świętej Cecylii.
Zatrzymała się w hallu, czekając aż nadejdą pozostali. Spojrzeniem pobiegła w górę, wodząc wzrokiem za pięknym łukiem estakady schodów prowadzących na szeroki podest drugiego piętra, gdzie u sufitu, gdzieś niebotycznie wysoko, w pustej i wolnej przestrzeni wisiał kryształowy żyrandol, płonąc dziesiątkami świec. Wyglądał jak największy, najbardziej połyskliwy klejnot świata.
Kiedy Scarlett dotarła do drzwi sali balowej. w pierwszym odruchu chciała się zatrzymać, przytłoczona pięknem zbyt cudownym, by mogło być prawdziwe, lecz ludzie, którzy szli za nią z tyłu, nie pozwolili jej przystanąć na dłużej.
Ogromna sala balowa lśniła – jeszcze łagodnym – blaskiem świec, opadającym z czterech kryształowych kaskad – zdałoby się – unoszących się gdzieś pod sufitem. Wysokie lustra w pozłacanych ramach odbijały płomienie świec, powtarzając je w nieskończoność jedne w drugich. Blask płynął z wysokich okien, ciemnych mrokami nocy, ujętymi w draperie ze złotego brokatu; one także działały jak lustra. Blask sączył się z wieloramiennych srebrnych kandelabrów rozstawionych przy krańcach długich stołów po obu stronach drzwi; stały na nich ogromne srebrne wazy z ponczem odbijające pękatymi brzuchami złote rozbłyski światła.
Scarlett cichutko roześmiała się z rozkoszy, po czym przestąpiła próg.
* * *
– Dobrze się bawisz? – zapytał Rett, gdy upłynęło już dużo, dużo czasu.
– I to jak dobrze! To naprawdę najświetniejszy bal w całym sezonie.
Jej słowa miały znaczyć, że ów wieczór świętej Cecylii był tym, czym prawdziwy bal być powinien: pełen muzyki, śmiechu i szczęścia. Nie czuła się jednak szczególnie uszczęśliwiona, gdy wręczono jej kajecik z nazwiskami dżentelmenów proszących ją o tańce, choć i ten drobiazg podano jej wraz z bukietem gardenii ujętych w srebrne, papierowe koronki. Najprawdopodobniej zeszycik wypełnili już zawczasu organizatorzy balu. Zaraz jednak przekonała się, że obsada została ułożona iście po mistrzowsku: skojarzono ją w tańcu z mężczyznami, których znała, których nie spotkała nigdy przedtem, bawiącymi na krótko w odwiedzinach, charlestończykami, którzy mieszkali gdzie indziej, lecz zawsze przybywali na bal świętej Cecylii. W ten sposób w każdym tańcu zawierał się dręczący element zaskoczenia i pewność odmiany. Ale żadnych kłopotów: nazwisko Middletona Courtneya nie figurowało na karteczkach. Nie musiała więc myśleć o czymkolwiek, poza tym jednym: znajduje się na wspaniałej sali balowej, tańczy w takt znakomitej muzyki.
Te same uczucia przepełniały wszystkich. Zachichotała skrycie widząc, że ciotki też są tu obecne i że nie opuszczają żadnego tańca. Nawet Eulalia, zwykle melancholijna w wejrzeniu, promieniała radością. Nikt nie podpierał ścian. Nikt nie czuł się skrępowany. Te – zwykle okropne – debiutantki w białych sukniach prosto spod igły zostały otoczone opieką mężczyzn biegłych i w tańcu, i w konwersacji. Spostrzegła Retta, jak tańczy z trzema dziewczętami, lecz ani razu nie widziała go z Anną Hampton. Przez moment trwała w zdumieniu, skąd tyle starczej mądrości u wiekowych członków Komitetu Organizacyjnego. Ale to trwało tylko chwilę. Później przestała się tym przejmować. Wirując w tańcu czuła się szczęśliwa. Patrząc na Ellintonów z trudem powstrzymywała się od śmiechu.
Hannah, rzecz jasna, uważała się za królową piękności. Pewnie, tańczy z największymi pochlebcami w całym mieście – pomyślała złośliwie spoglądając na Towsenda, który sprawiał wrażenie jakby się bawił lepiej od żony. Ktoś musiał mu nieźle pokadzić. Oboje nie zapomną tej nocy do końca życia. Skoro już o tym mowa, ona także. Zaraz zacznie szesnasty taniec, ten, który – jak wyznał jej Josiah Anson gdy tańczyli walca – był zarezerwowany dla narzeczonych i małżonków. W noc świętej Cecylii – ciągnął uroczyście i drwiąco – mężowie i żony zakochują się od nowa. Wie o tym dobrze, bo w końcu to on przewodzi Towarzystwu świętej patronki balu. Szesnasty taniec dla zakochanych – to jedna z żelaznych reguł balu. Zatem już wkrótce tańczyć będzie z Rettem.
Tak więc, gdy przy szesnastym tańcu wziął ją w ramiona i spytał czy dobrze się bawi, odpowiedziała całym sercem „tak”.
* * *
O pierwszej po północy orkiestra zagrała ostatnie takty walca Nad pięknym modrym Dunajem. Bal dobiegł końca.
– Ale ja nie chcę, żeby się skończył – powtarzała Scarlett. – Ja nie chcę.
– To dobrze – powiedział Miles Brewton, jeden z członków Komitetu.
– Właśnie dokładnie tego spodziewaliśmy się po wszystkich naszych gościach. Mam nadzieję, że wszyscy czują to samo. A wobec tego zapraszam na parter na kolację. Nasze Towarzystwo jest prawie tak samo dumne z własnej hodowli ostryg jak z ponczu, który podawaliśmy w czasie tańców. Chyba każdy wychylił
szklaneczkę?     .
– Owszem, wychyliłam. I zaraz pomyślałam sobie, że sklepienie czaszki uniesie mi się gdzieś pod sufit.
Poncz świętej Cecylii sporządzano z najlepszych gatunków szampana, mieszanego z najlepszej marki koniakiem.
– My, stara gwardia, uważamy że to bardzo przydatna mikstura na noc pełną tańca. W naszym wieku poncz świętej Cecylii idzie w nogi. Tylko młodym uderza go głów.
– Nie gadaj bzdur, Miles. Salomea zawsze mi powtarzała, że jesteś najlepszym tancerzem w mieście, a ja zawsze myślałam, że chyba jednak trochę przesadza. Teraz jednak widzę, że twoja żona mówiła najzwyklejszą w świecie prawdę.
A teraz idźmy już na kolację, zanim wyjedzą nam ostrygi. Przynajmniej raz w życiu, Scarlett, ujrzysz więcej jedzenia niż jesteś w stanie zjeść. Dziś nawet paniom wypada się przejeść. Tak każe tradycja. Koniec karnawału, kończy się sezon, post już za pasem.

Było krótko po drugiej, gdy otworzyły się podwoje do Hibernian Hall.
Czarnoskórzy chłopcy, trzymający pochodnię, ziewali zajmując stanowiska by oświetlać drogę powracającym do domu balownikom. Kiedy zapłonęły pochodnie czekający na Ulicy Spotkań pusty, ciemny tramwaj nagle ożył: konduktor zapalił na dachu błękitną lampę w kształcie globusa i podłużne lampy naftowe przy drzwiach. Konie tupnęły kopytami, podrzuciły łby. Mężczyzna w białym fartuchu zebrał z białego chodnika upadłe liście, po czym długim metalowym prętem otworzył ciężkie skrzydła kutej w żelazie bramy. Zniknął w cieniu dokładnie w chwili, gdy z budynku popłynął strumień ożywionych głosów. Rozciągnięty na długość trzech przecznic sznur pojazdów drgnął: powozy zaczęły zajeżdżać, zbierając rozbawionych pasażerów z podjazdu Hibernian Hall.
– Wstawajcie, wychodzą! – krzyknął Ezechiel do chłopaków w liberii, woźniców, którzy podskakiwali, brutalnie wyrywani ze snu, uśmiechali się od ucha do ucha i zeskakiwali z kozłów, by przygotować powozy do jazdy.
Przez otwarte drzwi ciągle wylewał się ludzki strumień. Goście rozmawiali, śmiali się, przystawali na progu, nieskorzy uwierzyć, że bal nieodwołalnie dobiegł końca. Jak co roku mówili, że był to najlepszy bal świętej Cecylii, jaki zdarzyło się im przeżyć, najlepsza orkiestra, najlepsza kuchnia, najlepszy poncz i w ogóle najradośniejsze chwile w ich życiu!

Wszystkim czytelnikom mojego bloga życzę wspaniałej sylwestrowej zabawy i szczęśliwego Nowego Roku!

A tego szampana z koniakiem chyba sobie dziś wypróbuję:)

Mityczna szalotka

Z kronikarskiego obowiązku odnotowuję fakt: w Lidlu można kupić szalotkę. Tę mityczną niemal szalotkę, która występuje w tylu przepisach, zwłaszcza francuskich i mylona jest z cebulą, bo w Polsce nigdy nie była popularna i raczej kupić się jej nie dało.


szalotki

A tymczasem szalotka jest tak naprawdę czosnkiem askalońskim i pochodzi z Bliskiego Wschodu (Izrael, Jordania). W Europie, zwłaszcza na południu, znana jest od czasów wypraw krzyżowych.
W smaku zdecydowanie jest bardziej czosnkowa niż cebulowa.
Żeby informacja była pełna, dodam, że w Lidlu jest do kupienia odmiana szalotki o nazwie Bonilla, pakowana jest w siateczki po 250 g i kosztuje 2,99 zł.


Moja choinka

Ciekawe, że choinki, które ubieram, zawsze wychodzą takie same:) Są jak mój podpis:)
Mam coś zakodowane, jakąś wykształconą manierę, że niezależnie od ozdób, zawsze to będzie ten sam styl.
Nie narzekam:) ale już chyba nie potrafię ubrać choinki inaczej. Kiedyś spodobała mi się choinka koleżanki, ale nie potrafiłam takiej ubrać.

Moja tegoroczna, tajemniczo-szafirowa

moja choinka 2011

czubek choinki

Choinka pełna aniołów

Tak ni stąd ni zowąd – tegoroczna choinka Zet stała się tematyczna.
Popatrzcie, ile przysiadło na niej aniołów!:)
choinka Zet

Nawet lukrowane pierniczki mają ich kształty: pięknisie przechwalają się sukienkami, a barokowe grubaski biegną do żłóbka ze świecami. Jeden z nich zgubił swoją świeczkę, złamała mu się – nazwałam go głupim 🙂 – jakoś mi się to skojarzyło z biblijną przypowieścią o pannach mądrych i głupich i ich kagankami.

aniołek ze świeczką

aniołek bez świecy

Ten tu wygląda groźnie, uuuu…. jak archanioł wyganiający Adama i Ewę z Raju
anioł groźny

A ten rudzielec, widać, że płochy, pstro ma w głowie, leży sobie, machając torebeczką
aniołek rudzielec

Ten znów macha sobie nóżkami w złotych trzewiczkach
anioł z trzewiczkami

Tylko ten, bardzo solidnie, gra Dzieciątku na trąbie
aniołek z trąbą

Skoro tyle tu tych aniołów, to jeszcze moja ulubiona kolęda-pastorałka – wiersz Krzysztofa Kamila Baczyńskiego:

Aniołowie, aniołowie biali,
na coście to tak u żłobka czekali,
pocoście tak skrzydełkami trzepocąc
płatki śniegu rozsypali czarną nocą?

Ciemne noce, aniołowie, w naszej ziemi,
ciemne gwiazdy i śnieg ciemny, i miłość,
i pod tymi obłokami ciemnymi
nasze serce w ciemność się zmieniło.

Aniołowie, aniołowie biali,
O! poświećcie blaskiem skrzydeł swoich,
by do Pana trafił ten zgubiony
i ten, co się oczu podnieść boi,
i ten, który bez nadziei czeka,
i ten rycerz w rozszarpanej zbroi
by jak człowiek szedł do Boga-Człowieka,
aniołowie, aniołowie biali.

Wesołych Świąt

To już Wigilia.
Kończy się Adwent – tegoroczny czas oczekiwania na Boże Dzieciątko.
Życzę wszystkim tu zaglądającym Jego pokoju i radości, niezależnie od trosk i kłopotów, których nikomu nie brakuje.
Pięknych, ciepłych Świąt!
Boże Dzieciątko

I jeszcze lektura:)
Z „Księgi apokryfów” Karela Čapka:

Święta noc

Dziwię ci się – krzyczała pani Dinah. – Gdyby to byli porządni ludzie, to poszliby do wójta, a nie tak po żebrach! Dlaczego ich sobie nie wzięli do domu na przykład Szymonowie? Dlaczego ich mamy przyjmować właśnie my? Cóż to, czy myśmy coś gorszego od Szymonów? Ja wiem, żona Szymona nie wpuściłaby  takiej hołoty do domu! Dziwię ci się, człowieku, że się zadajesz nie wiadomo z kim!
– Nie krzycz – mruczał stary Isachar – przecież usłyszą!      
– Niech słyszą – mówiła pani Dinah, podnosząc głos jeszcze bardziej. – Niesłychane! To by dopiero było, żebym ja w domu nie śmiała ani pisnąć z powodu jakichś tam włóczęgów! Znasz ich? Zna ich to kto? On mówi: ,,To jest moja żona.” Gadanie, jego żona! Wiem, jak to u takich łazików bywa. Że się też nie wstydzisz wpuszczać coś takiego do domu!
Isachar chciał zaprotestować, że wpuścił ich tylko do stajni, ale zachował to dla siebie, albowiem cenił
spokój.    
– A ona – ciągnęła pani Dinah zgorszona – ona jest w odmiennym stanie, żebyś wiedział! Chryste Panie, tego nam jeszcze brakowało! Jezus Maria, gotowiśmy się jeszcze dostać na ludzkie języki! Coś ty, na głowę upadł czy co? – Pani Dinah nabrała tchu. – Naturalnie, takiej jakiejś młódce ty nie umiesz powiedzieć: nie. Ledwie na ciebie zerknęła, a już małoś nóg nie połamał z wielkiej gorliwości! Dla mnie byś tego nie zrobił, Isacharze! „Pościelcie tam sobie, dobrzy ludzie, macie w stajni słomy, że hej … ” Jak gdyby w całym Betlejem tylko u nas była stajenka! Dlaczego im Szymonowie nie dali ani ociupinki słomy? Dlatego, że Szymonka by na to swemu mężowi nie pozwoliła, rozumiesz? Tylko ja jestem taka safanduła, że na wszystko milczę.
Stary Isachar obrócił się do ściany. „Może przestanie – myślał – ona ma trochę racji, ale tyle gadania o … ”
– Brać obcych ludzi do domu – rozważała pani Dinah w sprawiedliwym gniewie. – Kto wie, co to za jedni? Teraz  całą noc ze strachu oka nie zmrużę! Ale dla ciebie to obojętne! Dla ludzi to ty wszystko,
ale dla mnie nic! Żebyś choć jeden jedyny raz miał wzgląd na twoją zaharowwną i słabowitą żonę! A rano może jeszcze mam po nich sprzątać! Skoro ten człowiek jest cieślą, dlaczego nigdzie nie pracuje?
I dlaczego właśnie ja muszę mieć tyle utrapienia? Słyszysz, Isacharze?
Ale Isachar odwrócony twarzą do ściany udawał, że śpi.
– Matko Boska – westchnęła pani Dinah – co ja mam za życie! Całą noc nie usnę ze zmartwienia …  A on śpi jak kłoda! Mogliby nam wynieść cały dom, a on sobie chrapie … Boże, co ja mam za utrapienie!
I było ,cicho, tylko stary Isachar uważnie przecinał ciemność swym chrapaniem.
Koło północy obudziły go ze snu tłumione kobiece jęki. „O psiakość – zląkł się – to chyba coś obok
w stajni.! Żeby tylko nie zbudziło Dinah. Tożby znów było gadania!”
I leżał bez ruchu, udając, że śpi.
Po chwili dał się słyszeć nowy jęk. „Boże, zmiłuj się, Boże, spraw, niech się Dinah nie przebudzi – modlił się w niepokoju stary Isachar, ale wtem poczuł, że się Dinah koło niego wierci, unosi i z napięciem nasłuchuje. – Będzie źle” – powiedział sobie znękany Isachar, ale pozostał cicho.
Pani Dinah wstała bez słówka, narzuciła na siebie wełniak i wyszła na podwórze. „Na pewno ich wyrzuci – rzekł do siebie bezradnie Isachar. – Ja się już do tego mieszać nie będę, niech sobie robi, co chce …”
Po jakiejś dziwnie długiej i głuchej chwili wróciła pani Dinah, stąpając ostrożnie. Isacharowi zdawało silę jak przez sen, że jakieś drzewo chrzęści i trzaska, ale postanowił, że się ani nie ruszy. Może Dinah jest zimno i roznieca ogień.
Dinah zaś znowu wymknęła się po cichu. lsachar otwarł oczy i ujrzał nad płonącym ogniem kociołek z wodą. „Na co to?” – pomyślał ze zdziwieniem i wnet znowu usnął. Przebudził się dopiero, gdy pani Dinah takimi s:zczególnymi, gorliwymi i ważnymi kroczkami biegła z dymiącym kociołkiem na podwórze.
Więc zdziwił się Isachar, wstał i przyodział się trochę. „Muszę popatrzeć, co się dzieje” – postanowił energicznie, ale w drzwiach zderzył się z Dinah.
„Proszę cię, czego tak biegasz” – miał zamiar zapytać, ale nie zdążył.
– Co się tu gapisz! – ofuknęła go pani Dinah i znów wybiegła na podwórze z naręczem jakichś szmatek i kawałków płótna. Na progu obróciła się. – Wracaj do łóżka – krzyknęła ostro – i. .. i nie wtrącaj się nam tu, słyszysz?
Stary Isachar poczłapał na podwórko. Przed stajnią zobaczył sterczącą bezradnie barczystą męską postać i skierował się ku niej.
– No, no – zamruczał uspokajająco. – Wyrzuciła Cię, co? Wiadomo, Józefie, te kobiety!
I żeby zagadać ich męską bezradność, wskazał szybko:

– Popatrz, gwiazda! Widziałeś już kiedy taką gwiazdę?

Domowa szynka peklowana

Kilka dni by się przydało, żeby szynka zyskała kolor i smak. Moja po tygodniu peklowania jest już gotowa


szynka peklowana

Przygotowuję roztwór soli peklowej (ostatnio widziałam na rynku tylko tę marki Prymat), zalewam mięso od szynki (najlepiej tzw. górkę), wkładam do salaterki, przykrywam folią i odstawiam do lodówki. Musi sobie poleżeć kilka dni.
Po wyjęciu z zalewy, sznuruję mięso żeby zachowało ładny kształt (sznureczki silikonowe dobrze się sprawdzają) i wkładam do wrzącej, osolonej lekko wody z dodatkiem kilku ziaren ziela angielskiego, pieprzu i listka laurowego i gotuję do miękkości na malutkim ogniu, tak żeby woda ledwo mrugała, ok 2 godziny. Odstawiam z ognia i zostawiam w wodzie do przestygnięcia.
Na koniec natarłam wyjętą szynkę musztardą Dijon z dodatkiem porzeczki i włożyłam do piekarnika na 20 minut (do tłuszczu w którym piekł się schab), żeby szynka zyskała przyrumienioną skórkę.

Świąteczny bigos już łapie smak

Bigos zdecydowanie skomplikowaną potrawą nie jest, ale czasu trochę wymaga.

W moim świątecznym bigosie już wszystkie składniki połączone i tylko go doprawiam, podgrzewając go dzień po dniu i chłodząc po wystygnięciu w lodówce

bigos

Zwykle robię go na oko, bo nie wymaga on wielkiej precyzji w doborze składników, no a poza tym robię go już od tylu lat… 🙂

Ale kiedyś spisałam kolejne kroki:

http://prowincjalnawioska.blox.pl/2009/12/Mysle-ze-nadszedl-czas-na-swiateczny-bigos.html

W tym roku miałam tłuszcz spod pieczonej gęsi; rany! Jaki to świetny smak nadaje bigosowi!



Opowieść adwentowa czwarta

No i popatrzcie, jak to zleciało: już zaczynamy czwarty tydzień Adwentu, a za tydzień Wigilia i Święta:)

adwent 4 tydzień

Dziś, jako lekturę proponuję urocze opowiadanie z Doliny Muminków, autorstwa Tove Jansson.

Choinka

Jeden z Paszczaków stał na dachu i grzebał w śniegu. Na łapkach miał żółte rękawiczki, które powoli robiły się mokre i niemiłe. Więc je zdjął, położył na kominie i westchnąwszy grzebał dalej. W końcu wyłoniła się klapa w dachu.
– Aha, klapa- mruknął Paszczak. – A oni tam w środku śpią. Nic, tylko śpią i śpią, podczas kiedy inni pracują do nieprzytomności jedynie dlatego, że ma być Gwiazdka i Wigilia.
Wszedł na klapę, a ponieważ nie pamiętał, czy otwiera się do środka, czy, na zewnątrz, tupnął w nią ostrożnie. Otworzyła się natychmiast do środka i Paszczak spadł w dół, w śnieg i ciemności i w to wszystko, co rodzina Muminków złożyła na strychu na późniejszy użytek.
Paszczak ogromnie się zirytował, a ponadto niezupełnie był pewien, gdzie położył swoje żółte rękawiczki; a właśnie te rękawiczki szczególnie lubił.
Zszedł więc dalej po schodach, otworzył drzwi i krzyknął gniewnie:
– Nudzicie mnie tym waszym spaniem, a Wigilia się zbliża, może nadejść dosłownie w każdej chwili!
Na dole leżała pogrążona w śnie zimowym rodzina Muminków. Spali już od kilku miesięcy i mieli zamiar spać aż do wiosny. Słodki sen kołysał ich niby przez jedno długie i ciepłe letnie popołudnie. Teraz nagle niepokój i zimne powietrze wtargnęły do snów Muminika. Poza tym ktoś ściągał z niego kołdrę i krzyczał, że mu się sprzykrzyło i że nadchodzi Wigilia.
– Czy to już wiosna? – mruknął Muminek .
-Wiosna? – powiedział Paszczak nerwowo. – Mówiłem o Wigilii, rozumiesz, o Wigilii. A ja nic nie zdążyłem przygotować i nic nie mam, a oni mnie tu posyłają, żebym was odgrzebał. Rękawiczki na pewno przepadły . Wszyscy biegają jak zwariowani, a nic jeszcze nie gotowe …
I Paszczak tupiąc głośno wszedł z powrotem na schody i wylazł przez klapę w dachu.
– Mamusiu! Zbudź się! – zawołał Muminek przerażony. – Stało się coś strasznego! To się nazywa Wigilia!
– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytała Mama wysuwając pyszczek spod kołdry.
– Nie wiem dokładnie – odpowiedział Muminek. – Ale nic nie jest przygotowane i coś przepadło, i wszyscy biegają jak zwariowani. Może to znowu powódź.
Potrząsnął ostrożnie Panną Migotką i szepnął:
– Nie bój się, ale stało się coś okropnego.
– Spokój – powiedział Tatuś Muminka. – Przede wszystkim spokój.     .
Następnie wstał i nakręcił zegar, który stanął chyba jeszcze w październiku.
Idąc po mokrych śladach Paszczaka weszli na strych, a potem na dach domu.  Niebo było błękitne jak zwykle, więc tym razem nie mogło być mowy o górach ziejących ogniem. Ale cała dolina pokryta była mokrą watą, góry i drzewa, i rzeka, i cały dom. I było zimno, jeszcze zimniej niż w kwietniu.
– To to nazywają Wigilią? – spytał Tatuś zdziwiony.
Wziął pełną garść waty i przyjrzał się jej.
– Ciekaw jestem, czy to wyrosło z ziemi -powiedział. – Czy spadło z nieba. Jeżeli wszystko spadło naraz, musiało to być bardzo nieprzyjemne.
– Ależ, Tatusiu, to śnieg!. – powiedział Muminek. – Wiem, że to śnieg i że nie spada naraz.
– Co ty mówisz? – powiedział Tatuś. – Ale w każdym razie jest to nieprzyjemne.
Minęła ich ciotka Paszczaka ciągnąc świerk na sankach.    
– A więc obudziliście się? No, wreszcie -powiedziała obojętnie. – Postarajcie się o choinkę, zanim się ściemni.
– Ale po co? .. -zaczął Tatuś Muminka .
– Nie mam teraz czasu! – krzyknęła ciotka przez ramię i ruszyła dalej.
– Zanim się ściemni – szepnęła Panna Migotka. – Ona powiedziała: zanim się ściemni. A więc niebezpieczeństwo nadejdzie dziś wieczorem.
– Widocznie trzeba mieć choinkę, żeby jakoś sobie dać radę – zastanawiał się Tatuś. – Nic nie rozumiem.
– Ani ja – powiedziała Mama z rezygnacją. – Ale włóżcie wełniane skarpetki i szaliki, jak pójdziecie po tę choinkę. Ja tymczasem spróbuję napalić w piecu. Tatuś mimo grożącej katastrofy postano¬wił nie ścinać żadnego z własnych świerków, ponieważ bardzo o nie dbał. Przelazł przez sztachety do sąsiadki Gapsy i wybrał duże drzewo, świerk, który na pewno na nic szcze¬gólnego nie mógł się jej przydać.
– Myślisz, że chodzi o to, żebyśmy się w nim schowali? – spytał Muminek.
– Nie wiem – odrzekł Tatuś nie przestając rąbać. – Nic z tego wszystkiego nie rozu¬miem.
Zbliżali się już do domu; gdy nagle wpadła na nich Gapsa ze stosem torebek i paczek w objęciach. Twarz miała czerwoną i była bardzo podniecona. Na szczęście nie poznała własnego świerka.
– Tłok, rozgardiasz! – krzyknęła. – Tym nieokrzesanym jeżom powinno się zabronić wcho … Powiedziałam im przed chwilą, że to po prostu wstyd …
– Choinka – przerwał jej Tatuś Muminka i schwycił ją rozpaczliwie za futrzany kołnierz. – Co się robi z choinką?
– Choinka? – powtórzyła Gapsa nieprzytomnie: – Choinka? Ach, to okropne! Nie, to straszne … przecież trzeba ją ubrać … Jak ja to wszystko zdążę …
Mówiąc to upuściła paczki w śnieg, czapka zsunęła się jej na pyszczek i gotowa była niemal rozpłakać się ze zdenerwowania .
Tatuś Muminka potrząsnął głową i podniósł świerk z ziemi.
W domu Mama zmiotła śnieg z werandy, przygotowała pasy ratunkowe i aspirynę, strzelbę Tatusia i gorące okłady. Bo przecież nigdy nic nie wiadomo …
Na samym brzegu kanapy siedziało malutkie leśne stworzonko i piło herbatę. Siedziało przedtem w śniegu pod werandą i wyglądało tak mizernie, że Mama zaprosiła je do domu.
– Proszę, oto choinka- powiedział Tatuś.
– Gdybyśmy tylko wiedzieli, do czego ona ma służyć. Gapsa twierdzi, że trzeba ją ubrać.
– Tak dużego ubrania nie mamy – powiedziała Mama zatroskana. – Co ona mogła mieć na myśli?
– Jaka piękna choinka – krzyknęło malutkie leśne stworzonko, przy czym z nieśmiałości zakrztusiło się herbatą i pożałowało, że w ogóle odważyło się cośkolwiek powiedzieć.    
– A może ty wiesz, jak się ubiera choinkę? – zapytał Muminek.
Leśne stworzonko zaczerwieniło się gwałtownie i szepnęło: 
– Ładnymi rzeczami. Najładniej jak się tylko umie. Tak słyszałem.
Po czym znów ogarnęła je nieśmiałość, zasłoniło twarz łapkami, przewróciło filiżankę z herbatą i zniknęło za drzwiami werandy.
– Przez chwilę bądźcie cicho i pozwólcie mi pomyśleć – powiedział Tatuś. – Jeżeli choinka ma być przystrojona, i to najładniej, to chyba nie po to, żebyśmy się mieli w niej ukrywać przed jakimś niebezpieczeństwem, ale chyba po to, żeby je raczej przebłagać. Zaczynam rozumieć, o co tu chodzi.
Wynieśli więc zaraz choinkę przed dom i osadzili ją mocno w śniegu. Następnie zabrali się do przybierania jej od góry do dołu wszystkimi ładnymi rzeczami, jakie tylko mieli.
Udekorowali ją muszlami, które latem zdobiły grządki kwiatów i naszyjnikiem z pereł Panny Migotki. Zdjęli kryształowe wisiorki z żyrandola w salonie i zawiesili je na gałęziach, a na samym szczycie umieścili jedwabną różę, którą Mama Muminka dostała od Tatusia.
Wszyscy znosili, co mieli najładniejszego, by ubłagać niepojęte moce zimy.
Kiedy choinka była już gotowa, znowu minęła ich ciotka Paszczaka. Szła teraz, w przeciwnym kierunku i, jeśli to w ogóle było możliwe, śpieszyła się jeszcze bardziej.
– Spójrz na naszą choinkę! – zawołał Muminek.
– Coś podobnego! – wykrzyknęła ciotka Paszczaka. – Wyście zawsze byli dziwni. No, ale śpieszę się … Muszę zrobić jedzenie na Wigilię….
– Jedzenie? – powtórzył Muminek zdumiony. – To ona je?
Ale ciotka już nie słuchała.
– Myślisz, że dacie sobie radę bez jedzenia? – powiedziała niecierpliwie i ruszyła dalej po zboczu.
Mama krzątała się w kuchni przez całe popołudnie. I tuż przed zmierzchem jedzenie dla Wigilii było gotowe i stało w małych filiżankach wokół choinki. Był tam sok owocowy i zsiadłe mleko, i ciasto z czarnymi jagodami, i grog, i różne inne smaczne rzeczy, które rodzina Muminków lubiła.
– Czy myślisz, że Wigilia jest bardzo głodna? – spytała Mama z niepokojem.
– Chyba nie więcej niż ja – powiedział Tatuś tęsknym głosem. Siedział w śniegu i marzł owinięty kołdrą po uszy. Ale małe stworzenia muszą zawsze być bardzo, bardzo uprzejme wobec wielkich mocy przyrody.
Nisko w dolinie we wszystkich oknach zaczęły zapalać się światła. Świeciło się pod drzewami i z każdego gniazda wśród gałęzi, migocące płomyki świec biegały w pośpiechu przez zaspy śnieżne. Muminek spojrzał pytająco na Tatusia.
– Tak – powiedział Tatuś przytaknął głową. -Na wszelki wypadek.
Wówczas Muminek wszedł do domu i zebrał wszystkie świece, jakie mógł znaleźć.
Następnie powtykał je w śnieg wokół świerka i zapalił ostrożnie, jedną po drugiej, aż wszystkie zapłonęły, by przebłagać ciemność i Wigilię. Powoli w dolinie zaległa zupełna cisza: zapewne wszyscy wrócili do swoich domów i siedzieli czekając na niebezpieczeństwo które miało nadejść. Tylko jeden jedyny cień błądził jeszcze wśród drzew – był to Paszczak.
– Hej! – zawołał Muminek cicho. – Czy ona już niedługo nadejdzie?
– Nie przeszkadzaj – parsknął Paszczak z nosem pochylonym nad długą listą, na której prawie wszystko było już poprzekreślane.
Usiadł przy jednej ze świec i zaczął liczyć. – Mama, Tatuś, Gapsa … – mruczał. – Wszystkie kuzynki. .. , najstarszy jeż … tym małym nic nie trzeba. Ja też nic nie dostałem od Sniffa w zeszłym roku, Misabela i Homek … ciotka … chyba zwariuję od tego wszystkiego.
– Czy im się coś stało? – spytał Muminek.
– Prezenty! – wybuchnął Paszczak. – Coraz więcej prezentów z każdą WigIlią! Postawił drżącą łapką krzyżyk na swojej liście i powlókł się dalej.    
– Poczekaj! – zawołał Muminek. – Wytłumacz mi .. I twoje rękawiczki …
– Ale Paszczak znikł w ciemnościach, podobnie jak wszyscy inni, którym się śpieszyło i którzy wychodzili z siebie, ponieważ nadchodziła Wigilia.
Wówczas rodzina Muminków spokojnie weszła do domu, żeby poszukać prezentów. Tatuś wybrał swoją najlepszą przynętę na szczupaki, która była umieszczona w bardzo ładnym pudełku, i na wieku pudełka napisał: „Dla Wigilii”, po czym położył je na śnieg.
Panna Migotka ściągnęła pierścionek z palca u nogi i z głębokim westchnieniem zawinęła go w bibułkę.
A Mama otworzyła swoją najskrytszą szufladę i wyjęła z niej książkę z kolorowymi obrazkami, jedyną książkę z kolorowymi obrazkami w całej dolinie.
To, co zapakował Muminek, było tak ładne i tak osobiste, że nikomu nie chciał tego pokazać. Nawet później, na wiosnę, nie chciał nikomu powiedzieć, co oddał.
Po czym wszyscy razem usiedli na śniegu i czekali na katastrofę.
Czas mijał, ale nic się nie działo.
Tylko małe leśne stworzonko, które piło herbatę, wyjrzało zza drewutni. Przyprowadziło z sobą wszystkich swoich krewnych i przyjaciół swoich krewnych, a wszyscy byli jednakowo mali, szarzy, wynędzniali i zmarznięci.
– Przyjemnej Wigilii! – szepnęło leśne stworzonko nieśmiało ..
– Jesteś pierwszy, który uważasz, że Wigilia może być przyjemna – odpowiedział Tatuś. – Czy wcale się nie boisz, co będzie, kiedy rzeczywiście nadejdzie?
– Przecież już jest – szepnęło leśne stworzonko i usiadło w śniegu ze swymi krewnymi. – Czy można popatrzeć? Macie taką prześliczną choinkę. I tyle jedzenia – dodał jeden z krewnych rozmarzonym głosem.
– I prezentów – dodał inny krewny.
– Przez całe moje życie marzyłem o tym, żeby przypatrzyć się temu z bliska  dodało leśne stworzonko i westchnęło.
Zaległa zupełna cisza. Świece paliły się nieruchomym płomieniem wśród łagodnej nocy, a małe stworzonko i jego krewni siedzieli bez ruchu ..
Czuło się, jak podziwiają i tęsknią, odczuwało się to coraz silniej i silniej, aż w końcu Mama Muminka przysunęła się trochę bliżej do Tatusia i szepnęła:
– Czy nie uważasz …
– Tak, ale jeżeli … – zawahał się Tatuś.
– Jednak – powiedział Muminek; Jeżeli Wigilia się rozgniewa, to może będziemy mogli ukryć się na werandzie.
Po czym zwrócił się do leśnego stworzonka i powiedział:
– Proszę, to wszystko należy do was.
Leśne stworzonko nie mogło uwierzyć własnym uszom. Ostrożnie zbliżyło się do choinki, a za nim wszyscy jego krewni i przyjaciele, a sierść drżała im ze wzruszenia. Nigdy jeszcze nie mieli własnej choinki.
– Teraz najlepiej jednak będzie, jeśli damy drapaka – powiedział Tatuś Muminka zaniepokojony.
Weszli szybko na werandę i schowali się pod stołem.    
Ale nic się nie stało.
Po chwili trwożnie wyjrzeli przez okno. Małe leśne stworzonka na dworze jadły, piły, otwierały paczki z prezentami i bawiły się jak jeszcze nigdy w życiu. W końcu wdrapały się na choinkę i poprzyczepiały płonące świece wszędzie na gałęziach.
– Ale na szczycie powinna jednak być duża gwiazda- powiedział stryj leśnego stworzonka.
– Tak uważasz? – odparło stworzonko, patrząc z namysłem na czerwoną, jedwabną różę Mamy Muminka. – Co za różnica, skoro i tak wiadomo, o co chodzi.
– Róża miałaby być gwiazdą? – szepnęła Mama Muminka. – Przecież to niemożliwe!
I spojrzeli w górę na niebo, odległe i czarne, ale niewiarygodnie pełne gwiazd, tysiąc razy liczniejszych niż latem. A największa z nich wisiała prosto nad wierzchołkiem ich choinki.
– Jestem trochę śpiąca – powiedziała Mama Muminka. – I nie mam już sił zastanawiać się nad tym, co to wszystko ma znaczyć. Ale wygląda na to, że wszystko idzie dobrze.
– W każdym razie nie boję się już Wigilii – powiedział Muminek. – Paszczak i Gapsa musieli to wszystko źle zrozumieć.
Potem położyli żółte rękawiczki Paszczaka  na poręczy werandy, gdzie od razu mógł je dostrzec, i weszli do domu, żeby spać dalej w oczekiwaniu wiosny.

Bal Noblistów 2011

Laureaci Nagrody Nobla, co roku, 10 grudnia, pod odebrani nagrody, zapraszani są na bal do sztokholmskiego ratusza.
Na stołach pojawiła się specjalna noblowska zastawa: kieliszki ze złotymi nóżkami i biała porcelana ze złotym i zielonym paskiem.
Nobel 2011

Zawsze bardzo mnie interesuje menu tego obiadu, no i sama logistyka zorganizowania przyjęcia z 3 dań dla 1250 gości; no, ale 45 kucharzy i 260 kelnerów daje sobie z tym spokojnie radę:)
zastawa noblowska

A menu tym razem było następujące:
– homar z marynowanymi zimowymi warzywami i pure z topinambura
– perliczka z borowikami i brusznicą, z cebulkami oraz korzeniem pietruszki w sosie veloute
– mus z białej czekolady i mandarynek podany na ciastku cynamonowym z konfitura malinową i świeżymi malinami
Pysznie brzmi, prawda?