Zimowa zupa grzybowa

Zimowa – bo zrobiona z grzybów dostępnych zimą: suszonych prawdziwków, mrożonych kurek i świeżych pieczarek. Takie grzybowe trio.

Moim gościom bardzo smakowała.

zupa_grzybowa_zimowa

3-4 suszone łebki prawdziwków

garść mrożonych kurek

6-7 świeżych pieczarek

1 cebula

1 łyżka oleju, 1 łyżka masła

2 łyżki mrożonych warzyw pociętych w słupki: marchewka, pietruszka, seler

2 łyżki zacierki makaronowej

2 łyżki śmietany

sól, grubo mielony pieprz, szczypta czosnku niedźwiedziego

 

Suszone prawdziwki moczymy w wodzie, jakieś pół godziny, po czym odsączamy.

Pieczarki i cebulę kroimy drobniutko, po czym wrzucamy do rondla, w którym rozgrzaliśmy olej i rozpuściliśmy masło. Przesmażamy aż cebula się zeszkli.

Wtedy zalewamy pieczarki i cebulę zimną wodą (tyle ile ma być zupy) i kiedy zagotują się dodajemy mrożonki, namoczone prawdziwki i zacierkę makaronową. Lekko solimy i gotujemy do miękkości składników.

Hartujemy śmietanę łyżka gorącej zupy, wlewamy całość do rondla, doprawiamy pieprzem, czosnkiem niedźwiedzim i ewentualnie solą.

I smacznego!

Sezamowe ciasteczka szczęścia

Autorką przepisu jest Agusia z blogu „Moja kuchnia nad Atlantykiem”, ale tak bardzo przypadły mi te ciasteczka do gustu, że od wielu już lat włączyłam ten przepis do moich ulubionych rodzinnych przepisów. Oczywiście, są zapisane pod jej imieniem: Sezamowe ciasteczka szczęścia Agusi H.

Dlaczego nazwa: szczęścia? Ponoć na Bliskim Wschodzie mnogość sezamu jest oznaką szczęścia.

Zapraszam!

sezamowe_ciasteczka

2/3 szklanki sezamu podprażonego na suchej rozgrzanej patelni

100 g masła

1/2 szklanki białego cukru

1/2 szklanki brązowego cukru

1 jajko

1 i 1/4 szklanki mąki

1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

1/4 łyżeczki soli

1/4 łyżeczki cynamonu

cukier waniliowy

 

Masło utrzeć z cukrami; ucierając dodać jajko.

Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia, solą i cynamonem, stopniowo dodawać do ciasta, stale ucierając.

Dodać połowę sezamu, wymieszać.

Odstawić ciasto na godzinę do lodówki.

Rozgrzać piekarnik do 180 st. C.

Po wyjęciu ciasta formować kulki wielkości orzecha, obtaczać je w pozostałym sezamie, kłaść na blasze wyłożonej pergaminem, lekko spłaszczać. Zachować spore odstępy.

Piec ok. 10-12 minut aż będą złote.

Uważać, żeby nie zbrązowiały – wtedy staną się twardawe (choć dalej pyszne).

 

Kryminały kulinarne w sam raz na weekend

Monachijczyk – Tom Hillenbrand – dziennikarz, kucharz-hobbysta i smakosz – jest autorem czterech książek, określanych nazwą „kryminał kulinarny”; dwie z nich: „Zakazany owoc” i „Czerwone złoto” już ukazały sie w polskim tłumaczeniu.

Łączy je bohater: Xavier, kucharz z Luksemburga, pasjonat regionalnej, tradycyjnej kuchni, nie ulegający nowoczesnym technikom kulinarnym i nowinkom.

Wskutek różnych zbiegów okoliczności, Xavier niespodziewanie wpada w epicentrum około kulinarnych zdarzeń, które niosą duże pieniądze, ale i duże niebezpieczeństwo, łącznie ze śmiercią.

Owoc, podnoszący smak każdej potrawy na niewyobrażalne wyżyny, czy czerwone bezcenne mięso tuńczyka do kupienia za grosze – wszystko to jest wystarczającym powodem dla niektórych, by nie cofnęli się nawet przed zabójstwem.

Czy Xavier ocali swą głowę?

Czy wystarczy mu pomoc wiernego przyjaciela?

Czy dzisiejszy sojusznik nie okaże się jutrzejszym wrogiem? Czy zaangażowanie samego prezydenta Paryża może odwrócić zły układ zdarzeń?

Poczytajcie.

W mroźne, zimowe, długie wieczory dobrze się to będzie czytało.

A ja dorzucę jeszcze kilka zdań autora, Toma Hillenbranda (które znalazłam w wywiadzie z nim M. Stuch na portalu Nasze miasto):

„Myślę, że kucharz-detektyw to faktycznie nowe połączenie. A przy tym powiedziałbym, że sztuka kulinarna od zawsze towarzyszyła zbrodni. Wystarczy wspomnieć Brunettiego, Maigreta, Poirota – wszyscy ci detektywi lubili dobrze zjeść. Nową rzeczą w mojej serii jest to, że nie chodzi w niej tylko o dobre jedzenie, ale także o złe jedzenie oraz o sztuczki i intrygi, jakie możemy napotkać w branży kulinarnej.

(…) Wybrałem ten temat raczej dlatego, że doszedłem do wniosku, że gotowanie stało się nieco zbyt popularne. Chciałam obalić ten kult kuchni, pokazać ludziom, co dzieje się na zapleczu, jakie sztuczki są stosowane i jak często się nas, konsumentów, oszukuje. Wydaje mi się bardzo dziwne, że w miarę, jak żywność staje się coraz gorsza, mnożą się programy telewizyjne o jedzeniu. Widzę tu powiązanie.”

Miłej lektury!

PRL-owskie flaczki

Garmażeryjny przebój barów, jadłodajni i stołówek w czasach PRL-u.

Tani, właściwie to smaczny, pożywny.

Flaczki do dziś mają swoich miłośników.

Muszę przyznać, że ja długo, bardzo długo myślałam, że ich wprost nie cierpię. Mówiłam to, nie znając ich smaku. Sama nazwa: flaki – była odstraszająca.

A przecież flaki to pokrojony w poprzek żołądek wołowy.

A przecież inne podroby jadłam i mi smakowały.

W końcu mama mojej koleżanki, znakomicie zresztą gotująca, powiedziała:

– Tak dalej być nie może. Siadaj i jedz.

I postawiła przede mną talerz z parującą, pachnącą przyprawami, kolorową zawartością.

Był mroźny, zimowy dzień, wróciłyśmy zmarznięte i głodne ze szkoły.

I stało się. Spróbowałam. I już na zawsze polubiłam flaczki.

A wiecie, że były one ulubioną potrawą króla Władysława Jagiełły?

 

Kiedyś przygotowanie w domu flaczków było skomplikowane. Kupowało się je surowe, trzeba było włożyć wiele trudu w ich oczyszczenie i wstępne gotowanie w kilku zmienianych wodach. Dopiero potem następowało właściwe ich gotowanie z jarzynami jako gęstej zupy.

Dziś kupuje się flaczki już oczyszczone, wstępnie obgotowane.

Zapraszam na moją wersję:

 

0,5 kg flaczków

1 duża cebula

Kawałek pora, kawałek selera

1 mała marchewka (nie należy dawać jej dużo, bo może zdominować słodyczą potrawę, która powinna być ostra)

1 pietruszka

2 suszone grzybki

Kostka bulionowa wołowa

Przyprawy: sól, pieprz, ziele angielskie, liść laurowy, majeranek, szczypta papryki

Łyżka masła, łyżka mąki, łyżka oleju

 

Flaczki zalewamy wodą i gotujemy aż woda zawrze, zbieramy szumowiny. Wrzucamy kostkę bulionową, ziele angielskie, liść laurowy, grzybki, lekko solimy. Gotujemy do miękkości.

 Na dużej patelni rozgrzewamy olej, wrzucamy posiekaną cebulę i seler oraz starte na grubej tarce seler, marchewkę i pietruszkę. Przesmażamy całość, po czym dodajemy do gotujących się flaków.

Doprawiamy przyprawami do smaku, po czym dodajemy zasmażkę z masła i mąki.

I gotowe.

Chrust czyli nie zapominajmy, że mamy karnawał

Domowy chrust – leciutki, chrupiący, pełen baniek powietrznych, fantazyjnie powykręcany, oprószony białym pudrem.

Jak smakuje do porannej kawy!

Albo do popołudniowej mocnej herbaty, lub do lampki koniaku czy likieru.

Zapraszam!

Ciasto na chrust robi się w 10 minut, a potem, po godzinie schłodzenia w lodówce, wystarczy jedna godzina i ma się 2 duże misy wypełnione faworkami.

Ich smak rekompensuje zapach smażenia w domu.

 

 ok. 3 szklanek mąki

4 żółtka

0,5 szklanki jasnego piwa

1 łyżeczka masła

szczypta soli

 1 kg smalcu do smażenia

cukier puder do posypania

  Mąkę, żółtka, piwo, sól i masło wrzucić do miksera, wyrabiać ciasto aż się przestanie kleić, dosypując w miarę potrzeby mąkę. Po zagnieceniu ciasto włożyć na godzinę do lodówki. Potem podzielić na kawałki i wałkować cienkie placki, podsypując ciasto mąką (im cieńsze placki, tym lepiej). Wykrawać paski, na środku zrobić nacięcie i przepleść żeby wyszedł kształt faworka.

 Rozgrzać dobrze smalec, sprawdzić temperaturę wrzucając mały kawałek ciasta – powinien NATYCHMIAST wypłynąć na powierzchnię. Jeśli temperatura jest o.k., wrzucać partiami faworki, smażyć z dwóch stron na złoty kolor, osączyć z tłuszczu, posypać cukrem pudrem.

Moje racuszki z jabłkami

Moje? czyli jakie? inne niż tradycyjne?

No, troszkę inne.

Inne – bo bez mleka.

Na ogół nigdy nie mam mleka w domu, bo go po prostu nie lubię.

Dlatego racuszki czy naleśniki robię na bazie wody mineralnej, nie mleka.

Też są pyszne

moje_racuszki_z_jabkami

Przepis – na oko

Na 1 jabłko potrzeba ok. 20 dag mąki, 2 jajka, szklankę (albo trochę więcej) wody mineralnej, szczyptę soli, 3 łyżeczki cukru.

Roztrzepujemy trzepaczką w głębokiej misce jajka, mąkę i wodę, dodajemy sól i cukier.  Ma to mieć konsystencję śmietany, w razie potrzeby dodajemy więcej mąki lub więcej wody.

Dokładamy obrane i pokrojone na małe kawałki jabłko.

Smażymy placuszki na rozgrzanym oleju na patelni, po obu stronach, wlewając porcje małą chochelką.

Przekładamy na talerz, oprószamy cukrem pudrem.

Mrożonki _ podstawa zimowych zup

W zimie nie brakuje nigdy w mojej zamrażarce mrożonek, zwłaszcza warzywnych.

Warzywa nie tracą swoich właściwości, a przygotowanie zupy czy sosu trwa błyskawicznie.

Zwłaszcza mrożonkowe zupy cieszą sie u mnie powodzeniem.

Wrzucam zwykle do wody pokrojone 2-3 ziemniaki, posiekaną w piórka cebulę i kiedy woda już wrze dodaję mrożonkę. Czasem uzupełniam jeszcze jakąś wędliną, doprawiam zwykle na końcu śmietaną, posypuję zieleniną.

mroonkowa_zupa

Dziś miałam mrożonkę, w której składzie były brokuły, marchewka, pietruszka, por, ziarenka kaszy. Dodałam do tego jeszcze garść mrożonych kurek. Doprawiłam solą, pieprzem, czosnkiem niedźwiedzim, łyżką masła (które bardzo uszlachetnia i podnosi smak zupy) i śmietaną.

Zupa wyszła przepyszna! Zapraszam!

Jarzynowa z klopsikami

To rodzaj eintopfu (sycącego jednogarnkowca) tak lubianego w zimowe, mroźne dni.

jarzynowa_z_klopsikami

20 dag mięsa mielonego (najlepiej mieszanego)

1 jajko

warzywa: marchewka, pietruszka, kawałek selera, cebula, 3-4 ziemniaki

sól, pieprz, szczypta papryki, czosnek niedźwiedzi

2-3 łyżki śmietany

Pietruszkę, marchewkę, seler ścieramy na grubej tarce.

Cebulę kroimy w piórka, ziemniaki w kostkę.

Wszystkie warzywa wrzucamy do wody, lekko solimy, gotujemy do miękkości.

Mięso doprawiamy, dodajemy jajko, wyrabiamy.

Formujemy małe klopsiki zwilżonymi dłońmi, wrzucamy je do zupy, gdy warzywa będą już prawie miękkie. Gotujemy całość jeszcze przez ok. pół godziny.

Doprawiamy przyprawami i śmietaną.

Smacznego!

Kopytka z kuchni mojej mamy

Tak naprawdę, to i babcia i mama (pochodzące ze Świętokrzyskiego) mówiły na nie kluski leniwe.

Ale kiedy zaczęłam bardziej interesować się kuchnią, również od strony teorii, okazało się, że pod pojęciem „leniwe” – ludzie mają raczej na myśli kluski z dodatkiem sera. A te nasze miały w składzie tylko ziemniaki, mąkę i jajko. I są moją ulubioną potrawą od zawsze.

kopytka_witokrzyskie

Robię je, podobnie jak mama i babcia, na oko.

Naprawdę trudno podać proporcje. Wszystko zależy od tego, ile ma się ziemniaków, jaka jest mąka. Kiedy zaczniecie wyrabiać ciasto, sami zobaczycie, kiedy będzie gotowe. Podsypujemy mąki tyle, by ciasto było raczej twarde, nie klejące się.

Ugotowane ziemniaki ugniatamy lub mielimy w maszynce. Najlepiej, żeby były z poprzedniego dnia. U nas te kluski robiło się zwykle wtedy, gdy zostały ziemniaki z obiadu z poprzedniego dnia.

Do ziemniaków wbija się jedno jajko, szczyptę soli i dosypuje partiami mąkę i  zagniata ciasto; tyle mąki aby ciasto było zwarte.

Potem robi się z ciasta wałek, zaznacza nożem miejsce cięcia i kroi kluseczki.

Wrzucamy je na gotującą, osoloną wodę i gotujemy ok. 5 minut od kiedy kluski wypłyną na powierzchnię wody. Odcedzamy.

Można podać z masłem i bułką tartą, z sosem, ale najlepsze są przysmażane na patelni.

Menu bostońskie

Dlaczego bostońskie?

Wynikło to z filmu, który tydzień temu oglądaliśmy: „Cuda z nieba” w reżyserii Patricii Riggen (USA 2016; film można obejrzeć w najbliższą środę, 18 I 2017 w HBO o 14.45). Twórcy filmu oparli fabułę na autentycznej historii – cierpiąca na rzadką chorobę zaburzenia trawienia dziesięcioletnia dziewczynka ulega groźnemu wypadkowi. Niespodziewanie po tym dochodzi do przedziwnego zdarzenia….  

Właściwie, to najważniejsze wydarzenia w życiu małej Annabell dokonują się w jej rodzinnej miejscowości w Teksasie, ale większość filmu dzieje się na północy, w Bostonie, gdzie dziewczynka jest leczona, dlatego też wybrałam na przyjęcie kuchnię bostońską.

menu bostońskie

Większość potraw, które podałam, już w ostatnich dniach prezentowałam: zupę bostońską z małżami (nawet ci, którzy zarzekali się, że małży nie cierpią, jedli ze smakiem), fasolkę po bostońsku i do kawy ciasteczka L.M. Montgomery, autorki „Ani z Zielonego Wzgórza” (pamiętacie, że w historii o rudowłosej Ani, Boston był miejscem marzeń o wielkim świecie).

Dziś ostatnia z podanych potraw: przystawka – pasztecik mięsny z sosem żurawinowym.

pasztecik z żurawiną

Pasztet zrobiłam z mieszanych mięs (wśród których było również mięso z jelenia). Upiekłam go w małych foremkach z kominkiem, a środek wypełniłam sosem żurawinowym.

100 g suszonej żurawiny

200 ml soku z czarnej porzeczki

50 g skórki pomarańczowej kandyzowanej

Szczypta cynamonu i chili

Łyżka masła

Żurawinę wkładamy do rondelka i zalewamy sokiem porzeczkowym. Gotujemy na małym ogniu, aż żurawina rozmięknie, dodajemy skórkę pomarańczową, chili i cynamon, jeszcze całość przez parę minut dusimy, doprawiamy łyżką masła. Studzimy.

Przy okazji studiowania kuchni bostońskiej, dowiedziałam się, jak niezwykłe są żurawinowe „żniwa”. Otóż we wrześniu, rozciągające się kilometrami czerwone krzewy zalewane są wodą, pod wpływem której owoce wypływają na powierzchnię i dzięki temu mogą być zebrane w stanie nienaruszonym. Niespotykany widok unoszących się na wodzie owoców żurawiny tworzy malowniczy krajobraz purpurowych jezior. Po zbiorach suszy się je na słońcu.