Teraz – kiedy już po wszystkich przygotowaniach świątecznych – przyszedł czas świętowania – lubię wyszukiwać i podziwiać ustrojone pięknie choinki.
Zacznijmy od choinki Jill Biden w Białym Domu. Pierwsza Dama USA przygotowała ich mnóstwo, ale kilka jest szczególnych. W jednym z pokoi, w którym stoją kredensy z piękną porcelaną, ustawiono trzy choinki „kulinarne”: na gałęziach zawieszono talerze, łyżki, wałki do ciasta.
W tym roku życzę wszystkim, aby zawsze było w waszych sercach i domach miejsce dla niespodziewanego wędrowca
Ben Aitken „Anglik w Poznaniu”
24 grudnia.
Plan jest taki, żeby zapukać do przypadkowego domu i zapytać, czy mogę zostać na kolacji. W Polsce istnieje tradycja, żeby na Wigilię przygotować dodatkowe miejsce przy stole na wypadek, gdyby pojawił się niespodziewany wędrowiec. Chodzi o to, jak przypuszczam, by podkreślić ducha świąt Bożego Narodzenia. Wszyscy, z którymi rozmawiałem na ten temat, znają tę tradycję, ale nikt nie słyszał o historii, że rzeczywiście się pojawił.
Ćwiczę swoją przemowę. Napisałem ją na kartce i przylepiłem do pudełka czekoladek, które wziąłem ze sobą na wypadek, gdyby ktoś zdecydował się mnie wpuście. „Dzień dobry. Jestem Benjamin. Jestem z Anglii. Słyszałem, że to tradycja…”. Wybranie odpowiedniego domu jest bardzo ważne. Co wskazuje na dobrego ducha domu? Co sprawia, że mieszkańcy takiego domu ryzykują udany wieczór tylko po to, żeby czynić „dobro”? Od razu rezygnuję z wielkich domów z podjazdami, na których stoją ekskluzywne samochody („Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez…” i tak dalej) oraz z domów, gdzie zawieszono dużo świątecznych światełek („Zdaje mi się, że ta dama przyrzeka za wiele”). W końcu znajduję idealny dom. Jest niewielki i elegancko przystrojony rozsądną liczbą światełek. Waham się przed bramą wejściową. Patrzę w dół na pudełko czekoladek. Biorę głęboki wdech i naciskam dzwonek. Trójka ludzi podbiega do okna, odsłania zasłony i przypatruje mi się. Wszyscy są mali – najwyższy ma niewiele ponad metr. Średnia wieku wynosi jakieś cztery lata. Podbiegając do okna, byli szeroko uśmiechnięci. Te uśmiechy właśnie zniknęły. Spodziewali się kogoś innego. Do okna podchodzi wyższa osoba w czerwonej sukni i patrzy na mnie, jakbym był nieoczekiwaną paczką, po czym mówi dzieciom, żeby się wycofały na tyły domu, gdzie jest bezpiecznie. Kobieta otwiera drzwi, tak jak otwiera się je, no cóż, obcemu.
Wesołych świąt – mówię.
Tak…
Wygłaszam swoją przemowę. Mówię, że jestem Benjamin i pochodzę z Anglii, że słyszałem o polskiej wigilijnej tradycji dodatkowego miejsca przy stole na wypadek przybycia niespodziewanego gościa… Kobieta nie odpowiada, patrzy za mnie, czy nikogo nic zasłaniam, a następnie sięga po czekoladki i mówi: Trochę się spóźniłeś, ale wchodź śmiało.
Dzieciaki zdecydowanie zdążyły już zdać raport reszcie rodziny siedzącej w jadalni, ponieważ kiedy wchodzę, witają mnie sceptyczne spojrzenia. Pojawia się niezręczna sytuacja – kolejna niezręczna sytuacja – gdy Agnieszka, pani domu, uświadamia sobie, że mimo miejsca przy stole dla niespodziewanego gościa, brakuje dla niego krzesła. Prosi córkę, żeby przyniosła jedno z pokoju i wciska je obok Przemka, swojego męża. Kiedy wszystko jest już przygotowane, robię rundkę dookoła stołu i witam się z każdym członkiem rodziny. Przez przypadek prawie pocałowałem babcię w usta. Gdy poklepałem dziadka w ramię, żeby zwrócić jego uwagę, niemal spadł z krzesła zszokowany. Ponieważ ma problemy ze słuchem i był skupiony na jedzeniu, chyba nie zdawał sobie sprawy, że w domu jest obcy. Próbuję uspokoić starszego pana, klepiąc go po ramieniu, ale wprawiam go w jeszcze większe zakłopotanie. Po wymianie uprzejmości siadam na małym, plastikowym czerwonym krześle przyniesionym z sypialni Kasi i skupiam się na zupie. Nie wychylam się, dając Agnieszce szansę na wytłumaczenie swojej decyzji rodzicom i teściom, którzy zdecydowanie nie przywykli do takich kolacji wigilijnych w nowoczesnym stylu. Rodzice i teściowie są niezwykle uprzejmi. Traktują mnie, jakbym był co najmniej boskim wysłannikiem.
Opowiadają mi trochę o sobie. Agnieszka i Przemek po znali się podczas pracy w Ernst & Young, a teraz prowadzą zakład przetwórstwa śledzi. Przemek pyta mnie o świąteczne tradycje w Wielkiej Brytanii. Wspominam o indyku, brukselce, Christmas crackers – „Krakers? Te do sera?” – i przemowie królowej, podczas której Jej Wysokość powiedziała, że przez ostatnie dwanaście miesięcy było ogół pochmurno, od czasu do czasu wychodziło słońce, od czasu do czasu mżyło i że ogólnie ma nadzieję na to samo w przyszłym roku. Podczas moich wywodów dziadek Tadeusz cały czas przypatruje mi się chłodno, jakby próbował mnie rozszyfrować. Dzieciaki mają równie ambiwalentne odczucia co do mojej wizyty. Kiedy zadzwoniłem do drzwi, miały nadzieję, że przybył Święty Mikołaj z workiem prezentów, więc od razu straciły mną zainteresowanie. Chłopiec jest bardzo zajęty jedzeniem. Często wchodzi pod stół, szukając tego, co mu spadło. Jeśli mam być szczery, zachowuje się dosyć powściągliwie jak na trzylatka. Młodsza z dziewczynek, Kasia, też jest mało towarzyska, ale ma ku temu powód: jest zaangażowana w bitwę psychologiczną z matką o to, ile ma zjeść, zanim będzie mogła odejść od stołu. Mam wrażenie, że starszą córkę Natalię mógłbym do siebie przekonać. Mówi odrobinę po angielsku, co jest dobrym początkiem. Poza tym siedzę na jej krześle, więc mamy ze sobą coś wspólnego. Pytam Natalię, kim chciałaby zostać, gdy dorośnie. Nie zastanawia się zbyt długo. Zdenerwowana odkłada łyżkę, krzyżuje ramiona i mówi coś do matki, która wzdycha ciężko i mi tłumaczy:
Powiedziała, że nie może stwierdzić, czym będzie się zajmowała, bo jeszcze nie wie, za kogo wyjdzie.
Odpowiadam Natalii, że jest bardzo mądra, o wiele mądrzejsza niż jej rodzeństwo. Wzrusza ramionami, po czym zrzuca pieroga na podłogę. Pytam, co najbardziej podoba jej się w szkole. „Nic”, odpowiada. Co spodziewa się dostać pod choinkę? „Coś”. Czy podoba jej się kolacja? „Podobała”. Pytam, czy w wannie jest karp. Natalia przewraca oczami. Niezależnie od stylu polskie dzieci wypadają dobrze. Mimo mojego narzekania i przekomarzania się, uważam, że są wspaniałe. Jednak jeśli chodzi o łamanie się opłatkiem – kolejny polski zwyczaj – Natalia jest niewątpliwie niegrzeczna. Zamiast oderwać mały kawałek z mojego opłatka i złożyć mi życzenia, wyrywa mi z dłoni cały opłatek, wsadza go do buzi, po czym życzy sobie, żebym był Świętym Mikołajem, a nie imigrantem.
Przez następną godzinę zjadam równowartość masy własnego ciała. Zjadam śledzie, karpia, rybę po grecku, tuńczyka, dwie zupy, grzyby marynowane, ziemniaki, pierogi, czerwoną kapustę i to, co zostało z paluszków rybnych dla dzieciaków. Nie chcę mówić źle o zmarłym, ale karp jest niesmaczny – jeśli będę miał szczęście, to nigdy więcej go nie spróbuję. Ryba była strasznie tłusta. Pewnie przybrała na wadze podczas pobytu w wannie, bo dzieci zmuszały ją do jedzenia lodów i nutelli. W trakcie posiłku żadne z rodziców mnie nie przesłuchuje ani nie kontroluje. Po prostu mnie tolerują, traktują jak członka rodziny, co pewnie wynika bardziej z uprzejmości niż z troski. Zostaję półtorej godziny – wystarczająco długo, żeby spróbować wszystkich potraw, ale nie na tyle długo, żeby się zasiedzieć. Jest dobrze. Rodzina była zadziwiająco otwarta i miła i nie chciałem dłużej nadużywać ich cierpliwości. No i nie chciałem już jeść karpia.
Gdy zbieram się do wyjścia, dziadek wstaje z krzesła, patrzy na mnie pewnie, po czym ściska mi dłoń i głośno się żegna.
Miło cię było poznać – mówi po angielsku. – Odwiedź nas ponownie.
Mówię mu, że wpadnę za rok i uśmiech na jego twarzy znika. Agnieszka odprowadza mnie do wyjścia. Wkładając kurtkę w holu, jeszcze raz przepraszam za niespodziewane najście.
Znacie ten rozgardiasz kuchenny przed świętami. Wszystko w lesie, ciągle czegoś brakuje, a do sklepu nie ma kto iść, zaczyna brakować garnków i salaterek, ni stąd ni zowąd pojawia się moment paniki, że się nie zdąży, że nie wyjdzie… Dobrze nie jest.
Chwila. Czas na drugi oddech. Poczytajmy:
ŚWIĄTECZNY SPACER DOLINĄ ZIMY
(Laurie Lee)
Kobiety w kuchni uwijają się wśród rytualnych oparów. Pełne snów łóżka zamieniły na piekielny łoskot buchających żarem kuchenek i rożnów z drobiem, odgłosy skwierczącego tłuszczu, przelewanych wywarów, pyrkotania bulionu w garach z warzywami, zapachy tajemniczych farszów i ciast dochodzących w piekarnikach. Kobiety w wirze gotowania pogrążają się w takim samym chaosie jak wtedy, gdy się malują, i biada każdemu, kto im w tym przeszkodzi.
– Przejdę się trochę, drogą – bąkam. – Koło lasku, nad staw, czy gdzieś tam…
Nie przestają migotać łyżkami w misach, unoszą tylko nieznacznie głowy, jakby coś nagle zabulgotało w rurach. Patrzą na mnie, ale mnie nie widzą. Należę do armii mężczyzn-którzy-plączą-się-pod-nogami. Zanurzam palce w surowym mielonym mięsie, oblizuję je i zaraz tego żałuję, otulam się szalikiem i wychodzę…
Zimno poranka na zewnątrz nie jest niespodzianką. Wypełnia półmisek doliny niczym mrożona gęś. Świat, biały i wyrazisty jak mapa biegunów, przypomina nieruchomy papier, na którym ją wydrukowano. Sople wiszą u rynien jedwabnymi pończochami ze szklą, a gdy na nie chucham, palące krople skapują na otwarte dłonie.
Wciągam powietrze ze świstem i czuję dawne podniecenie. Powraca surowe echo świata przodków, pełne walecznych mamutów i szablozębnych tygrysów, krzemiennych włóczni i przechwałek w mroku jaskiń. Ta zima jest taka, jaka zawsze była, a nawet jeśli była inna, to wszyscy o niej zapomnieli. Odchodzą w niepamięć wybryki pogody, niecodzienne fale upałów i wilgotne, ciepłe grudnie, które zdarzały się i teraz, i w przeszłości. Właśnie taka była zima, odkąd tylko pojawiły się zimy, a pierwszy człowiek nauczył się kichać.
Pchając przed sobą zimno jak arkusz blachy, ruszam w świąteczną drogę. Mam nową sękatą laskę ze srebrną wstążką i nowe rękawiczki z drapiącą metką. Do Nowego Roku na pewno je zgubię, ale wszystko jedno, ważne, że dziś bardzo mi się przydają.
Ten poranek należy do bohaterów na radosnym wygnaniu. Wzburzona krew powraca do życia, gdy w oszronionych butach depczę zmrożone na kość ścieżki i trawę ostrą jak druty. Mijam chaty przywodzące na myśl wydrążone bulwy rzepy w halloween, od których bije światło i para.
– Wzajemnie, panno Kirk! – Chwiejnym krokiem mija mnie staruszka zgięta w kabłąk. Od pięćdziesięciu lat, niczym odwieczny duch tej pory roku, roznosi po domach podwieczorek. Nie musi się martwić, że wszyscy wieśniacy gdzieś zniknęli, bo dziś my wszyscy jesteśmy jej wieśniakami.
Droga wiedzie w górę doliny. Wspinam się i ciężko dyszę, ostre powietrze kluje nozdrza i zamienia się w parę. Każdy, kto wychodzi dziś na dwór, ciągnie za sobą aurę perłowych chmurek. Krowy snują się, puszczając blade dymki niesłyszalnych dialogów.
Zaorane pola na stokach poniżej drogi mają skórkę jak chlebowy pudding, delikatnie oblepioną lukrem migoczącego szronu. Skrawki odległych pastwisk są zmięte i nagie. Nawet światło, które odbijają, wydaje się zamrożone.
Gdzie była ta dolina zeszłego lata? Na pewno nie tutaj. Zima i lato to różne miejsca. Na przykład ten bukowy las, teraz tak pusty, ledwie bruzda pęknięć na niebie… Gdzie się podziało wielkie leniwe falowanie grubych czerwcowych liści, ostra woń soków i wilgotne korzenie storczyków, śmiech lisów, wrzaski sójek i niebo zapełnione aż po chmury gołębiami? To drzewo jest teraz tylko rusztowaniem dla lata. Stoi odarte z liści, zostawione na pastwę mrozu. Wśród nagich gałęzi przycupnął ptak, może dwa. Żaden z nich się nie rusza. Jakby były w klatce.
Dopiero nad stawem dociera do mnie słodka woń lodu – a może tylko jej wspomnienie? W dzieciństwie czuliśmy ją niezawodnie, nawet leżąc w łóżku, przed rozpoczęciem dnia. Wystarczył jeden haust powietrza zaraz po przebudzeniu i od razu wiedzieliśmy, czy na stawie jest lód, jaki jest w dotyku – szorstki czy gładki – a nawet (przysięgam!) jaką ma grubość.
Tego ranka lód jest płytą z ciemnozielonego szklą, wypolerowaną przez wiatr, w ornamentowanej ramie z trzcin. Zdumiony łabędź powoli człapie wokół stawu, sprawdzając, czy w tafli nie ma dziury, w której mógłby usiąść. Wreszcie, nie mogąc jej znaleźć, unosi się na płetwiastych nogach i zdezorientowany bije powietrze skrzydłami.
Podobnie jak las, zaczarowany staw milczy niczym naładowana broń, bo wystrzały kokoszek, łysek i lilii zastygły tymczasem w ciszy. Patrzę przez lód i widzę małe bąbelki powietrza przypominające jasne choinkowe lampki; są tam zamrożone pęki nenufarów. Ciekawe, co robią ryby…
No chodź, Ef! – wola czyjś zachrypnięty głos. – Jest zamarznięty! Mówiłem ci! – Nad stawem pojawiło się dwoje dzieci. To Tommy Bint i jego siostra, oboje owinięci szalikami. Aż się palą do tego lodu! W dzikich podskokach. A karmelki wysypują się im z kieszeni jak orzechy spadające z leszczyny.
A pan nie wchodzi ? – No pewnie, że wchodzę. Sprawdzam lód ostrożnie jak tamten łabędź. Tafla ugina się i trzeszczy jak podłoga na starym strychu, ale po chwili już śmigamy na całego. I wszystko jest jak dawniej: głuchy tupot butów, zdyszany rozbieg i krótki, oszałamiający ślizg po zimowej tafli jak po oleju – czarodziejska anarchia czystej beztroskiej przyjemności.
Po godzinie robimy przerwę, z policzkami czerwonymi jak dzikie jabłka, choć skrzydła u nóg wciąż jeszcze chcą nas nieść.
Musimy wracać do domu na obiad. Palce lizać! – mówi Tom. – Będzie wielka, pyszna gęś i pieczone ziemniaczki.
I frytki – dorzuca jego siostra. – I śliwkowy pudding, i krem, i kotlety mielone, i orzeszki z Brazylii, i… i…
I się pochorujesz…
… i się pochoruję. – Mała radośnie demonstruje, jak to będzie wyglądać, a potem oddalają się w podskokach niczym dwie gumowe piłeczki.
Wracam stromą drogą do wioski, ślizgając się na zamarzniętych kałużach; są jak dziury, przez które prześwieca niebo. Spłoszony kos zrywa się z krzaka i odlatując, zostawia za sobą serie ostrych kwileń. To prawdziwie zimowy odgłos, jak uderzenie siekiery w drzewo, szczekanie psa lub pohukiwanie sowy w dzień – każdy z nich czysty i samotny w otulinie ciszy, z której zwieszają się przyszłość i przeszłość.
Minęło właśnie południe i dzień powoli ześlizguje się z dachów ścielącej się na stoku wioski. Zastyga, przypomina twardą kość słoniową, prawie go widać w powietrzu, jakby ktoś rozsnuwał na gwoździach nić światła. Wrona na trzeszczących skrzydłach przecina przejrzysty, zimny blask wiszący nad pejzażem. Płodna ziemia, a z nią wszystkie nasiona, brzęczące łąki i gorączka zalotów są teraz zamknięte, spowite białym woalem. Pozostał tylko jeden kolor, jedyna obietnica tego dnia – nakłucia czerwieni w bladości świata: czmychający rudzik, kilka owoców na krzewie dzikiej róży, słońce zawisłe nisko nad lasem, a za pożogą zachodu odbitą w oknach – jagody ostrokrzewu i rumieńce na buziach ucztujących dzieci.
Dobrze jest przejść się w taki dzień, poczuć jak życie buzuje w piecu ciała. Przemierzać zimą okolicę, w której się urodziliśmy. Dobrze jest wracać do domu.
A tam stół już nakryty i kobiety zdejmują fartuchy. Dobrze jest przyjść na czas.
Pewnie każdemu przytrafiło się, że stłukł ukochaną bombkę, ubierając choinkę. U mnie w tym roku przytrafiło się to ładnej, bardzo ładnej, ludowej bombce, malowanej w kwiaty i łowickie pasy. Popatrzcie, jak pięknie pisała o takiej sytuacji Tove Jansson (ta od Muminków)
Opowiadanie Tove Jansson Boże Narodzenie
„Im się jest mniejszym, tym Boże Narodzenie jest większe. Pod gałęziami choinki jest ogromne, jest zieloną dżunglą z czerwonymi jabłkami i smutnymi, cichymi aniołami, które wirują na nitkach, strzegąc wejścia do dziewiczego lasu, a w szklanych bombkach dziewiczy las nie ma końca. Dzięki choince Boże Narodzenie jest absolutnym bezpieczeństwem.
Dookoła jest bardzo duża i bardzo zimna pracownia. Tylko przy piecu kaflowym jest ciepło. Trzaska ogień i cienie kładą się na podłodze i na nogach rzeźb, jakby na kolumnach. (…)
Potem pracownia zostaje przemieniona w puszczę dziewiczą, gdzie można się schować głęboko pod choinką i stać się niedostępnym. Pod choinką trzeba być przepełnionym miłością. Są miejsca, w których można smucić się albo nienawidzić, na przykład między podwójnymi drzwiami, tam gdzie wpada poczta. Drzwi od strony przedpokoju mają małe, zielone i czerwone szybki, a w przedpokoju jest pełno ubrań, nart i kufrów. Właśnie między tymi podwójnymi drzwiami jest akurat wystarczająco miejsca, żeby stać i nienawidzić. Jeżeli się nienawidzi w dużym pokoju, od razu się umiera. Ale jeżeli jest ciasno, nienawiść wchodzi z powrotem do wewnątrz i krąży po ciele, nie docierając nigdy do Boga.
Z choinkami jest całkiem inaczej, zwłaszcza gdy już wiszą bombki. One gromadzą w sobie miłość i dlatego upuszczenie ich jest tak strasznie niebezpieczne.
Gdy tylko choinka zostaje wniesiona do pracowni, wszystko nabiera nowego znaczenia, jest przepełnione świętością niemającą nic wspólnego ze sztuką. Wtedy Boże Narodzenie zaczyna się na serio.
Szłyśmy z mamą do oblodzonych skał za rosyjskim kościołem i wydrapywałyśmy mech. Wylepiałyśmy z gliny święty krajobraz, z pustynią i Betlejem, zawsze z nowymi ulicami i domami, zajmował całe okno w pracowni. Robiłyśmy jeziora z lusterek, ustawiałyśmy pasterzy na całym terenie, dając im nowe owce i nowe nogi, bo stare rozmiękły w zeszłorocznym mchu, piasek nasypywałyśmy bardzo ostrożnie, żeby glina mogła być później użyta. Kiedy wyciągnęłyśmy żłobek ze strzechą, który pochodził z Paryża z roku 1910, tatuś bardzo się wzruszył i musiał zrobić sobie drinka.
Maria siedziała zawsze na samym przodzie, ale Józefa trzeba było postawić wśród krów, bo został kiedyś uszkodzony przez wodę, a poza tym jest mniejszy, więc perspektywicznie lepiej wygląda w tyle. Na końcu umieszczałyśmy Dzieciątko Jezus, które jest z wosku i ma prawdziwe kręcone włosy, tak jak to robiono w Paryżu, nim ja się urodziłam. Kiedy już było na swoim miejscu, musieliśmy milczeć przez długą chwilę. (…)
Boże Narodzenie zawsze szeleści. Szeleści za każdym razem, tajemniczo, srebrnym papierem i złotym papierem, i bibułką, a wszystko osłania, ozdabia i kryje przebogata obfitość błyszczącego papieru, świadcząca o niczym nieskrępowanej rozrzutności.
Wszędzie były gwiazdy i kokardki, nawet na półmisku z zapiekanką z brukwi i na drogich, kupnych kiełbasach, które pojawiały się na świątecznym stole, zanim zaczęliśmy jadać szynkę.
Można było obudzić się w nocy i usłyszeć dający poczucie bezpieczeństwa szelest zawijanych przez mamę prezentów. Którejś nocy mama namalowała na każdym kaflu pieca, aż do samej góry, małe niebieskie krajobrazy i bukiety kwiatów.
Mama wycinała foremką piernikowe koziołki, szafranowym ciasteczkom w kształcie kotków robiła kręcone nogi i wciskała rodzynek na środku brzucha. Kiedy przysyłano je nam ze Szwecji, kotki miały tylko cztery nogi, ale co roku tych nóg im przybywało i w końcu całe ciasteczka ozdabiała poskręcana, wariacka ornamentyka.
Mama odważała cukierki i orzechy na wadze do listów, tak żeby każdy dostał tyle samo. W ciągu roku wszystko mierzy się z grubsza, nikt nie ma czasu na taką dokładność, ale Boże Narodzenie jest okresem bezwzględnej sprawiedliwości, dlatego wymaga tyle wysiłku.
W Szwecji robi się domowe kiełbasy, leje się w domu świece i przez kilka miesięcy zanosi się biednym koszyczki z darami. Wszystkie mamy szyją nocami prezenty, a w wigilijny wieczór stają się Łucjami, z dużym wieńcem i mnóstwem świec na głowie.
Leżałam w łóżku na moim pięterku i słyszałam, jak Łucja z trudem wchodzi po schodach. Wszystko razem było tak piękne jak w niebie, a mama, szwedzkim zwyczajem, ulepiła świnkę z marcepanu. Potem znowu troszkę pośpiewała i weszła na pięterko tatusia. Mama śpiewa tylko raz w roku, bo jej struny głosowe są popsute.
Na balustradzie dookoła naszej antresoli stały setki świec czekających na zapalenie tuż przed ewangelią o Bożym Narodzeniu. Wówczas po pracowni zaczynają wędrować wzdłuż i wszerz jakby migoczące sznury pereł, i jest ich może nawet tysiąc. Bardzo ciekawie wygląda dogasanie, bo wtedy łatwo może się zająć tekturowa ściana.
Około południa tatusia ogarniało podniecenie, traktował święta bardzo poważnie i ledwo wytrzymywał te wszystkie przygotowania. Był całkiem wykończony. Poprawiał każdą świecę, żeby stała prosto, i ostrzegał nas przed niebezpieczeństwem pożaru. Wybiegał do miasta po malutką gałązkę jemioły, która jest droższa od róż i orchidei, ale musi wisieć pod sufitem. Wciąż się dopytywał, czy na pewno wszystko jest w porządku, i nagle dochodził do wniosku, że całe Betlejem jest źle zakomponowane. Potem robił sobie drinka, żeby się uspokoić. Mama wyskubywała lak ze złotych wstążek i papieru z zeszłorocznego Bożego Narodzenia.
Po kolacji robiliśmy długą przerwę, żeby przygotować miejsce Bożemu Narodzeniu.
Leżeliśmy po ciemku na naszej antresoli, słuchając, jak w pracowni mama szeleści przy piecu; za oknami, na ulicach, było zupełnie cicho.
Potem zaczynało się zapalanie po kolei długich rzędów świec, a tatuś zrywał się z łóżka, żeby sprawdzić, czy na choince trzymają się idealnie prosto i czy ta za Józefem nie podpali strzechy.
Potem następowało czytanie ewangelii o Bożym Narodzeniu. Najbardziej uroczyście brzmiało to, że Maria chowa słowa w swoim sercu, i prawie równie pięknie, że wybrali inną drogę powrotną do swojego kraju. Reszta nie robiła takiego wrażenia.
Kiedyśmy już trochę z tego ochłonęli, tatuś nalewał sobie drinka. I wtedy stwierdzałam triumfalnie, że Boże Narodzenie należy do mnie.
Wpełzałam do zielonej dziewiczej puszczy i wyciągałam paczki. Tam, głęboko pod gałęziami, uczucie pełnej miłości było prawie nie do wytrzymania, taka skondensowana świętość, na którą składały się Marie i anioły, i mamy, i Łucje, i rzeźby, wszyscy razem błogosławili mnie i przebaczali cały miniony rok, ten przedpokój też, i w ogóle wszystko na całym świecie, byle tylko mogli mieć pewność, że wszyscy się wzajemnie kochają.
W tym właśnie momencie upuściłam na cementową podłogę największą bombkę – i zrobiły się z niej najmniejsze i najsmutniejsze na świecie okruchy szkła.
Powstała nieprawdopodobna cisza. Bombka miała w szyjce małe kółko z dwoma metalowymi pręcikami. Mama powiedziała:
– Właściwie to ona zawsze była w złym kolorze.
No i zapadła noc, wszystkie świece się wypaliły, wszystkie pożary zostały zagaszone, wstążki i papiery pozwijane do następnych świąt. Swoje prezenty wzięłam ze sobą do łóżka.
Świece mamy dawno już powygasały, pachniało choinką, troszkę spalenizną i wszechogarniającym błogosławieństwem.
Nigdy spokój nie jest tak błogi jak po świętach, kiedy otrzymawszy przebaczenie za wszelkie przewinienia, można znowu być normalnym.
Pomalutku zapakowaliśmy święte rzeczy i włożyliśmy je do szafy w przedpokoju; jodłowe gałązki paliły się w kaflowym piecu, trzaskając krótko i gwałtownie. Ale pień choinki spaliliśmy dopiero podczas następnych świąt. Stał przez cały rok koło skrzyni z gipsem i przypominał nam o Bożym Narodzeniu i absolutnym bezpieczeństwie wszystkiego.”
TOVE JANSSON (1914-2001) wychowała się w mówiącej po szwedzku artystycznej rodzinie w Helsinkach. Jej ojciec był rzeźbiarzem, a matka ilustratorką. Największy rozgłos pisarka i malarka zyskała dzięki opowieściom o rodzinie trolli zwanych Muminkami. Tove pisała też dla dorosłych, m.in. na wpół autobiograficzną Córkę rzeźbiarza, z której pochodzi Boże Narodzenie.
Nie zapomniałam o Adwencie, nie zapomniałam o lekturach, ale zamówione książki nieco się opóźniły a i proza życia trochę przeszkadzała siąść do komputera.
Teraz, w ostatnim tygodniu Adwentu, dzień po dniu, będzie skoncentrowana dawka lektur i rozmyślań.
Oto Zwiastowanie – od tego zdarzenia rozpoczynamy zwykle przygotowania do Bożego Narodzenia.
W kościele św. Wawrzyńca w Norymberdze jest piękna rzeźba Wita Stwosza, wykonana z drzewa lipowego. Zachwyci was na pewno, jeśli tam traficie (a warto!). Główna scena, którą stanowią wielkie ponadnaturalnej wielkości rzeźby Archanioła Gabriela i Marii stojących na skale, którą trzyma anioł, jest wpisana w owalny wieniec róż, wzbogaconych pięcioma medalionami, z płaskorzeźbionymi scenami Bożego Narodzenia, Ofiarowania Jezusa, Zmartwychwstania Pańskiego, Wniebowstąpienia Chrystusa i Zesłania Ducha Świętego. Każdy odcinek składa się z 8 róż – paciorków. Ponadto z główną kompozycją są zintegrowane liczne mniejsze rzeźby – muzykujące aniołki, po bokach zwisają sznurki z paciorkami, całość zwieńczają kolejne aniołki i 2 medaliony ze scenami Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny oraz Koronacji Marii. Na samym wierzchołku ukazany jest Bóg Ojciec w stroju koronacyjnym. Dworskie stroje mają także Archanioł, który dzierży w ręku berło i Maryja, odziana we wzorzystą suknię.
Jako tekst do rozważań proponuję książkę Jana Dobraczyńskiego „Przyszedłem rozłączyć” o życiu św. Elżbiety Węgierskiej, księżnej Turyngii, żony Ludwika IV (zwanej w tej książce Elzą). Elza żyła w czasach św. Franciszka z Asyżu, i choć nigdy się nie spotkali, jego nauka wpłynęła bardzo istotnie na jej życie.
Oto dzień Bożego Narodzenia na zamku w Wartburgu w Turyngii; franciszkańscy bracia mniejsi przygotowali – wzorem św. Franciszka – jasełka o Bożym Narodzeniu dla dworu i okolicznej ludności.
„Kościółek, który Elza ofiarowała braciom mniejszym, był starą, na wpół rozwaloną kapliczką, znajdująca się już poza murami miejskimi. Dziś nabity był po brzegi ludźmi, oczekującymi na przedstawienie.
Boczna kaplica, której użyto za scenę, była przesłonięta zasłoną. Wyszedł jeden z braci i rozpoczął naukę o dziejach ludzi w raju i o tym, co było później, po grzechu pierworodnym.
Patrzcie, bracia i siostry, ile nieszczęść spadło na ród ludzki za ten jeden grzech. Zło pierwsze zrodziło inne, bo ludzie wygnani z raju poczęli się ze sobą spierać, walczyć, zabijać się wzajemnie. Świat ogarnęły nienawiść i pycha, i pożądanie… Ludzie przestali służyć Panu, lecz także nie służyli sobie, ale każdy chciał, by wszyscy służyli jemu… Gdy nie służymy Bogu, to trzeba nam służyć grzechowi. Pan jednak nie opuścił grzesznej ludzkości. Przez cztery tysiące lat różnymi znakami zapowiada! ocalenie…
Znowu ukazał się na scenie Anioł, tym razem bez miecza, zapowiadając, iż idzie do domu, w którym żyje Istota bezgrzeszna — cud Bożej Łaski. Maryja siedziała przy kołowrotku i na widok Anioła chciała upaść na kolana. Ale on Ją powstrzymał. To on ukląkł przed Nią. Schylony pokornie, mówił, Ona zaś słuchała jego słów także pochyliwszy głowę. Nie odpowiedziała od razu. Jakby zaniepokojony tym, że każe czekać Boskiemu wysłańcowi, komentator zawołał:
O, Maryjo! Świat cały zakuty w kajdany grzechu czeka na Twą zgodę! Nie każ czekać niebieskiemu posłowi! Spiesz się! Spiesz się! Powiedz słowo, którego on oczekuje! Spiesz się, powiedz słowo, którego i my czekamy! O, Maryjo! W Twoim ręku nasz ratunek!
Niby przynaglona tym wołaniem, ugięła się jeszcze niżej. Powiedziała: „Oto jestem służebnicą Pańską, więc niech mi się stanie według Jego woli”. Chór wybuchnął dziękczynnym śpiewem:
Ave Maris Stella
Dei Mater alma,
Pieśń była śpiewana po łacinie, ale po każdej zwrotce brat-komentator tłumaczył jej słowa. Podobało się to wszystkim i znana zresztą pieśń nabrała jakby całkiem nowych barw. Komentator mówił z coraz większym wzruszeniem w głosie. Wskazywał swym słuchaczom na tę młodą Dziewczynę izraelską, którą Pan postanowił uczynić Matką swego Syna.
Nie sądźcie, bracia i siostry — wołał — że Maryja była innym człowiekiem niż każdy z nas. Wprawdzie uchował Ją Pan od zmazy i pierworodnego grzechu, lecz nie ukrył Jej przed trudami życia. Znał ją, zanim jeszcze urodziła się na świecie, i wiedział, że nie chciałaby ujść żadnemu trudowi, żadnemu bólowi, które są losem nas wszystkich. To, co spadło na nas jako kara, Jej Bóg pozwolił nosić i wycierpieć dobrowolnie dla nas, aby była pierwszą naśladowczynią swego Syna. Jezus, Jej Syn, stał się do Niej podobny, ale wpierw Ona stała się podobna’ do Niego… Święci są naśladowcami tego, co widzieli. Ona, największa z nich, była naśladowczynią tego, co przeczuwała. Dlatego trzeba ją bardzo kochać, wzorować się na Niej…
Maryja na scenie biegła tymczasem do Elżbiety. Elza oderwała się od swych myśli i z bijącym sercem patrzyła na swą patronkę, jak schylała się nisko do nóg Maryi. Obie kobiety wykrzykiwały radośnie. Elza roziskrzonym wzrokiem wpatrywała się w scenę.
Potem ludzie w kaplicy zaczęli pociągać płaczliwie nosami, wzruszeni widokiem Maryi, wspartej na ramieniu Józefa. Strudzeni Podróżni poszukiwali gospody. Lecz na próżno Józef pukał to do jednych, to do drugich drzwi. Wszędzie spotykała go odmowa. Para Wędrowców szła słaniając się z wyczerpania przez kałuże i śnieg, naniesiony z dworu i rozrzucony na scenie. Być zbłąkanym, bez domu — myślała Elza — czy może być coś okrutniejszego? Krąg bliskich ludzi, ciepły dech komina jest tak bardzo potrzebny, nawet gdy znajdują się daleko, nawet gdy do nich trzeba dążyć poprzez śnieg i zimno. Och, nie zostać nigdy samą! — nagły lęk targnął jej sercem.
Błądzenie Maryi i Józefa wywoływało okrzyki wśród patrzących. Brat-komentator zdawał się czekać na ten wybuch wzruszenia, by zawołać:
— Patrzcie, bracia i siostry, jak smutna była dola świętych Rodziców naszego Pana! Patrzcie i płaczcie nad ich troskami. Lecz pomyślcie również, że każdy biedak, głodny i bezdomny, może być ukrytym Jezusem. I jeżeli jemu udzielacie pomocy, kto wie, czy nie wspomagacie Tego, który jest naszym Zbawcą…
Elza odruchowo skinęła głową. Zawsze o tym pamiętała. Jeszcze była dzieckiem, a już tkwiło w niej przekonanie, że w otaczającym ją świecie, pod powierzchnią zwykłych, dostrzegalnych dla wszystkich wydarzeń, kryją się rzeczy tajemnicze. Nie tylko krążek opłatka staje się Jezusem. Jezus mówi do ludzi i pojawia się pośród nich. W słowach wypowiadanych przez drugiego człowieka można usłyszeć Jego głos, w jakimś wydarzeniu — jego wolę. Spotkany żebrak może być jak ogrodnik, pod którego kształtami ukrył się Zmartwychwstały.
Dlatego trzeba mieć oko i serce czujne. Trzeba umieć, jak Elżbieta, odkryć nie narodzonego Boga…
Wreszcie Maryja i Józef znaleźli schronienie w szopie. Zapłonęła gwiazda, dokonał się cud Narodzin. Do szopy spieszyli z hołdem aniołowie, pasterze, mędrcy.”
skórka otarta z jednej cytryny ( cytrynę wcześniej sparzamy)
200 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
Skórka cytrynowa kandyzowana
Szczypta soli
Na lukier: szklanka cukru pudru, sok z pół cytryny, troszkę wody
Żółtka oddzielamy od białek.
Do miski miksera wsypujemy cukier i żółtka, miksujemy aż żółtka zbieleją i otrzymamy puszystą masę. Dodajemy sok z cytryny, otartą skórkę z cytryny oraz miękkie masło, dalej miksujemy.
Następnie stopniowo wsypujemy mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia. Miksujemy na gładką masę.
Białka ubijamy na sztywno z odrobiną soli. Łączymy delikatnie z ciastem, dodajemy kandyzowaną skórkę cytrynową. Mieszamy.
Wykładamy ciasto na blaszkę 25×36 cm, wyłożoną papierem pergaminowym.
Pieczemy ok. 30 minut w temp. 180 stopni. Wyjmujemy, studzimy.
Przygotowujemy lukier: w misce ucieramy drewnianą pałką cukier puder z sokiem z cytryny i wodą.
Zimne ciasto odwracamy do góry nogami, zdejmujemy papier pergaminowy. Lukrujemy i odstawiamy do całkowitego zastygnięcia lukru.
Dzień św. Jacka – 17 sierpnia – to dzień pierogów; na pamiątkę tego, że właśnie pierogami karmił on biednych. To już w moim domu tradycja, że w ten dzień zawsze na obiad są pierogi, i zwykle staram się przetestować jakiś nowy przepis na farsz.
W tym roku postanowiłam zrobić pierogi ukraińskie, z farszem ziemniaczanym; zamówiłam takie u pań Ukrainek, które również w moim mieście oferują swoje tradycyjne potrawy. Bardzo mi smakowały.
Ale kiedy robiłam farsz, miałam w domu kilka kurek (o które nie łatwo w to upalne, suche lato) i kilka pieczarek; dodałam je do farszu. Wyszło pysznie. Polecam!
6-7 ziemniaków
1 cebula
Kilka kurek, kilka pieczarek
Kawałek słoniny na skwarki
Sól, pieprz, płatki suszonego czosnku
Ziemniaki ugotować i utłuc na piure.
Kurki pokroić i podsmażyć na maśle; puszczą sok i trzeba je smażyć na małym ogniu, dopóki sok nie wyparuje. Wtedy dodajemy pieczarki i pokrojoną w kostkę cebulę oraz płatki czosnku i jeszcze trochę masła, smażymy aż wszystko będzie ładnie zrumienione.
Słoninę kroimy w kostkę i wytapiamy skwarki.
Do piure ziemniaczanego dodajemy tłuszcz ze skwarkami oraz grzyby z cebulą. Doprawiamy solą i pieprzem. Zostawiamy do ostygnięcia.
Robimy ciasto na pierogi: do mąki (ok. 30-40 dag) wsypujemy sporą szczyptę soli i zaparzamy szklanką wrzącej wody. Kiedy przestygnie, wbijamy jajko i zagniatamy elastyczne ciasto, podsypując mąką, aż nie będzie się kleić do rąk.
Robimy z ciasta wałek, kroimy na kawałki, które rozciągamy na dłoni, nakładamy farsz i zlepiamy, mocno dociskając krawędzie.
Wrzucamy na wrzącą osoloną wodę, gotujemy ok. 2 minuty od czasu ich wypłynięcia.
Najlepsze są już po ostygnięciu, odgrzewane ze skwarkami.
Trochę inny barszcz, przygotowany według przepisu Ewy Wachowicz; zmniejszyłam proporcje i sposób podania, dodałam sok z czarnej porzeczki. Jest przepyszny.
2-3 małe buraki
1 kwaśne jabłko
1 cebula
2 ząbki czosnku
1,5 l bulionu warzywnego
1-2 łyżki soku z czarnej porzeczki
Łyżka oliwy
Sok z cytryny
Sól, pieprz
Buraki umyć i zawinąć każdego osobno w folię aluminiową, wstawić do rozgrzanego piekarnika (180 st) i piec ok. 1 godziny. Przestudzić, obrać, pokroić w kostkę. Zalać bulionem warzywnym.
Cebulę drobno posiekać i podsmażyć na rozgrzanej oliwie, tak by była lekko przypalona. Dodać posiekany czosnek i chwilę jeszcze podsmażyć. Dodać do zupy.
Dorzucić pokrojone jabłko i nieco soku z cytryny, gotować ok. 10-15 minut.
Doprawić solą i pieprzem. Dodać sok z czarnej porzeczki.
Zmiksować na krem; ewentualnie jeszcze doprawić.
Podawać w bulionówkach, jako dodatek do krokietów, kotlecików itp.