Na pierwszą wydawaną przez siebie ucztę, Klaudia, żona Piłata zaplanowała flamingi faszerowane rodzynkami, prosię w sosie śliwkowym i kurczęta po numidyjsku. Opis przygotowania kurcząt był tak sugestywny, że nie oparłam się pokusie ich sporządzenia:)
Nasza towarzyska, a może nawet polityczna przyszłość mogła zależeć od tej uczty. Było to niezwykłe wyzwanie.
Drapiąc się w roztargnieniu po głowie rysikiem, omawiałam z matka dobór potraw.
– Piłat przeznaczył szczodrą kwotę na prowadzenie domu – przypomniała mi. – Będzie oczekiwał czegoś ambitnego.
(…)
Wzięłam tabliczkę i zaczęłam robić notatki.
– Wczoraj wieczorem Psyche upiekła flaminga faszerowanego rodzynkami. Był smaczny. No i może ulubione danie Germanika … prosię w sosie śliwkowym?
– Doskonale – zgodziła się matka – ale potrzeba jeszcze czegoś …
– Parę dni temu sama przygotowałam kolację dla Piłata. Rozbawiło go to i patrzył na mnie jak na dziewczynkę bawiącą się w prowadzenie domu. Wiem, że miał wątpliwości, ale wyszło świetnie. Zadziwiłam go.
– Nie wątpię. Co to było?
– Kurczęta po numidyjsku. Pamiętasz tę przyprawę, asafetydę, którą kupiłyśmy na targu? Trochę jej dodałam. Potrawa okazała się całkiem pikantna.
Matka była pod wrażeniem.
– Najlepiej daj ten przepis Psyche – poradziła. – Tym razem niech zajmie się tym niewolnica.
Trzy dni wspólnie z Rachelą robiłam przegląd artystów: żonglerów, aktorów, śpiewaków, tancerzy i muzyków. Sama wolałabym poetę, ale ostatecznie zdecydowałam się na grupę taneczną z Tracji. Kobiety będą zachwycone ich umiejętnościami, mężczyźni zaś skąpymi strojami.
Bez końca zastanawiałam się nad rozmieszczeniem gości na łożach biesiadnych.
W dzień przyjęcia od wczesnego rana bezustannie zaglądałam do kuchni, pilnując przygotowania każdej potrawy. Kurczęta po numidyjsku miały stanowić niespodziankę. Patrzyłam z aprobatą, jak skarcona przez matkę Psyche ucierała zręcznie korzeń asafetydy, a potem łączyła go ze sproszkowanymi orzechami i daktylami, które tego samego ranka przybyły karawaną z Aleksandrii. We wnętrzu ceglanego pieca kruche kurczęta gotowały się powoli w białym winie. Delektując się kuszącym aromatem, umoczyłam palec w sosie i skinęłam aprobująco głową, przekonana, że moja wieczerza okaże się małą sensacją. Psyche była urodzoną kucharką i uwielbiała to zajęcie … nie było co do tego najmniejszych wątpliwości.

Myślę, że Psyche podała całe kurczęta, lub pokrojone na ćwiartki tylko, są bardziej dekoracyjne; ja wolałam, dla wygody, wziąć tylko udka i pierś.
Najpierw natarłam je solą i asafetydą, skropiłam białym winem i oliwą i zostawiłam na noc w lodówce.
Podem podsmażyłam je w rondlu żeliwnym na oliwie, podlałam niewielką ilością gorącej wody, dodałam białe, wytrawne wino i dusiłam pod przykryciem ok. pół godziny. Po tym czasie pokroiłam w drobną kostkę kilka daktyli, wymieszałam garść utartych włoskich orzechów z asafetydą i dodałam wszystko to do kurczaka. Ponownie dusiłam jeszcze ok. pół godziny. Na końcu zagęściłam sos łyżką mąki wymieszanej z wodą, doprawiłam pieprzem.
Podałam z bagietką.
Co do asafetydy… rzeczywiście dodaje potrawom taki niezwykły, niespotykany smak: cebulowy, ostry, ale jeszcze jakaś nuta tam się czai, trudna do określenia…
Przyprawa jest na pewno warta spróbowania. Ale nie rzuciła mnie – jak to się mówi – na kolana. Nie było z nią, tak jak z cuminem, który stał się moją miłością od pierwszego posmakowania:)