Adwentowe opowieści – święta dziewczynki z PRL-u

Jest mroźny, grudniowy poranek. Za oknem ciemno, choć pobłyskuje świeża warstwa puchatego śniegu w nielicznych światłach ulicznych latarni.

Zaczęła się zima. Zaczął się Adwent i codzienne Roraty.

Dziewczynka, obudzona przez mamę, szybko ubiera się, wkłada paltocik i czapkę. Wychodzi przed blok, w którym mieszka i czeka, aż dołączy do niej koleżanka z pierwszego piętra kamienicy.

Dziewczynki mają po dziesięć lat i uważa się, że są już na tyle duże, że same mogą iść do kościoła, mimo, że jest ciemno. Zresztą kościół jest niedaleko i tylko przez jedną ulicę, wówczas niezbyt ruchliwą, trzeba przejść.

Dziewczynki nie mają lampionów, to jeszcze  nie ten czas; takie „wynalazki” pojawią się znacznie, znacznie później, kiedy wreszcie coś będzie można kupić w sklepach.

A w kościele nie czeka na nich żadna „słodka niespodzianka” (jak to teraz bywa), jako nagroda za udział w roratach. Nie po to się tu przychodzi skoro świt.

W kościele fioletowe szaty liturgiczne, witraże, których barwy wydobywa światło świec i starodawne pieśni o Zwiastowaniu i oczekiwaniu Bożego Dzieciątka. Słowa pieśni są archaiczne, nie zawsze zrozumiałe, ale zadziwiają i budzą zainteresowanie. I ta linia melodyczna pieśni: prosta, ale chwytająca za serce.

Dziewczynka jeszcze tego nie wie, ale na zawsze już w niej zostanie zachwyt językiem staropolskim, który wydaje się chropowaty, a jednak tyle odcieni uczuć potrafi wyrazić. Długo, długo potem, kupi „Księgę Psalmów” w tłumaczeniu Jana Kochanowskiego i będzie tam znajdować zrozumienie wszystkich rzeczy, które się w jej życiu przytrafiają. Nie mówiąc o pięknie słowa.

Kiedy gasną świece w kościele, szybciutko do domu, bo przecież za chwilę trzeba iść do szkoły.

Dziewczynka tego jeszcze nie wie, ale właśnie tak, teraz, kształtuje się jej codzienność wpleciona w odwieczny rytm dziedzictwa pokoleń.

Cdn…

Górna półka smaku

To tytuł programu kulinarnego TVP2 (edycja w sobotnie poranki), w 2025 roku mamy już jego drugi sezon.

zdjęcie ze strony TVP

Formuła programu jest zabawna, lekka, nieskomplikowana, taka do śledzenia jednym okiem; niby kryminalna historia, ale wiemy, że to tylko pretekst, by pokazać trochę fajnej kuchni, zapomnianych nieco przepisów, pięknych, dolnośląskich zamków i bolesławieckiej ceramiki, tak obecnie modnej.

Autor poczytnych kryminałów – Marek Krajewski (piewca Wrocławia) tropi kuchmistrza, Orsona Hejnowicza (nowa gwiazda kulinarnej Polski), który wykradł starodawną księgę kucharską mistrza Hausmajstera. Orson nie jest jednak pospolitym złodziejaszkiem; szuka w księdze kulinarnego Graala Dolnego Śląska. Wędruje od zamku do zamku (a tych na Śląsku nie brakuje) i w każdym przygotowuje dwie potrawy. Wówczas księga objawia mu kolejne składniki świętej kultowej potrawy Dolnego Śląska.  

Jakiej? Tego dowiemy się (mamy nadzieję) na końcu wędrówek.

Oglądając, czujemy sympatię zarówno do ścigającego jak i ściganego😊

Orson dba o to, by Krajewski mógł skosztować wszystkich przygotowanych przez niego przysmaków. Podaje je na kamionkowej zastawie z Bolesławca; również w kuchni wszystkie naczynia do przygotowywania: miski, talerze, dzbanuszki są z tej ceramiki. Choć nie są to serwisy, Orson używa zbieraniny różnych bolesławieckich wzorów, a tych obecnie są już całe tony.

zdjęcie ze strony promocyjnej Dolnego Śląska

Sama załamałam się i do wiodącego wzoru zielonych kogutków, które kompletuję, dokupiłam wzory w kogutki granatowe, niebieskie kurki, a ostatnio nawet nowy wzór, który się pojawił: perliczki, przechadzające się w łodygach kopru i traw😊

Kuchnia w willi Książków

Tarnowianie wiedzą, o czym mówię.

Każdy pamięta ten budowany w latach siedemdziesiątych niezwykły dom z intrygującymi, purpurowymi mozaikami na liliowej elewacji i całe ściany szyb w bryle budynku.

Położony w środku miasta, u zbiegu ulic Chopina i Starowolskiego, dom radiologa doktora Książka fascynował i budził wiele emocji: u jednych zachwyt, inni uważali to za dziwactwo. Większość z nas nie wiedziała, że powstaje tu wysokiej klasy arcydzieło budownictwa modernistycznego. Jedno wiedzieli wszyscy: to synonim luksusu.

Nie sądziłam, że kiedykolwiek uda mi się zobaczyć go wewnątrz.

Ale teraz, po śmierci doktora Stanisława Książka (92 lata!), dom jest na sprzedaż. Za – bagatela – 4,7 mln złotych. Po paru miesiącach od wystawienia na sprzedaż nadal nie ma amatorów i pewnie dlatego zorganizowano dzień otwarty, można było go zwiedzić. Bilety rozeszły się na pniu, niemal natychmiast, jak się pojawiły.

O samym domu napisano już wiele i łatwo znaleźć te artykuły.

Ja opowiem tutaj o kuchni, bo ta intrygowała mnie szczególnie.

Myślałam, że będzie większa, ale generalnie pomieszczenia w willi nie przytłaczają ogromem, co jest jednak zaletą, bo są przytulne.

Więc kuchnia – to prostokąt o szerokości drzwi wejściowych, kończący się oknem z szerokim parapetem.

Kuchnia jest jasna, choć wychodzi na północ. Na zewnątrz okna (i tak jest we wszystkich oknach willi) są kamienne wypusty-korytka na kwiaty i te kwiaty (lub inne rośliny) nadal wszędzie są. Za kuchennym oknem mamy wrzosy. Za nimi wspaniały widok na skrzyżowanie ulic, gdzie nie brakuje drzew. Wyobrażacie sobie poranną kawę w takiej scenerii? Cudowne!

Wróćmy do wnętrza kuchni. Po prawej stronie szafki z blatami, z wnękami na lodówki (jest ich tam dwie), po drugiej stronie pomieszczenia kuchenka, okap, zlew, a wszystko to na tle czerwonej mozaiki z małych kafelków specjalnie wypalanych dla tego domu (w ogóle wszystko w tym domu było robione na specjalne zamówienie).

Kuchnia sąsiaduje z salonem, stąd w ciągu szafek zamontowano rozsuwane okno, przez które można podawać potrawy prosto do stołu w salonie (stół na pierwszy rzut oka nie jest zbyt duży, ale rozsuwa się i może pomieścić do 30 osób!).

Tajemnicze drzwi koło okna – jak się okazało – prowadzą do jadalni, takiej na co dzień, z kompletem mebli w stylu góralskim: brązowy, drewniany stół i krzesełka wycinane w góralskie wzory (kiedyś bardzo lubiane w naszych domach).

Kuchnia jest bardzo dobrze oświetlona: aż trzy piękne, górne lampy, punktowe lampki w okapie i dodatkowe oświetlenia blatów.

Wszystko w tej kuchni jest pod ręką i spełnia wymogi ergonomii. Dobrze by się tam w niej gotowało.

Ale są też i minusy: szafki są już stare i to już po nich widać; podłoga wyłożona jest linoleum, które już jest wytarte, lodówki baaaardzo przestarzałe, absolutnie do wymiany.

Ale problem z tym domem jest taki, że nie można w nim absolutnie czegoś zmienić (taki zresztą był wymóg projektanta: ma być tak, jak on zaprojektował, koniec kropka), bo wszystko jest tam unikatowe i jeśli ruszy się jakikolwiek element – poleci wszystko.

A sprzedający chcieliby, aby dom został zachowany w takim kształcie, jak jest. I to jest problem, bo on jednak wymaga zmian, choćby tych, związanych ze zużyciem mebli i sprzętów, a ponadto nie każdy jest zwolennikiem ciężkich kalwaryjskich mebli na wysoki połysk, czy drewnianych boazerii na wszystkich niemal ścianach.

Mówi się, że najlepiej, aby stworzyć tutaj swego rodzaju muzeum modernizmu.

Tylko kogo na to stać?

Telewizyjny „Rosół polski”

Dawno już miałam napisać o tym nowym programie kulinarnym, który pojawia się co sobotę w TVP2 o 13 z minutami. Schodziło mi tak jakoś, schodziło, ale kiedy „rosół” pokazał się w Tarnowie – to już nie ma uproś!

zdjęcie z facebooka Ł. Maciejewskiego

Program prowadzą Agnieszka Kraszewska (tarnowianka, z wykształcenia historyk, ale i pasjonatka i szef kuchni oraz miłośniczka ryb – jak się okazało) i Aleksander Baron (historyk sztuki, ale też szef kuchni z wielkim doświadczeniem, od lat propagator autorskiej polskiej kuchni). Agnieszka Kraszewska i Aleksander Baron prowadzą restauracje „Kapłony i Szczeżuje” w Krakowie i Katowicach.

W Tarnowie, w Parku Strzeleckim, z mauzoleum gen. Bema w tle, przygotowali szczupaka według sposobu Wojskiego z „Pana Tadeusza”:

„Ryba nie krojona,

U głowy przysmażona, we środku pieczona,

A mająca potrawkę z sosem u ogona”

zdjęcie z facebooka A. Kraszewskiej

Autorzy lubią eksperymenty!

W Tarnowie towarzyszył im Łukasz Maciejewski, krytyk filmowy, również tarnowianin. Tak napisał o swoim udziale w „rosole polskim”:

„Co ty wiesz o gotowaniu.

No, wiem niewiele.

Kanapki i kawa. Tyle potrafię „upichcić”.

A jednak wystąpiłem w programie kulinarnym – i to świetnym, najlepszym może.

„Rosół Polski” Agnieszki Kraszewskiej i Aleksandra Barona w TVP 2.

I to w Tarnowie.

Jeść lubię, uwielbiam, smakować, doceniać.

I kino lubię kulinarne.

Z Agnieszką i Aleksandrem, w scenerii pięknego parku opodal mojego rodzinnego domu, parku, którym przechodziłem setki razy, przed mauzoleum generała Józefa Bema, rozmawialiśmy o sztuce gotowania w kinie.

„Przepiórki w płatkach róży” na „Uczcie Babette” wyszykowanej przez „Wujka Boonmee”. Ryby i inne namiętności.

Rozmawiało się wspaniale, i smakowało. ”

I jeszcze kilka słów Aleksandra Barona o tym nowym programie kulinarnym:

„Rosół polski to gar, w którym warzy się opowieść o nas, Polakach, o naszej historii, tradycjach i zwyczajach, o międzykulturowej wymianie, do której dochodziło przez wieki na naszej ziemi. Chcemy jak najszerzej przedstawić i opowiedzieć o tym, co składa się na tę fantastyczną część kultury, jaką jest kuchnia i stół, przy którym od wieków spotykają się ludzie. Chcemy pokazać, że kuchnia polska to zjawisko złożone, budowane przez wiele wieków, które może zaskoczyć zarówno nas, Polaków, jak i tych, którzy odwiedzą nasz kraj. W „Rosole polskim” przywołamy zapomniane dania, opowiemy o ich historii i odkryjemy pochodzenie tych, które są powszechnie znane. W każdym odcinku kogoś nakarmimy, bo przecież jedzenie ma też swoją ważną społeczną funkcję, dzielenia się nim z innymi.”

Tyle już było programów kulinarnych w telewizji; pierwsze, które się pokazały (jak choćby Roberta Makłowicza) oglądało się z wypiekami na twarzy, mam wiele przepisów na przeróżne potrawy, skopiowanych z tych programów, wiele z nich wypróbowałam. Ale zawsze ciekawią mnie nowe programy, nowi kulinarni guru. Nigdy nie wiadomo, czy nie odkryję jakiejś ulubionej dla mnie perły!

Z świątecznymi życzeniami

Dla wszystkich, którzy tu zaglądają: radosnego Alleluja!

I wielkanocny wiersz-rozważanie Zofii Zaborowskiej

Zofia Zaborowska Najpierw ukazał się Magdalenie

…A kiedy jeszcze leżał w grobie
rozmyślali uczniowie o zmartwychwstaniu:

Marzył Piotr:
— Wie, jak Go bardzo kocham…
Pewnie mnie ukaże się najpierw
nie pamiętając, że stchórzyłem…

Spodziewał się Jan:
— Wyróżnił mnie na ostatniej wieczerzy
i z krzyża przemówił…
Chyba i teraz ujrzę Go przed innymi,
skorom tak umiłowany…
Co prawda bliższa Mu Matka,
więc może Ona wcześniej zobaczy…

A Tomasz w ogóle wątpił w cud,
bo nie był wierny
lecz niewierny.
Sądził jednak, że z tego powodu
pierwszy by oglądał Pana,
gdyby Pan zmartwychwstał.

I jeszcze inni ludzie snuli domysły:
— Jeżeli zmartwychwstanie, Klaudio,
bądź spokojna, pierwsi się dowiemy
— mówił z ironią Piłat do żony —
Przyjdzie tu triumfować,
może zemsty szukać na mnie?

— Spoczywa w moim ogrodzie.
Nie pożałowałem Mu pięknego grobowca.
Jeżeli zmartwychwstanie
zjawi się zaraz z podzięką.

— Oby tylko naprawdę nie ożył.
Z nami pierwszymi policzyłby się za bicie
i krzyżowanie
— martwili się żołnierze stojący przy grobie.

A On był wśród nas po to
by zbawiać
“pokutę czyniących grzeszników”.

Dlatego
“po swym zmartwychwstaniu
wczesnym rankiem
w pierwszy dzień tygodnia
Jezus ukazał się naprzód
Marii Magdalenie”

Kruchość wszystkiego wokół nas i w nas

Takie to już są te listopadowe dni, kiedy wszystko przypomina nam o przemijaniu.

Pasuje na ten dzień wiersz tegorocznej laureatki Nike, Urszuli Kozioł; krucha porcelana filiżanki, kruchy człowieczy profil….

Krucha uroda chińskiej filiżanki

którą właśnie podnosisz do ust

krucha uroda twojego profilu

jedno i drugie przez moment swą ramką

owiewa delikatny aromat herbaty.

Kwiaty – zaklęte w porcelanie

Wkładam Ci do bukietu kwiaty:

  •                Uśmiechy – konwalijki swawolne
  •                Oczy błękitne – bławaty
  •                Intencje – lilie polne
  •                Zapewnienia – niezapominajki
  •                Zadumy – kalie białe
  •                Marzenia – kwiat paproci z bajki
  •                Radości – stokrotki małe
  •                Kłopoty zmartwienia – wierzby płaczącej gałązka
  •                Cienie własnych słabości – kiść szparagusa

I wstążka

  • Tylko w bukiecie
  • Róży brak
  • Co kolce ma
  • Kłujące
  • Lecz za to
  • Czerwieni się
  • Mak – serce
  • Kochające

Camembert Turek z reklamy

„Turek Camembert zakręci kanapką” – taką nowość nam telewizyjna reklama i mleczarnia Turek przygotowały.

zdjęcie ze strony mleczarni Turek

Co do sera – nie mam zastrzeżeń; to bardzo dobry pleśniowy ser, delikatny, kremowy, rzeczywiście świetny na kanapkę. Bardzo lubię go także na ciepło, kiedy lekko podtopiony, przełożony na przykład na mix listków sałaty, zamiast dressingu, delikatnie je otula. Mleczarnia Turek jest znana w Polsce; pamiętacie może jej świetny camembert o nazwie „Sekret Mnicha”? choć jakoś nie widzę go ostatnio w sklepach.

Mam natomiast duże zastrzeżenia do reklamy tego sera. Otóż zaproponowano w niej, aby ser camembert, który, jak wiadomo, jest produkowany w kształcie koła, pokroić na plastry, w poprzek, po całym kole. Czy realizatorzy nie znają takiej dość podstawowej zasady, że sery okrągłe kroi się w trójkąty, jak tort? Cóż, idąc tym tokiem rozumowania, tort też można by pokroić w poprzek!

Mogę sobie wyobrazić, co powiedzieliby Francuzi widząc, jak profanuje się ich sztandarowy ser (oryginalny camembert to ser produkowany w Normandii).

Może twórcy reklamy nie znają się na sztuce kulinarnej i jej niuansach, ale dziwi, że mleczarnia, która przecież od lat jest specjalistą w serowarstwie, zaakceptowała coś takiego? Zwłaszcza, że na swojej stronie internetowej napisali, że nowa kampania marketingowa ma na celu edukację konsumentów:

W nowej reklamie edukujemy konsumentów, że ser Turek Camembert to doskonałe rozwiązanie na śniadanie i świetnie urozmaici kanapkę dzięki swojej kremowości, aksamitnej skórce i niecodziennemu smakowi. Turek Camembert Zakręci Kanapką!”

Cóż, nie dam się tak edukować i tyle!

Noworoczny prezent około kulinarny

Może warto zacząć Nowy Rok od wizyty w muzeum? Zapraszam na wystawę porcelany miśnieńskiej książąt Sanguszków w tarnowskim muzeum; jest to wystawa czasowa, czynna będzie do 31 stycznia br.

Możemy obejrzeć dwa serwisy: ptaszkowy (ptaszęcy) oraz – bardziej popularny dawniej – w polne kwiaty (tzw. Deutsche Blumen).

Przyznam, że ptaszęcy skradł moje serce; zdobienia są delikatne, nie nachalne, a każdy element serwisu to inny ptaszek. Cudowne! Już widzę, jak domownicy mają swoje ulubione talerze czy filiżanki i życzą sobie, aby o tym pamiętać, nakrywając do stołu. Skojarzyło mi się jakoś, że ten ptaszęcy serwis był wykorzystywany okazjonalnie, wiosną, czy we Święta Wielkanocne, zwłaszcza, że sporo tu kur, kogutów – a to taki wielkanocny motyw.

Nie dziwię się, że Sanguszkowie odsprzedali ten serwis muzeum; jego rozmiary i ilość elementów nie przystaje zupełnie do współczesnych czasów i wielkości domowych jadalni (o ile ktoś je w ogóle ma!). Serwis składa się z 507 elementów (oczywiście pokazano nam tylko mały fragment zbioru). Popatrzcie na półmisek: na moim stole zająłby chyba ¾ powierzchni, a nie wyobrażam sobie, by można go było obnosić, podając gościom potrawy, tak jest duży. Chyba całe prosię by się na nim zmieściło!

Ciekawostką są tu solniczki i pieprzniczki, na których umieszczone są figurki pasterek i pasterzy, tak popularne swego czasu. Obecnie znów są bardzo poszukiwane. Przyznać jednak trzeba, że mało wygodne było czerpanie przypraw z takich otwartych niby-talerzyków.

Zachwycające są kształty naczyń, ot, choćby taka kwadratowo-owalna salaterka, nie za głęboka, nie za płytka, w sam raz, by potrawa w niej pięknie się prezentowała.

Wydaje mi się, że dużym zaniedbaniem jest brak prezentacji sygnatur porcelany! Wierzę, że pokazano nam tu autentyczną Miśnię, ale wolałabym jednak zobaczyć te dwa skrzyżowane miecze na odwrocie naczyń. Czemu nam tego nie pokazano?

Moim zdaniem prezentacja muzealnych zbiorów w naszym muzeum pozostawia sporo do życzenia; w jednej sali jest po prostu kilka oszklonych gablot wbudowanych w ścianę i każda wystawa wygląda tak samo; ustawia się w nich eksponaty, nie dbając nawet o kolor tła. Taka porcelana – aż się prosiła o stół i efektowne nakrycie! Ale cóż, mamy, co mamy, cieszę się, że w ogóle mogłam ten serwis obejrzeć.

Czas na zmiany

Przyszedł czas, że pasjonatka kuchni dowiedziała się, że jest chora na cukrzycę. Ot, co!

Kilka miesięcy stresu, nerwów, niepokoju, co teraz, jak to będzie… Dziś można już powiedzieć, że nie jest źle; leczenie to tylko tabletki; wyniki – lepiej niż zadowalające. Ale powrotu do kulinarnej swobody już nie ma. Są pewne zasady i nie ma uproś! Trzeba się dostosować. Przyznam, że bałam się, że te różne ograniczenia mnie stłamszą, że będę ciągle nieszczęśliwa, głodna i zestresowana.

Ale nie! Pokochałam nowy styl jedzenia. Choć tak prawdę powiedziawszy, to nie stosuję żadnej diety, zmieniły mi się tylko proporcje jedzonych białek, węglowodanów, tłuszczów. Na pewno jem o wiele więcej warzyw. To taka sztuczka diabetyków: każdy posiłek zaczynam od miseczki warzyw, głównie surówek. I tak, jak kiedyś uwielbiałam przygotowywać sobie kolorowe kanapki, tak teraz tworzę kompozycje warzyw. Szalenie mi się to podoba!

Blog nie przekształci się jednak w cukrzycowy poradnik, bo i sama nie szukam „cukrzycowych” przepisów. Okazało się, że to bardzo indywidualna choroba, każdy organizm reaguje inaczej i trzeba sobie znaleźć własną drogę.

Na razie trochę zarzuciłam wypróbowywanie i testowanie przepisów, które mnie zaciekawiły, ale już zaczyna mi tego brakować. Nie zarzuciłam kulinarnych lektur, programów i już sporo tematów czeka w kolejce na opisanie.

Powolutku wracam, licząc cichutko na wsparcie tych, którzy lubili tu zaglądać i z nadzieją, że potrafię jeszcze coś ciekawego do poczytania napisać:)