Obiad w restauracji Wiedeńskiej

Galicja przesiąknięta jest klimatem Wiednia, stąd też restauracja Wiedeńska cieszy się w moim mieście sporą sympatią.

Utrzymana jest w bordowym, cesarskim kolorze, ze złoceniami; jest elegancko

wiedeńska

Na początek miła niespodzianka: podano nam czekadełko – omletowy pasztecik z zielonym sosem i sałatą

czekadełko

W menu jest specjalna karta z daniami wiedeńskimi i właśnie je postanowiłyśmy przetestować.

Ja zamówiłam Kociołek wiedeński, czyli efektownie podany, w miedzianym rondelku, rosół wołowy ze sztuką mięsa i warzywami, osobno talerz z grubo krojonym, ładnie zwiniętym w gniazdka makaronem, osobno miseczka ugotowanych, startych na tarce ziemniaków oraz sos chrzanowy w sosjerce. Super! aczkolwiek mnie wydawał się rosół nieco zbyt słony, ale może to wynika z tego, że ja w ogóle raczej oszczędnie solę potrawy.

wiedeński kociołek

tafel szpic

Tym razem nie oparłam się chęci na deser; zamówiłam „cesarzowy miszmasz czyli omlet austryjacki na słodko”, myśląc że będzie to tradycyjny wiedeński omlet Sissi, szarpany (w kawałkach), z rodzynkami i sosem owocowym. Ale nie. Był to zwykły, okrągły, plackowy omlet i to niezbyt puszysty.

omlet

Marta zamówiła sznycel wiedeński, i kiedy go zobaczyłyśmy, to najpierw zamarłyśmy, a potem obydwie tylko głośno westchnęłyśmy. Bo był olbrzymi, na całą wielkość dużego talerza! Nie oparłyśmy się pokusie zmierzenia go:) telefonem komórkowym:) ok. 21 cm średnicy, proszę państwa! Ale był przepyszny!

Do tego – sałatka ziemniaczana, też znakomita.

schabowy

sałatka ziemniaczana

A na deser tort Sachera, pięknie podany, ale bez warstwy morelowej, i jak dla mnie, zbyt suchy.

tort sacher

Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

Największy schabowy świata.  Kotlet był smaczny, miękki, z chrupiącą panierką. Na pewno smażony na maśle, to ważna informacja dla tych, który dbają o takie szczegóły. Sałatka ziemniaczana też nie dawała powodów do czepiania się. Ziemniaki były miękkie, z dodatkiem czerwonej cebulki i lekko czosnkowego dressingu.

Tort Sacher, który  tak nie do końca był wiernym odzwierciedleniem, tego  który jadłam parę lat temu w Wiedniu. Brakowało w nim morelowego powidła. Ale ogólnie całkiem pozytywne wrażenie. Cały deser był pięknie podany z dodatkami gorzkiej i mlecznej czekolady, sosem truskawkowym.

 ********

 Jeszcze kilka moich uwag na koniec.

Pewnie się domyślacie, że nie będą zbyt pozytywne.

Dotyczą one obsługi. Już raz byłam w tej restauracji, i po raz drugi spotkałam się z tym, że kartę menu pan kelner podał najpierw osobie wyraźnie młodszej. Bałabym się tam pójść z kimś na jakiś oficjalny obiad; ktoś mógłby poczuć się urażony, i chyba słusznie.

Ponadto dostałam kartę menu, która zaczynała się od deserów. Najpierw myślałam, że kelner pomylił się, ale szybko okazało się, że to tylko źle zszyte strony, w złej kolejności, wymieszane ze sobą. W tej klasie restauracji? („Wiedeńska” uważana jest za jedną z najlepszych w Tarnowie).

I nie na każdym stoliku stały kwiaty; na naszym akurat nie.

Miło obiadować z Włóczykijem

Na tarnowskich Wielkich Schodach przysiadł muminkowy sympatyczny Włóczykij, wieczny podróżnik w kapeluszu, z węzełkiem na plecach.

włóczykij w tarnowie

Do podróżowania nawiązuje zarówno wystrój lokalu (mapy, kompasy, zdjęcia różnych zakątków świata, kolorystyka kolonialnego angielskiego podróżowania), jak i menu (specjalny dział: kuchnie świata).

Za klimat – bardzo duży plus ode mnie

wnętrze włóczykija

Może tylko odsuwane ciężkie krzesła zgrzytają zbytnio po podłodze.

Opinie na Facebooku straszyły, że czeka się nieprawdopodobnie długo; NIE JEST to prawda. Ale prawdą jest, że nie traktuje się klientów stolika jako całości, którzy jednocześnie powinni dostać swoje dania; każdy dostaje swoje danie w innym czasie, jeden je, drugi się patrzy; głupio, co nie?

Lista serwowanych potraw niepokojąco długa, ale jeśli kucharza to nie przerasta, to czemu nie?

W naszym przypadku nie było wpadki.

Ja postanowiłam zamówić pizzę Włóczykija i jak najbardziej ją polecam; super ciasto, dodatki: salami, kurczak, pieczarki, cebula, czarne oliwki, miło ciągnący się ser, pomidory. Uwaga: ta mała jest tak naprawdę DUŻA!

pizza włóczykija

Marta zdecydowała się na zupę z kukurydzy oraz musakę

zupa z kukurydzy

musaka

Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

Nie taki Włóczykij straszny jak o nim mówią, i jak ja go pamiętam z przed paru miesięcy.

Zupa kukurydziana była naprawdę dobra, lekko pikantna, ale bez przesady, nie wykręcało buzi od nadmiaru chilli. Nie jest to zupa bardzo gęsta.  Muszę przestrzec wielbicieli jedwabistej zupy krem – ta taka nie jest. Pływają w niej małe kawałeczki kukurydzy, co mnie nie przeszkadza.  

Musaka była poprawna, cukinie i bakłażan dobrze upieczone. Mięso było prawie dobrze doprawione. Brakowało mu odrobinę soli i byłoby bez zarzutu.

Muszę się jednak uczepić jednej rzeczy: obydwa dania dostałam w tym samym czasie, nie wiem z czego to wynikało, ale uważam, że należy to zmienić.

Nie podobał nam się obiad w „Pasażu”

Centrum miasta, urokliwa starówka, ładny wystrój „Pasażu” – mogło być tak super!

pasaż w Tarnowie

Ale nie było.

Wzięłam zupę gulaszową, odruchowo myśląc, że będzie mieć proweniencję węgierską, tak popularną w Tarnowie, jako że nasze związki z Węgrami są bardzo ścisłe. A dostałam niezbyt dobrze doprawioną zupę, do której wsypano ziarna kukurydzy! Ło matko! Czyżby chodziło o kuchnię meksykańską???

gulaszowa w pasażu

Wybór pierogów – z nadzieniem z kaczki i kaszy – również okazał się niezbyt dobrym wyborem.

Farsz był niesłony, a pierogi dostałam porozrywane, rozgotowane, choć w momencie podania sprytnie ukryto ten fakt, układając je tak, by nie było niczego widać. No, proszę państwa! To już naprawdę kpina z klienta!

O, nie, na pewno tam nie wrócę, i nikomu nie polecam.

pierogi w pasażu

Marta wzięła zupę krem z porów, a na drugie – polędwiczkę wieprzową z pieczonymi jarzynami i ziemniakami.

porowa w pasażu

polędwiczki w pasażu

Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

Mówią, że jeśli nie masz nic miłego do powiedzenia, to może lepiej nic nie mówić. Ale uważam, że każdy ma prawo być ostrzeżony, choćby tylko dlatego, że na posiłki w restauracjach wydaje  się własne pieniądze. Dzisiejszy obiad był niesmaczny.

Zupa na pierwsze spróbowanie była dziwna, smakowała swoim głównym składnikiem czyli porem, ale potem czuć było tylko pieprz. Może należałoby dodać trochę większy kleks śmietany, albo połączyć krem z pora z innym, nieco łagodniejszym kremem, a może użyć grzanek, albo groszków ptysiowych.

Danie główne…

W zasadzie nie mogę czepiać się polędwiczki, bo była poprawna, nie była twarda, dobrze doprawiona. Natomiast dodatki były nie do przyjęcia. Pieczony ziemniak był miejscami surowy. Nie bardzo mogę to zrozumieć, ponieważ mniej więcej wiadomo ile taki ziemniak się gotuje, a jak się nie jest pewnym to można dziabnąć i wiedzieć czy to już czy jeszcze 5 minut. Naprawdę mogę poczekać chwilę i nie będę robić  z tym problemu. Była jeszcze pietruszka pieczona/gotowana tego nie jestem pewna.

Nie wiem czy „Pasaż” dostanie drugą szansę.

Obiad lunchowy w Cristal Park

Hotel Cristal Park w Tarnowie-Mościcach (dawny Chemik, ciekawe, jaka jest etymologia tej nowej nazwy!) reklamuje się ostatnio z propozycją menu lunchowego, codziennie od godz. 12-16: „Today na TuDej Lunch”; naprawdę nie wiem, czemu ma służyć ten angielski, bo oferta chyba skierowana jest jednak do rodaków, a naszym językiem jest język polski, jakby ktoś nie wiedział!

cristal park

Ciekawa jednak byłam samej restauracji, jak i tego menu lunchowego, poszłyśmy tam więc, zerknąwszy uprzednio na ich stronę, co w tym dniu proponują.

A proponowali na 17 sierpnia: zupę serową z grzybami i grzanką oraz filet z kurczaka z serem na sosie pomidorowym z ziemniakami opiekanymi i brokułem z wody.

A co dostałyśmy?

Zgadujecie pewnie, że nie to, co proponowali w opublikowanym menu.

Dlaczego? Dobre pytanie.

Podano nam żurek z kiełbasą, grzybami i jajkiem z dodatkiem pieczywa oraz kotlet schabowy podany na kapuście zrobionej a’la bigos z dodatkiem pieczonych kulek ziemniaczanych.

żurek w cristal park

schabowy w cristal park

Zupa bardzo dobrze przyprawiona, kiełbasa nie była tłusta, a dodatek grzybów (chyba pieczarek) był atrakcyjnym dla mnie dodatkiem. Kotlet o.k., bigos także, ziemniaki raczej niezbyt słone.

Porcje duże, naprawdę można zaspokoić głód za bardzo rozsądną cenę, w eleganckim otoczeniu.

Tyle tylko, że zestaw nie obejmował żadnego napoju, choćby wody; oczywiście można coś zamówić, tyle że np. cena małego toniku to 1/3 ceny lunchu.  Coś tu nie halo, moim zdaniem.

Piszemy tu o naszych odczuciach szczerze, więc muszę jeszcze dodać, że byłyśmy tam ok. godz. 15, a lokal był w trakcie sprzątania; potknęłam się o sznur odkurzacza, a w czasie kiedy jadłyśmy, pani sprzątająca szalała po środku sali z mopem. To prawda, że tłoku nie było, goście przy trzech tylko stolikach dużej sali, ale dlaczego nas tak lekceważyli?

 ***

Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

Jeżeli czytaliście wpis od początku to wiecie co było na obiad. Jakie jest moje zdanie: poprawnie, ale bez cudów. Żurek był smaczny, o dobrej konsystencji, nie za wodnisty ani nie zbyt gęsty. Jedyne co mi tak trochę nie pasowało to pływające w nim grzyby, ale to dlatego, że u nas w domu takie atrakcje po żurku nie pływają.

Co do drugiego dania  tu w sumie tak trochę dobre, a tak trochę bardzo źle. Dobry był kotlet schabowy, miękki, z dobrą chrupiącą panierką. Ziemniaki natomiast były okropne. Pewnie się zastanawiacie jak można zepsuć ziemniaki. Otóż w najprostszy sposób – nie soląc ich. Jeśli teraz pomyślicie ze wymyślam i że mi się w głowie poprzewracało, i że zasadniczo sól na stole stała to polecam, a w zasadzie nie polecam spróbować. Dopełnieniem dania była kapusta, której nie mogę nic w zasadzie zarzucić, była porządnie doprawiona, ale… . Nie miała swojego smaku i charakteru.

Piątkowy obiad w Jani sushi

Wszystkie te sushi, maki, itp. nie są moimi ulubionymi daniami. Ale w tarnowskim lokalu „Jani sushi” przy ul. Krasińskiego podają również pizzę, a ona już jakiś czas chodziła za mną. Poza tym ciekawa byłam kawałka Japonii w moim mieście.

Lokal jest malutki, kilka stolików, wystrój bardzo prosty, oszczędny (= duży plus!): gałąź wiśni na ścianie, firany z gałązkowym motywem, proste drewniane stoły.

jani sushi

Nie ma tu długiego czekania, może trochę obsługa zbyt często zerka na klienta, ale to chyba wynika z małych odległości:)

Wybrałyśmy futomaki z pieczoną rybą oraz pizzę frutti di mare

futomaki

pizza frutti di mare

Dobry, smaczny wybór.

Warto zajść tam i spróbować. Pizza śmiało może konkurować o palmę pierwszeństwa (chodzi mi po głowie pomysł testowania pizzerii w moim mieście!)

Jest jednak jeden minus i to bardzo poważny: lepiej nie chodzić tam do toalety!

** **

Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

Myślę, że to dobre miejsce dla miłośników sushi. Moja roladka z ryżu miała w sobie pieczonego węgorza, avocado, serek i kanopy (suszone włókno tykwy). Wszystko fajnie ze sobą współgrało, żaden z dodatków nie gryzł się z innym. Ryż był fajnie kleisty. Miłym akcentem były płatki kandyzowanego imbiru i kleksik wasabi z chrzanem. Muszę jednak was uprzedzić, że jedna porcja futomaków nie wystarczy do zaspokojenia małego głoda.

Co do pizzy, muszę przyznać, że naprawdę była dobra. Cienkie, chrupiące ciasto.  Duża ilość dodatków, których nie trzeba szukać z lupą w ręku. Sos czosnkowy, nie tak dobry jak mój, ale plasuje się wysoko w klasyfikacji sosów czosnkowych.

Obiad według M. Gessler w „Braterskiej”

To już parę lat temu p. Gessler  reformowała tarnowską restaurację „Braterska”, o której, prawdę mówiąc, wówczas mało kto u nas słyszał. Położona na jednym z bocznych osiedli, kojarzona była raczej z lokalem, takim, wiecie, dla smakoszy piwa. Ale potem zrobiła się sławna. Ludzie zaczęli w niej bywać, ciekawi nowego, gesslerowskiego menu. Też się wybierałam, ale dopiero teraz wreszcie udało mi się tam dotrzeć.

I powiem, że warto się tam wybrać.

Braterska w Tarnowie

Lokal ma miłą, spokojną, zieloną kolorystykę, wprawdzie nie ma klimatyzacji, ale wiatraki (nie wiejące na gości) utrzymują odpowiednią temperaturę nawet w te upały. Obsługa bardzo uprzejma i szybka, w menu jest wyraźnie, osobno zaznaczone, które potrawy robione są według p. Gessler. Ja zdecydowałam się na zupę pomidorową i karkówkę z sałatką ziemniaczaną i zasmażaną kiszoną kapustą, natomiast wiernie testująca ze mną moja siostrzenica wybrała menu z propozycji własnych restauracji.

Zupa jest ciekawa, ale taka bardziej dla koneserów, lubiących nowe smaki, bo jest właściwie słodka, a w dodatku doprawiona lubczykiem. Usiłowałam rozgryźć smaki, i wyszło mi, że smakuje łagodnym keczupem:) a może sokiem pomidorowym.

pomidorowa w Braterskiej

Karkówka rozpływa się ustach, naprawdę! Jest polana takim sosem bulionowym, no pyszna! Sałatka ziemniaczana świetnie doprawiona i smaki idealnie ze sobą skomponowane i „przegryzione”.

Niestety, nie mogę tego powiedzieć o zasmażanej kapuście; dla mnie była zdecydowania za słona. Myślę, że teraz chyba nie czas na kiszoną kapustę, warto pewnie by ją spróbować za miesiąc czy dwa, kiedy będzie już nowa kiszona.

karkówka w Braterskiej

sałatka ziemniaczana w Braterskiej

Restauracja ma jeszcze jeden ciekawy, niespotykany element; otóż na ścianach wiszą autentyczne obrazy lokalnych twórców, budzących wielkie zaciekawienie gości. I w dodatku obrazy te są na sprzedaż!

galeria obrazów w Braterskiej

I wyobraźcie sobie, że ten kot z tarnowskim ratuszem w tle, będzie już lada moment mój! Wiecie jaka jestem podekscytowana?!

******

 Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

Czasem chodzi za człowiek jakaś piosenka, myśl albo potrawa. Za mną chodził kotlet schabowy, dlatego pomimo okropnych upałów zdecydowałam się przetestować lokal, który naprawiała Magda Gessler. Od razu chciałam zaznaczyć, że nie jestem fanką tej pani, ale też nie kwestionuje jej zdolności marketingowych i organizacyjnych.

schabowy w Braterskiej

surówki w Braterskiej

Wracając do obiadu, był dobry. Schabowy zajmował cały talerz, był miękki i dobrze doprawiony. Panierka była chrupka i nie odpadała. Naprawdę bardzo dobry. Surówki składające się z buraczków, surówki z kiszonej kapusty i marchewki też były na plus. Nie dominował żadna konkretna przyprawa, bo przecież buraczki mają smakować buraczkami, a nie pieprzem czy solą. Całość dopełniały frytki, ale wiecie takie sklepowe więc trudno byłoby je zepsuć.

Miły dodatkiem były gratisowe galaretki, wydaje mi się, że truskawkowe, ale niestety nie da się tego jednoznacznie określić.  

Obiad w Jamie Złotego Smoka

Witamy po weekendowej przerwie w restauracyjnym obiadowaniu!

Dziś zapraszamy do Jamy Złotego Smoka, na obiad w stylu chińskim

jama złotego smoka

 Kiedyś tu już byłam, i zapamiętałam pyszne owoce morza na gorącym talerzu. I powiem wam, dalej są tak samo pyszne!

owoce morza

Do tego surówka – znakomita! I ryż – no, o stopień gorszy niż surówka, ale ciągle dobry.

I porcje pokaźne, co dla pań może być wadą, ale dla zgłodniałego wędrowca, na pewno jest zaletą

ryz w złotym smoku

Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

Kuchnia azjatycka to jedna z moich ulubionych, być może jest to spowodowane częstymi wizytami podczas studiów w chińskiej knajpce niedaleko Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie.  Z powodu panującego upału nie zdecydowałam się na żadną przystawkę lub zupę. Postanowiłam spróbować krewetek królewskich w sosie czosnkowym. Dodatkami do dania był ryż i surówka z kiszonej kapusty.

krewetki

Całe danie było bardzo smaczne i spójne. Krewetki były dobrze przyrządzone, nie były ani gumowate, ani niedogotowane. Sos czosnkowy doskonale doprawiał krewetki. Smak czosnku był bardzo dobrze wyczuwalny, ale nie nachalny. Nie dominował nad całością i nie dawał surowego posmaku. To zdecydowanie dobre miejsce na obiad dla miłośników kuchni chińskiej.

 *****

Jutro zapraszamy na obiad sygnowany nazwiskiem p. Gessler, która gościła w naszym mieście w czasie „Kuchennych rewolucji”

Obiad pod czujnym, sarmackim okiem

Kolejne zaproszenie, kolejny obiad.

Restauracja „U Jana” – stylizowana na wnętrza rycerskiego, szlacheckiego zamku. Mnóstwo portretów, stare meble i bibeloty, biała broń, ale i współczesne, przepastne kanapy. Mieszanka stylu, ale miła, nie rażąca.

Menu zachęcające do testów smakowych.

Skusiłyśmy się na obiad dwudaniowy; o matko! Porcje były ogromne, rzeczywiście jak dla głodnego szlachciury.

Nie da się jednak ukryć, że zjadłyśmy wszyściuteńko!

Najpierw zupy: rosół z kołdunami (oczekiwałam 3-4 pierożków z małej miseczce, a był pokaźny talerz z dziewięcioma pierogami – pyszniutkimi!) i zupa krem z warzyw – świetnie przyprawiona.

Dania drugie: placki ziemniaczane z gulaszem z dodatkiem buraczków (poprawne, ale bez cudów, najlepsze w tym wszystkim były buraczki) i stek na grillowanych warzywach z sosem pieprzowym (z sosu co chwilę trzeba było wypluwać ziarenka pieprzu!)

Wydaje się, że najmocniejszą stroną restauracji są zupy. Choćby dla nich warto tu przyjść. No i dla tych obrazów!

*****

Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

Czasem jest tak, że nic nam nie pasuje i nie można się na nic zdecydować. Być może to wina gorszego dnia albo zbyt dużej karty. Mój dzisiejszy wybór może wiać odrobinę nudą, ale nic innego do mnie nie przemówiło. Czasem watro zaufać temu wewnętrznemu czemuś, co czasem wie lepiej co jest dla nas dobre.

Zupa krem z jarzyn sezonowych był naprawdę dobry, dobrze doprawiony i zbilansowany. Niestety nie wiedziałam z czego dokładnie była zrobiona, ale żadne warzywo nie dawało dominującego smaku, który mógłby popsuć wrażenie. Sympatycznym dodatkiem były niewielkie grzanki.

Postanowiła też zamówić stek. Tak wiem, wiem wieje troszkę monotonią, ale cóż zrobić.  Stek podany był na grillowanych warzywach. Muszę przyznać, że to połączenie było naprawdę bardzo, ale to bardzo smaczne. Mięsko było mięciutkie, stopień wysmażenia też był taki o jaki prosiłam. Bardzo mnie cieszy to, że kucharz nie forsuje swojej wizji idealnego steku co niestety  czasem się zdarza. Co do noża muszę przyznać, że choć wyglądał dość niepozornie, naprawdę dał radę  i nie było problemu z pokrojeniem steku. Jedynym elementem, który nie do końca mi podpasował, był pieprzowy sos, myślę że miłośnikom ostrych smaków będzie smakował.

Lato w mieście: bistro Rabarbar

„Rabarbar” – stosunkowo nowy lokalik na rogu Wałowej i Placu pod Dębem.

Wnętrze niewielkie, raczej surowe, ale na szybki lunch jak najbardziej o.k.

I słyszałam, że imprezy zamknięte świetnie się tam udają. Menu niewielkie, co jest absolutnie zaletą.

bistro rabarbar

A nasz obiad to były: zupa krem z zielonego groszku z miętą i zupa toskańska (zjedzone sprawiedliwie każda po pół talerza każdej), a w drugim daniu zdecydowałyśmy się obydwie na to samo: tartę ze szpinakiem z surówką.

I ten sam drink: aperol (czyli aperitif z gorzkiej pomarańczy i rabarbaru) z dodatkiem wytrawnego wina i toniku.

krem z groszku

toskańska

tarta szpinakowa

Zachwycona byłam formą podania potraw: te cudowne, kunsztowne wzory na talerzu zupy, ta ziołowa posypka na brzegu talerza – piękne!

Ale – zawsze jest jakieś ale – ze smakiem potraw można by polemizować.

Właściwie to o.k., ale każda z jedzonych przez nas potraw miała wyraźny, słodkawy smak, co szczególnie nie pasowało mi w szpinaku. I ten ser na wierzchu tary mógł być zapieczony. Za to ciasto tarty było idealne, kruchutkie!

*****

Subiektywne spojrzenie Marty z drugiej strony stołu.

Z „Rabarbarem” wiązałam duże nadzieje i niestety trochę się zawiodłam. Może trochę niepotrzebnie sugerowałam się opiniami innych.

Zupa toskańska była odrobinę za słodka, może się nie znam się na tego rodzaju zupach, ale zupa to zupa. Musi być porządnie i odpowiednio doprawiona, ponieważ tak naprawdę przyprawy nadają jej charakteru i odpowiedniego smaku. Zupa pomidorowa, a taką wariacja jest zupa toskańska powinna być lekko kwaśna i zdecydowanie nie powinien dominować słodki smak.

Co do tarty szpinakowej, powiem tak: było poprawnie. Ciasto było chrupiące i odpowiednio dopieczone, konsystencja i struktura farszu była porządku, problemem znowu okazało się przyprawy. Brakowało na pewno  soli i może jeszcze jednego zdecydowanego smaku. Być może mała ilość przypraw jest postępowaniem asekuracyjnym, bo przecież zawsze można doprawić, ale ja nie lubię takiego podejścia.

Zdecydowanie najlepszą częścią obiadu w mojej ocenie był drink. Lekko gorzkawy, z nutą pomarańczy dawał odrobinkę orzeźwienia w ten upalny dzień.

Nie skreślam „Rabarbaru”, pewnie za jakiś czas dam mu kolejna szansę.

Lato w mieście – obiad w „Bristolu”

Wiecie, że nazwa „Bristol” to sieć wielu XIX-wiecznych hoteli na kontynencie europejskim, a pochodzi ona od tytułu jednego z najbardziej znanych turystów swego czasu, Anglika Fredericka Herveya, biskupa Derry, czwartego hrabiego Bristol (1730-1803)?

Ja właśnie się o tym dowiedziałam, ze słownika mitów i tradycji kultury Wł. Kopalińskiego.

Tarnowski „Bristol” taki właśnie jest, nieco staroświecki, nobliwy, tradycyjny w wystroju i w proponowanym menu. Kiedyś był najbardziej prestiżowym lokalem w moim mieście.

bristol w Tarnowie

Do restauracji wchodzi się na pierwsze piętro, po drewnianych, z piękną balustradą schodach, wyłożonych dywanowym chodnikiem. Staroświeckie żyrandole, witraże w oknach, rzeźby i obrazy. Stoliki są okrągłe, nie za blisko siebie. Spokojnie i miło.

Nie mogę oczu oderwać od jednego z gości, starszego pana, nieco przygarbionego, ubranego w eleganckie, jasne ubranie, z pastelową kamizelką w kwiaty. Siedzi bez ruchu niemal, wpatrzony gdzieś w dal, pewnie w siebie? Przed nim na stole gruby notes. Jest chyba stałym bywalcem, bo obsługa nie naprzykrza mu się, wygląda na zadomowionego. Kiedy wychodził, na głowę włożył staroświecki, słomkowy kapelusz.

Nie wiem, kim jest, ale zostanie mi w pamięci….

A na obiad zamówiłyśmy specjalność szefa kuchni:

Ja – półmisek hetmana Tarnowskiego (wiecie, on kiedyś był właścicielem miasta!)

półmisek hetmański

Marta – stek a la Boss

stek a la Boss

Półmisek hetmański jest ciekawą regionalną propozycją i myślę, że wprowadzę ją do swojego domowego menu. Jest to pięknie ułożona kompozycja trzech mięs i jarzyn.

Mamy tu: stek z polędwicy wołowej, stek ze schabu oraz pieczony filet drobiowy. Mięsa przykryte zostały siateczką z zapiekanych nitek sera żółtego, a towarzyszą im: przysmażane talarki ziemniaków, pysznie duszona marchewka, różyczki kalafiora oraz ryż.

Jest tego bardzo, bardzo dużo!

Brakowało mi tylko jakiegoś sosu do mięsa.

Relacja Marty:

Subiektywne spojrzenie z drugiej strony stołu.

Dzisiejszy obiad był w miejscu, które kojarzy mi się jedynie ze studniówkami jednego z tarnowskich liceów.  Nie wiedząc, czego się spodziewać, postanowiłam nie spodziewać się nic.

Jak wiadomo ja do wegetarian nie należę, wiec wybrałam sobie stek a’la boss. Samo podanie mięsa było bardzo interesujące. Stek spoczywał na bardzo gorącym kamieniu. Ma to ogromną zaletę, nawet przy bardzo długim ucztowaniu mięso będzie cały czas ciepłe. Samo mięso miało odpowiedni stopień wysmażenia, było miękkie i naprawdę bardzo smaczne. Polędwica wołowa była podana z 4 sosami: czosnkowym całkiem dobrym, barbecue, który mi w smaku przypominał ketchup z czasów bardzo wczesnego dzieciństwa, musztardowy i sos w stylu azjatyckim, ale one jak dla mnie były zbyt ostre. Całość dania dopełniały talarki ziemniaczane i odrobinę zieleniny. Jest jeden malutki minusik: nóż, nie był to nóż do smarowania masła, ale mógłby być to nóż do steków byłoby wtedy łatwiej.