Przyznam, że z zainteresowaniem czekałam na menu, które serwowała Polska w czasie wizyty prezydenta Obamy

Oto obiad w pałacu prezydenckim:
przystawka: tatar z pstrąga
zupa: krem z dyni
główne danie: pieczona pierś z perliczki
deser: pralinki czekoladowe z sorbetem pomarańczowym
do tego 3 rodzaje win z różnych roczników
Hmmmm…. Zupa i główne danie są w porządku i w dodatku leżą w zasięgu moich możliwości kulinarnych (a czasem lubię odtwarzać na swoich przyjęciach takie propozycje menu). Krem z dyni to ukłon w stronę USA, gdzie dynia jest prawie że narodowym warzywem. Szkoda tylko, że nie podano, jakie dodatki serwowano do perliczki.
Ale tatar z pstrąga? ryba słodkowodna na surowo? o! la la! ciekawe, czy było smaczne?
No i nie umiem sobie wyobrazić sorbetu z pralinkami. Przez pralinki rozumie się na ogół nadziewane czekoladki. Czy podano je jako dekorację sorbetu? Czy może były malutkie, mięciutkie i wmieszano je w lodową masę? Ale brzmi ten deser interesująco.
A robocze śniadanie u premiera wyglądało tak:
– grillowany oscypek z konfiturą z jarzębiny
– smażone polędwiczki cielęce ze szpinakiem i szafranowym risottem
– mille-feuille ze świeżymi truskawkami
Oscypek i jarzębina – bardzo o.k.
Polędwiczki, szpinak i risotto – mniam!!
Ale mille-feuille – to chyba marny pomysł.
Mille-feuille – tysiąc płatków – to wieża z ciasta francuskiego, przekładana kremem i owocami. Owszem, zwykle wygląda taka porcja na talerzyku bardzo efektownie, ale jak to jeść? i to na oficjalnym przyjęciu? Ciasto trudno ukroić, kruszy się, krem wyciapuje się na boki, totalny bałagan na talerzu… czarno to widzę. Ciekawe, jak naprawdę goście sobie z tym poradzili:)












