Szczaw Ćwierczakiewiczowej

Szukałam pomysłu na szczaw.

Bardzo go lubię, sezon na niego w pełni, a ja nic, tylko zupę i zupę.

Sięgnęłam do „365 obiadów” Lucyny Ćwierczakiewiczowej i oczywiście, pani Lucyna jest niezawodna! Znalazłam dwa przepisy (oprócz zup): szczaw na jarzynę i jarzyna mieszana, szczaw i szpinak.

Zrobiłam tę mieszaną.

Nie wygląda toto najlepiej, wiadomo, jak rozciapane, trochę bure listki, ale smak – wierzcie mi – jest dobry. Pani Lucyna zna się na rzeczy.

Przepis, jak to u niej, niezbyt precyzyjny, ale spokojnie, uda się. Proporcje nie są tak bardzo ważne.

54. Jarzyna mieszana, szczaw i szpinak

Wziąć pół na pół szpinaku i szczawiu. Szpinak obrany ugotować na obfitej wodzie z solą, przelać kilka razy zimną wodą, aby kolor zachował i usiekać jak można najdrobniej. Szczaw zaś usiekać po obraniu i udusić w maśle, niż żałując tego ostatniego. Oddzielnie zrobić zasmażkę z masła z odrobiną mąki, rozebrać rosołem, lub bulionem. Dołożyć, stosując do ilości, łyżkę śmietany kwaśnej, włożyć szczaw zmieszany ze szpinakiem, posolić do smaku, zagotować razem na zupełnie małym ogniu i podać do kotletów cielęcych lub do jaj, pusz­czonych na masło. Jeśli jarzyna gotowa, a jeszcze nie można podawać do obiadu, to rondel wstawić w drugi rondel z gorącą wodą i postawić na blasze, a będzie dobra i kolor zatrzyma.

Literackie śniadanie z obowiązkową kawą

W niedzielny poranek proponuję wyprawę na kresy, na ziemiańskie śniadanie, przywołane na kartach książki Macieja Siembiedy o zagadkowym tytule „444”. Książkę czyta się bosko; dzieje nieznanego obrazu Jana Matejki „Chrzest Warneńczyka” fascynują do ostatnich stron książki, a opis kresowego śniadania to naprawdę inspiracja, zwłaszcza w nakryciu stołu.

W obecnych zabieganych czasach zwykle nikt nie ma czasu i głowy na takie fanaberie, ale w weekend? Albo na emeryturze?

Miśnieńską porcelanę oglądamy zwykle tylko w muzeum; mam jednak wyszperane dwie przedwojenne miśnieńskie filiżanki: w sam raz na espresso lungo😊

To co? Parzymy kawę i miłej lektury!

Aromat świeżo mielonej kawy płynął z kuchni wołyńskiego dworu Janostwa Głębockich jak sonata, komponując się w symfonię radości ze słońcem poranka, śpiewem ptaków i wyjątkowo dobrymi wiadomościami, jakie przynosiło wtorkowe wydanie „Gazety Lwowskiej”. Na stole w jadalni niecierpliwiły się już pszenne bułki, o świcie wyjęte z pieca i poukładane na paterze w towarzystwie pajd drożdżowca z rodzynkami. Obok w specjalnych naczyniach stały konfitury i miód z pasieki pod Starokonstantynowem. W maselniczce odpoczywała osełka, a w misce czekał puszysty twaróg konkurujący bielą ze śmietanką w dzbanku, zebraną raptem przed kwadransem i uważaną przez pana Jana za nieodzowną ingrediencję śniadaniowej kawy.

 Dziedzic Łaszek, ubrany w granatową bonżurkę i bordowy krawat, jak co dzień obrzucił stół wzrokiem admirała lustrującego szyk floty i jak co dzień z uznaniem skinął głową. Zastawa z miśnieńskiej porcelany, przedstawiająca sceny pasterskie, przygotowana została bez zarzutu. Od wazy ze słodką zupą z kaszy jaglanej i mleka po solniczkę wszystkie naczynia idealnie pełniły swoją służbę, a nakrycia dla dorosłych i dzieci nie ustępowały porządkowi wytwornej wiedeńskiej restauracji, pyszniąc się w otoczeniu lśniących sztućców i wykrochmalonych serwet.

Jan Głębocki uważał, że wygląd stołu wzmaga apetyt.

Czekając na pozostałych domowników i wnuki wyłapywane przez nianię w rytualnej przedśniadaniowej gonitwie wokół salonu, dziedzic Łaszek przeglądał depesze prasowe. Z przyjemnością odnotowywał wzrost cen płodów rolnych w Galicji oraz doniesienia z południa Afryki, gdzie Burowie znów dali łupnia brytyjskim pyszałkom. Dzieci ciągle były górą w pościgu, co pan Jan skwitował pobłażliwie kręcąc głową i przenosząc wzrok na szpalty wieści kulturalnych.

Maciej Siembieda, 444, Warszawa 2017, s. 361-362

Przepis na polędwiczki z książki Siembiedy

Przyszła chwila prawdy.

Sprawdzam: czy przepis podany w książce Macieja Siembiedy jest na tyle precyzyjny, że się uda? I czy potrawa jest tak dobra, jak napisał?

Zrobiłam polędwiczki po francusku z książki „Kołysanka”.

Wyszło pysznie. I to jak szybko! Pół godziny i bardzo wykwintny obiad gotowy!

A oto książkowy przepis:

Kasia podeszła do Kuby na palcach i objęła go wpół, splatając ręce na brzuchu.

  • Nie pościłeś w tych Kopicach – stwierdziła. – Choć kuchnia pałacowa od kilkudziesięciu lat zamknięta.
  • Proszę mnie nie rozpraszać – odparł, całkowicie pochłonięty sytuacją na patelni, na której przekładał kawałki polędwiczek. – Bo mięso się nie uda.
  • Chyba zaczyna się przypalać. – Zerknęła zza jego ramienia.
  • I o to chodzi – ucieszył się. – W tym cała tajemnica.
  • Nie rozumiem.
  • To będą polędwiczki po francusku – wyjaśnił. – Stary przepis. Tomasz Kern mnie zainspirował. A co jest podstawą kuchni fran­cuskiej? – przeegzaminował Kasię.
  • Masło.
  • Brawo. Dlatego na nim smażę mięso, choć w polskiej kuchni to niedopuszczalne. Wcześniej kroję je w plastry grubości centymetra, nie rozbijam, żeby nie stwardniało, lekko posypuję solą i pieprzem, po czym układam na rozgrzanym maśle. Ten tłuszcz gwarantuje, że się przypali. Byle nie za dużo. Widzisz – odwrócił jeden z kawał­ków – przyrumieniło się na złoto. Teraz to samo z drugiej strony i do rondla.
  • Ale po co to kontrolowane przypalenie?
  • Zaraz zobaczysz – obiecał. Odczekał chwilę, aż polędwica zła­pie złoty kolor, zdjął ją z patelni, a mocno zrumienione masło, które na niej zostało wraz z aromatem mięsa, zalał białym winem i ze­skrobał z dna drewnianą łopatką. Teraz sięgnął po obrany ze skór­ki camembert i rozpuścił jego cienkie kawałki we wrzącym winie, dodając śmietanę i musztardę Dijon. Sos osiągnął barwę karmelu, a wtedy Kuba nabrał go na łyżeczkę, odczekał, aż przestygnie, i dał Kasi do spróbowania.
  • Poezja. – Mlasnęła z rozkoszą. – Teraz wrzucisz do niego mięso?

Nie – oświadczył. Wyjął plastry przysmażonych polędwiczek z rondla, ułożył je na półmisku, aby zachodziły jeden na drugi, tworząc apetyczną kaskadę, polał sosem z patelni i zaniósł na stół, przy którym czekały dziewczynki.

Maciej Siembieda, Kołysanka, Warszawa 2022, ss. 240-241

Składniki u mnie: 1 mała polędwiczka wieprzowa, 1/3 sera camembert, kieliszek białego wytrawnego wina, łyżka musztardy Dijon, łyżka śmietany, masło, sól, pieprz.

Robiłam dokładnie według przepisu podanego przez Kubę.

Parę słów o samej książce.

Jakub Kania udaje się na Śląsk Opolski,  gdzie próbuje dowiedzieć się, czego tu szukał Aram Chaczaturian, przysłany przez radzieckie służby specjalne. Ruiny jednej z najwspanialszych niegdyś rezydencji magnackich w Europie skrywają wiele tajemnic; właśnie tu dwieście lat wcześniej odbył się koncert dla dwóch tylko osób: porzuconej przez matkę ubogiej Joasi i jej arystokratycznego męża. Jak doszło do tego małżeństwa Kopciuszka z księciem? Jaki utwór wykonali muzycy na tym niezwykłym koncercie? Czy to była tytułowa kołysanka? Dlaczego właśnie ona?

Stopniowo poznajemy zaskakujące doprawy fakty i dzieje tajemniczej melodii.

Warto przeczytać.

Kulinarne tropy w kryminałach Macieja Siembiedy

Moje nowe odkrycie literackie: kryminały Macieja Siembiedy.

Od ładnych paru lat już się ukazują, ale ja dopiero teraz je „odkryłam”. I mam wątpliwości, czy dobrze określam ich przynależność gatunkową; czy to rzeczywiście kryminały? Mówi się na nie thrillery historyczne, jako że zwykle u podstaw stoi jakieś autentyczne, zagadkowe wydarzenie historyczne, wokół którego można snuć przeróżne teorie i wersje wydarzeń. I Maciej Siembieda robi to cudownie.

Nie dość, że są tu wątki kryminalne, które uwielbiam, to jeszcze garstkę smaku w nich mamy. W cyklu książek z Jakubem Kanią (byłym prokuratorem, pracownikiem IPN-u, ha! kim on jeszcze nie był!) wcale często zdarzają się wycieczki do kuchni Jakuba, gdzie poznajemy tajniki przygotowania jakiejś potrawy, bo Jakub jest smakoszem, koneserem (z lekką nadwagą, co prawda). Te kulinarne wyprawy są opisane tak, że ma się od razu ochotę nałożyć fartuch i robić to, co Jakub poleca. Wydaje się, że mamy przepis na potrawę, może bez dokładnych proporcji, ale myślę, że wystarczający, by potrawę odtworzyć w swojej kuchni. W najbliższym czasie mam w planie przygotować jakubowe polędwiczki po francusku😊

Poszukałam w sieci trochę informacji o autorze, i okazało się, że swoje książki pisze w kuchni! Nie dziwi to zresztą, bo od dawna wiadomo, że kuchnie mają swój urok i często są sercem domu, choćby nie były zbyt duże.

P. Maciej udostępnił zdjęcie swojej kuchni, które wraz z wywiadem z nim podaję poniżej:

Miejsce pracy: Mam w domu kompletną scenografię literackiego thrillera: regały pełne ksiąg, przedwojenną maszynę do pisania, pożółkłe rękopisy, wiekowe wieczne pióra i stary stół pamiętający Napoleona. A jednak pracuję wyłącznie przy… kuchennym blacie. Tu czuję się najlepiej i już. Na północ od mojego „biurka”, spokrewnionego z obudową zlewozmywaka i zmywarki, jest wielkie okno, za którym rozciąga się świadomość, że kilkaset metrów dalej znajduje się Zatoka Gdańska. Mieszkam w takim fyrtlu Sopotu, który tutejsi eksperci handlu nieruchomościami polecają tak: „Fantastyczne miejsce do zamieszkania. Jak się uprzeć – morze widać”. Nie upieram się.

Na południe od mojego biurka, w zasięgu ręki, znajduje się coś jeszcze bardziej atrakcyjnego. Lodówka.

Tryb pracy: Na biurku są: komputer (średnio ważny), filiżanka z herbatą (ważna), notes (bardzo ważny), brudnopis (najważniejszy). Piszę zawsze na brudno. Piórem. Na odwrotnych stronach pism o podwyżce opłat za wywóz śmieci albo zusowskich pogróżek, że na emeryturze umrę z głodu. Pisanie na brudno ma magię. Można skreślać, poprawiać, troskliwie dobierać słowa i osiągać maksimum samozadowolenia, które nazajutrz mija. Poza tym na kartce papieru widzę i czuję tekst, na ekranie nie. Komputer jest tylko do przepisywania na czysto. Jak przepiszę – czytam na głos. Samemu sobie. Nie, nie z powodu samouwielbienia. Odwrotnie. Z pokory. Głośne czytanie każe postawić kropkę, gdy zdanie jest zbyt długie i brakuje tchu. Bezlitośnie wyłapuje zgrzyty, których nie wyłapuje oko. I pozwala uchwycić melodię tekstu. Bardzo ważne zjawisko. Kto wie, może nawet najważniejsze.

Piszę wyłącznie dla przyjemności. Dlatego czasami pół kartki, innym razem dziesięć stron albo przez wiele dni ani słowa. Uchodzę za uporządkowanego, ale pisania nie umiem ani planować, ani sobie narzucić. Przyjemność zdyscyplinowana przestaje być przyjemnością.

Górna półka smaku

To tytuł programu kulinarnego TVP2 (edycja w sobotnie poranki), w 2025 roku mamy już jego drugi sezon.

zdjęcie ze strony TVP

Formuła programu jest zabawna, lekka, nieskomplikowana, taka do śledzenia jednym okiem; niby kryminalna historia, ale wiemy, że to tylko pretekst, by pokazać trochę fajnej kuchni, zapomnianych nieco przepisów, pięknych, dolnośląskich zamków i bolesławieckiej ceramiki, tak obecnie modnej.

Autor poczytnych kryminałów – Marek Krajewski (piewca Wrocławia) tropi kuchmistrza, Orsona Hejnowicza (nowa gwiazda kulinarnej Polski), który wykradł starodawną księgę kucharską mistrza Hausmajstera. Orson nie jest jednak pospolitym złodziejaszkiem; szuka w księdze kulinarnego Graala Dolnego Śląska. Wędruje od zamku do zamku (a tych na Śląsku nie brakuje) i w każdym przygotowuje dwie potrawy. Wówczas księga objawia mu kolejne składniki świętej kultowej potrawy Dolnego Śląska.  

Jakiej? Tego dowiemy się (mamy nadzieję) na końcu wędrówek.

Oglądając, czujemy sympatię zarówno do ścigającego jak i ściganego😊

Orson dba o to, by Krajewski mógł skosztować wszystkich przygotowanych przez niego przysmaków. Podaje je na kamionkowej zastawie z Bolesławca; również w kuchni wszystkie naczynia do przygotowywania: miski, talerze, dzbanuszki są z tej ceramiki. Choć nie są to serwisy, Orson używa zbieraniny różnych bolesławieckich wzorów, a tych obecnie są już całe tony.

zdjęcie ze strony promocyjnej Dolnego Śląska

Sama załamałam się i do wiodącego wzoru zielonych kogutków, które kompletuję, dokupiłam wzory w kogutki granatowe, niebieskie kurki, a ostatnio nawet nowy wzór, który się pojawił: perliczki, przechadzające się w łodygach kopru i traw😊

Kuchnia w willi Książków

Tarnowianie wiedzą, o czym mówię.

Każdy pamięta ten budowany w latach siedemdziesiątych niezwykły dom z intrygującymi, purpurowymi mozaikami na liliowej elewacji i całe ściany szyb w bryle budynku.

Położony w środku miasta, u zbiegu ulic Chopina i Starowolskiego, dom radiologa doktora Książka fascynował i budził wiele emocji: u jednych zachwyt, inni uważali to za dziwactwo. Większość z nas nie wiedziała, że powstaje tu wysokiej klasy arcydzieło budownictwa modernistycznego. Jedno wiedzieli wszyscy: to synonim luksusu.

Nie sądziłam, że kiedykolwiek uda mi się zobaczyć go wewnątrz.

Ale teraz, po śmierci doktora Stanisława Książka (92 lata!), dom jest na sprzedaż. Za – bagatela – 4,7 mln złotych. Po paru miesiącach od wystawienia na sprzedaż nadal nie ma amatorów i pewnie dlatego zorganizowano dzień otwarty, można było go zwiedzić. Bilety rozeszły się na pniu, niemal natychmiast, jak się pojawiły.

O samym domu napisano już wiele i łatwo znaleźć te artykuły.

Ja opowiem tutaj o kuchni, bo ta intrygowała mnie szczególnie.

Myślałam, że będzie większa, ale generalnie pomieszczenia w willi nie przytłaczają ogromem, co jest jednak zaletą, bo są przytulne.

Więc kuchnia – to prostokąt o szerokości drzwi wejściowych, kończący się oknem z szerokim parapetem.

Kuchnia jest jasna, choć wychodzi na północ. Na zewnątrz okna (i tak jest we wszystkich oknach willi) są kamienne wypusty-korytka na kwiaty i te kwiaty (lub inne rośliny) nadal wszędzie są. Za kuchennym oknem mamy wrzosy. Za nimi wspaniały widok na skrzyżowanie ulic, gdzie nie brakuje drzew. Wyobrażacie sobie poranną kawę w takiej scenerii? Cudowne!

Wróćmy do wnętrza kuchni. Po prawej stronie szafki z blatami, z wnękami na lodówki (jest ich tam dwie), po drugiej stronie pomieszczenia kuchenka, okap, zlew, a wszystko to na tle czerwonej mozaiki z małych kafelków specjalnie wypalanych dla tego domu (w ogóle wszystko w tym domu było robione na specjalne zamówienie).

Kuchnia sąsiaduje z salonem, stąd w ciągu szafek zamontowano rozsuwane okno, przez które można podawać potrawy prosto do stołu w salonie (stół na pierwszy rzut oka nie jest zbyt duży, ale rozsuwa się i może pomieścić do 30 osób!).

Tajemnicze drzwi koło okna – jak się okazało – prowadzą do jadalni, takiej na co dzień, z kompletem mebli w stylu góralskim: brązowy, drewniany stół i krzesełka wycinane w góralskie wzory (kiedyś bardzo lubiane w naszych domach).

Kuchnia jest bardzo dobrze oświetlona: aż trzy piękne, górne lampy, punktowe lampki w okapie i dodatkowe oświetlenia blatów.

Wszystko w tej kuchni jest pod ręką i spełnia wymogi ergonomii. Dobrze by się tam w niej gotowało.

Ale są też i minusy: szafki są już stare i to już po nich widać; podłoga wyłożona jest linoleum, które już jest wytarte, lodówki baaaardzo przestarzałe, absolutnie do wymiany.

Ale problem z tym domem jest taki, że nie można w nim absolutnie czegoś zmienić (taki zresztą był wymóg projektanta: ma być tak, jak on zaprojektował, koniec kropka), bo wszystko jest tam unikatowe i jeśli ruszy się jakikolwiek element – poleci wszystko.

A sprzedający chcieliby, aby dom został zachowany w takim kształcie, jak jest. I to jest problem, bo on jednak wymaga zmian, choćby tych, związanych ze zużyciem mebli i sprzętów, a ponadto nie każdy jest zwolennikiem ciężkich kalwaryjskich mebli na wysoki połysk, czy drewnianych boazerii na wszystkich niemal ścianach.

Mówi się, że najlepiej, aby stworzyć tutaj swego rodzaju muzeum modernizmu.

Tylko kogo na to stać?

Płatki róży cukrowej w kuchni

To właśnie ten czas, gdy płatki róży w kolorze pink pakuje się do słoiczków, z myślą o nadzieniu do pączków i dodatkiem do mazurków. W towarzystwie białego twarogu i razowego chleba konfiturowe płatki też są pyszne.

Zwykle robię je od lat tak samo: po sparzeniu ucieram z cukrem (2 razy tyle cukru, ile zaważą płatki przed sparzeniem), zwykłą pałką w makutrze, dodaję troszkę soku z cytryny, po czym zamykam w słoiczkach typu twist. Róża ma postać gęstego dżemu. Zwykle wychodzi mi 3-4 małe słoiczki, więc spokojnie mieszczą się w lodówce, tam je przechowuję.

W tym roku zrobiłam eksperyment, znalazłam przepis na konfiturę z róży, gdzie płatki pływają w gęstym soku.

Robi się to tak:

Trzeba zważyć płatki i przygotować 2 razy więcej cukru i trochę soku z cytryny.

Najpierw robimy syrop, gotując wodę (ok. 1 szklanki) z cukrem. Gdy cukier się rozpuści wrzucamy płatki różane, mieszamy i gotujemy około 10 min. Zostawiamy na kilka godzin. Po tym czasie dodajemy sok z cytryny, ponownie zagotowujemy, po czym wkładamy do słoiczków twist, zakręcamy. Gotowe. Smacznego!

Telewizyjny „Rosół polski”

Dawno już miałam napisać o tym nowym programie kulinarnym, który pojawia się co sobotę w TVP2 o 13 z minutami. Schodziło mi tak jakoś, schodziło, ale kiedy „rosół” pokazał się w Tarnowie – to już nie ma uproś!

zdjęcie z facebooka Ł. Maciejewskiego

Program prowadzą Agnieszka Kraszewska (tarnowianka, z wykształcenia historyk, ale i pasjonatka i szef kuchni oraz miłośniczka ryb – jak się okazało) i Aleksander Baron (historyk sztuki, ale też szef kuchni z wielkim doświadczeniem, od lat propagator autorskiej polskiej kuchni). Agnieszka Kraszewska i Aleksander Baron prowadzą restauracje „Kapłony i Szczeżuje” w Krakowie i Katowicach.

W Tarnowie, w Parku Strzeleckim, z mauzoleum gen. Bema w tle, przygotowali szczupaka według sposobu Wojskiego z „Pana Tadeusza”:

„Ryba nie krojona,

U głowy przysmażona, we środku pieczona,

A mająca potrawkę z sosem u ogona”

zdjęcie z facebooka A. Kraszewskiej

Autorzy lubią eksperymenty!

W Tarnowie towarzyszył im Łukasz Maciejewski, krytyk filmowy, również tarnowianin. Tak napisał o swoim udziale w „rosole polskim”:

„Co ty wiesz o gotowaniu.

No, wiem niewiele.

Kanapki i kawa. Tyle potrafię „upichcić”.

A jednak wystąpiłem w programie kulinarnym – i to świetnym, najlepszym może.

„Rosół Polski” Agnieszki Kraszewskiej i Aleksandra Barona w TVP 2.

I to w Tarnowie.

Jeść lubię, uwielbiam, smakować, doceniać.

I kino lubię kulinarne.

Z Agnieszką i Aleksandrem, w scenerii pięknego parku opodal mojego rodzinnego domu, parku, którym przechodziłem setki razy, przed mauzoleum generała Józefa Bema, rozmawialiśmy o sztuce gotowania w kinie.

„Przepiórki w płatkach róży” na „Uczcie Babette” wyszykowanej przez „Wujka Boonmee”. Ryby i inne namiętności.

Rozmawiało się wspaniale, i smakowało. ”

I jeszcze kilka słów Aleksandra Barona o tym nowym programie kulinarnym:

„Rosół polski to gar, w którym warzy się opowieść o nas, Polakach, o naszej historii, tradycjach i zwyczajach, o międzykulturowej wymianie, do której dochodziło przez wieki na naszej ziemi. Chcemy jak najszerzej przedstawić i opowiedzieć o tym, co składa się na tę fantastyczną część kultury, jaką jest kuchnia i stół, przy którym od wieków spotykają się ludzie. Chcemy pokazać, że kuchnia polska to zjawisko złożone, budowane przez wiele wieków, które może zaskoczyć zarówno nas, Polaków, jak i tych, którzy odwiedzą nasz kraj. W „Rosole polskim” przywołamy zapomniane dania, opowiemy o ich historii i odkryjemy pochodzenie tych, które są powszechnie znane. W każdym odcinku kogoś nakarmimy, bo przecież jedzenie ma też swoją ważną społeczną funkcję, dzielenia się nim z innymi.”

Tyle już było programów kulinarnych w telewizji; pierwsze, które się pokazały (jak choćby Roberta Makłowicza) oglądało się z wypiekami na twarzy, mam wiele przepisów na przeróżne potrawy, skopiowanych z tych programów, wiele z nich wypróbowałam. Ale zawsze ciekawią mnie nowe programy, nowi kulinarni guru. Nigdy nie wiadomo, czy nie odkryję jakiejś ulubionej dla mnie perły!

Szparagowa majowa

Przyszedł czas na szparagi. Najbardziej lubię te zielone, bardzo delikatne, no i tak apetycznie wyglądają. Oczywiście najczęściej jem z wody, z masłem i tartą bułką (a jeszcze lepiej z panko), posypane jajkiem na twardo. Pycha!

Ale i zupa jest z nimi przepyszna.

  • 2 łodygi zielonych szparagów
  • 1 ziemniak
  • Pół cebuli
  • Kawałek łodygi pora (biała część)
  • Jajko na twardo
  • Plaster łososia wędzonego na zimno
  • Koperek
  • Serek topiony – 2 trójkąciki
  • 2 łyżki gęstej śmietany 18%
  • Sól, pieprz, czosnek niedźwiedzi

Ziemniaka i cebulę kroję w kostkę, por na półplasterki, szparagi na kawałki (odcinam główki i zostawiam na potem, dodam je pod koniec gotowania), zalewam wszystko wodą i gotuję do miękkości, lekko soląc od razu.

Miksuję, ale tylko trochę, zostawiając małe kawałki jarzyn.

Dodaję serek topiony i główki szparagów, parę minut gotuję, mieszając i doprawiając do smaku, dodaję koperek i śmietanę. Odstawiam, żeby smaki się przegryzły.

Podaję w miseczkach, do każdej dodając kawałki jajka i kawałki łososia.

Smacznego!

Bulion i inne namiętności

Pojawił się na platformie Canal+ zachwycający, kulinarny film: „Bulion i inne namiętności”; zdobył Złotą Palmę w Cannes w 1924 roku.

Mamy wiek XIX, rzecz dzieje się we Francji, a bohaterami filmu są znakomita kucharka Eugénie (Juliette Binoche) i znany smakosz, gastronom Dodin (Benoît Magimel). Od 20 lat razem gotują, tworzą przepisy i wydają wielkie przyjęcia.

Fabuła filmu jest prościutka, nie ma tu wielkich zwrotów akcji; ta toczy się głównie w wielkiej kuchni (miło by było mieć taką! Aczkolwiek nie jest ona urządzona z obecnymi kanonami funkcjonalności!), czas biegnie wolno i właściwie głównymi bohaterami są potrawy, przygotowywane z wielkim pietyzmem, dużym nakładem czasu i kunsztu.  Taka jest wielka kuchnia francuska, złożona, gdzie o końcowym smaku decyduje wiele składników. Co dodać do potrawy i kiedy? – mistrzowie tej kuchni to wiedzą.  Byłam zachwycona filmem, prawie zazdrościłam Paulinie, młodziutkiej dziewczynie, która była uczennicą Eugenii i  Dodina.

Tytułowy bulion (pot-au-feu) to wiejskie danie, które wywodzi się ponoć jeszcze z czasów średniowiecza. Składa się z gotowanych w żeliwnym garnku mięs (najczęściej różnych kawałków wołowiny) i warzyw, które tworzą niezwykle esencjonalny bulion. Najczęściej podaje się go razem z kawałkami chleba i porcją mięsa. Savarin opisał pot-au-feu w swojej „Fizjologii smaku”, a Wolfgang Goethe wspominał w swoich tekstach, jak w 1792 roku próbował tej wspaniałej potrawy i się nią zachwycał. W filmie widzimy jak ten bulion powstaje.

Jak się później doczytałam, film oparty jest na motywach powieści Marcela Rouffa „La Vie et la Passion de Dodin-Bouffant gourmet” (z fr. Życie i pasja Dodina-Bouffanta, smakosza). Pierwowzorem Dodina był żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku Jean Anthelme Brillat-Savarin. Prawnik, polityk, smakosz i epikurejczyk, autor słynnej książki „Fizjologia smaku albo medytacje o gastronomii doskonałej”, zbioru esejów kulinarno-kulturoznawczych i socjologicznych, z której pochodzą takie powiedzenia jak: powiedz mi, co jesz, a ja ci powiem, kim jesteś, czy – pojawiające się w filmie stwierdzenie – odkrycie nowego dania większym jest szczęściem dla ludzkości niż odkrycie nowej gwiazdy. 

Film zachwyca grą świateł, eksponowaniem szczegółów potraw, zastawy stołowej.

Myślę, że dla miłośników sztuki kulinarnej (zarówno tych, co sami gotują, jak i dla smakoszy tylko) to pozycja obowiązkowa. To film porównywalny chyba tylko z kultową „Ucztą Babette”.