Czy przeminął czas kawiarni? Na marginesie książki „Antoni Uniechowski”

Tyle się człowiek naczytał o tych wspaniałych kawiarenkach, o niepowtarzalnej, niezapomnianej atmosferze, o prowadzonych dyskusjach, o oryginalnych zachowaniach stałych bywalców – i to wszystko przy jednej filiżance kawy!

Ot, właśnie skończyłam czytać książkę „Antoni Uniechowski czyli magiczne widzenie świata” Krystyny Uniechowskiej-Dembińskiej.

Uniechowski

I jest tam rozdział, w którym córka opowiada o swoim pobycie z ojcem, zaraz po wojnie, w Krakowie. I o przesiadywaniu w krakowskich kawiarniach.

Posłuchajcie (a raczej poczytajcie) jako to było:

„Pokój na Szymanowskiego, na trzecim piętrze był duży, pusty, słoneczny, z balkonem, a przed domem rozciągał się park Krakowski już cudownie zielony. Przechodziło się ścieżkami na ukos, szło Garncarską i już była Krupnicza i Dom Związku Literatów — ówczesna oaza życia twórców. Dalej dochodziło się do Plant, skręcało w lewo i już po drugiej stronie Karmelickiej kusiła Gospoda Aktorów. A jeśli szło się prosto ulicą Szewską, to wchodziło się na Rynek, w dzielnicę kawiarni i kawiarenek.

Antoni Uniechowski zadomowił się w krakowskich kawiarniach. Najdłużej był wierny Noworolskiemu w Sukiennicach. Tutaj rysował. Były tam duże okna, więc było jasno, i wygodne kanapki. Starym zwyczajem rozkładał na stoliku rysowanie. Warsztat: ebonitowe pudełeczko z piórkami i pędzelkami, buteleczka tuszu, nieodstępna szmatka do wycierania piórek. Na kolanach kładł tekturową teczkę, na niej arkusz papieru. Rysunki lawował kawą. Odlewał trochę czarnej na spodek i tak spędzał długie godziny. Kelnerzy znali go, a ponieważ w Krakowie od stu lat pełno było artystów, takie rysowanie czy pisanie w kawiarni nikogo nie dziwiło.

Inaczej było niż dziś w kawiarniach krakowskich, a zwłaszcza u Noworola. Nie roiły się tam jak teraz wycieczki, bo instytucja wycieczek jeszcze nie istniała. Nie było na Rynku tłumu umęczonych turystów, nie było ostentacyjnie młodzieżowej młodzieży. Ta młodzieżowość to też był późniejszy wynalazek. Moi rówieśnicy byli zdominowani przez ważny świat dorosłych, przez ich problemy i sposób bycia. Właściwie nikt nas, młodzieży, wówczas nie zauważał, a w każdym razie nie traktowano nas jako problemu. Musieliśmy dorosnąć i koniec. Słowem, młodzież nie wtargnęła jeszcze do kawiarni. Byłam wyjątkiem i strzegłam się, żeby nie nadużyć tego przywileju. Przy stoliku Ojca i jego znajomych siedziałam cicho jak mysz.”

Noworolski w Krakowie

 (zdjęcie ze strony http://www.kawiarni)

Lata mijają i co rusz, któraś z kawiarni, mimo, że nadal istnieje, traci tę swoistą, niezapomnianą atmosferę i przestaje być Mekką elity (takiej czy innej) i tylko turyści i tropiciele (tacy jak ja na przykład) usiłują odnaleźć dawnego ich ducha.

Z „Noworolem” chyba też tak się stało.

Przyznam się, że właściwie nigdy tam nie byłam.

Owszem, w czasie studiów uwielbiałam kawiarnie, ale Noworolski zawsze mnie onieśmielał, taki był ekskluzywnie elegancki, nie z mojej bajki, i zawsze myślałam, że nie stać mnie po prostu na bywanie u nich.

A teraz, mimo że bywam stosunkowo często w Krakowie, i na kawę pewnie byłoby mnie stać, jakoś nadal czuję, że nie jest to miejsce dla mnie.

Ale przechodząc obok (a trudno nie przechodzić, jako że Noworolski jest na środku Rynku, w Sukiennicach) widzi się, że ciągle jest tam ruch i mnóstwo ludzi.

Ponoć kremówki są tam idealne…

Kiedy wybieram się do Krakowa, zawsze jest to dla mnie czas wyjątkowy. Tak bardzo lubię tam być i zawsze starannie wybieram miejsce na obiad i na kawę.

Może jednak zajrzę do Noworola niebawem? …..

Kuchnia indyjska w Krakowie

Przygotowuję się do przyjęcia, na którym chciałabym podać dania kuchni indyjskiej.

To trochę karkołomne wyzwanie dla kogoś, kto nigdy w Indiach nie był (znaczy dla mnie).

Jednak po przypomnieniu sobie świetnej książki „Kari na bananowym liściu” autorstwa O. Sobańskiego i J. Pałęckiej – mam już jakie takie pojęcie o kuchni indyjskiej, o filozofii przygotowywania potraw, głównych składnikach tam używanych, rodzajach dań.

Przyszedł czas na posmakowanie:

Wybrałam restaurację w Krakowie „Indus Tandoor” przy ul. Sławkowskiej. Reklamuje się ona jako autentyczna, działa od 1988 roku, kucharzem jest Hindus.

Wystrój ma elementy kultury indyjskiej, dużo starego złota w detalach (słonie, dzbany, lampy), ściany wyłożone wytłaczaną skórą, ciemne masywne meble. Trochę mroczno. Pozłacane, ozdobne, ciężkie sztućce, prosty fajans talerzy.

sztućce w Indus Tandoor

Zdecydowałam się spróbować tylu dań, ile byłam w stanie zjeść:) Zrobiłam założenie (przyznaję od razu – nie wiem czy słuszne – tu muszę się jeszcze dokształcić!), że na posiłek w rodzaju obiadu lub kolacji składają się: przekąska, zupa, danie główne.

Jako przekąskę wybrałam samosy nadziewane pikantnymi ziemniakami i groszkiem z trzema rodzajami sosów, podane z surówką.

samosy w środku

Samosy dobre, ale ostre. Jeden z sosów totalnie dla mnie za ostry, pozostałe dwa: pomidorowy i jogurtowy – pyszne!

Potem zdecydowałam się na zupę dal z soczewicy.

zupa dal

Dla mnie nie do przyjęcia! Tak dużo przypraw miała w sobie, że była aż gorzka. I szalenie ostra. Na pewno chciałabym podać tę zupę u siebie (uwielbiam testować zupy z soczewicy z różnych kuchni narodowych), ale na pewno będę bardzo, bardzo ostrożna z przyprawami.

Wiem, że pewnie się nie znam, że kuchnia indyjska musi być ostra, ale złagodzę ją, wyjaśniając oczywiście gościom modyfikację; w czystej postaci nikt by mi tak ostrych potraw nie zjadł!

I danie główne: chicken tikka masala – kawałki kurczaka w marynacie pieczone w piecu tandoori, podane w kremowym sosie pomidorowym.

chicken tikka masala

Tym daniem jestem zachwycone! Pyszne, soczyste mięso kurczaka, w znakomicie wyważonym smakowo sosie, nie za ostre. Kurczak podany był w żeliwnym zgrabnym tygielku, postawionym na podgrzewaczu, do tego chlebek naan.

N pewno spróbuję to danie u siebie podać.

Ponieważ kuchnia indyjska nie uznaje żadnego alkoholu (z przesłanek religijnych), nie zamawiałam do posiłku żadnego wina czy piwa, mimo, że w karcie menu one są obecne. Zakończyłam posiłek po prostu zieloną herbatą.

Nie wiem, czy menu tej krakowskiej restauracji jest reprezentatywne dla kuchni indyjskiej, ale mam nadzieję, że tak, i będzie dla mnie pewnym wzorcem.

Byłam tam w dzień powszedni, ok. godz. 15 i ruch był spory, jak na krakowski lokal. Żadnego kłopotu ze stolikiem nie było, ale też lokal nie świecił pustkami.

I jeszcze ceny: za przystawkę, zupę, danie główne i herbatę zapłaciłam 60 zł.

Myślę, że warto tam zajrzeć:)

Na Brackiej, kiedy nie pada deszcz

Jak to w Krakowie: jest gwarnie, słonecznie, trochę tłoczno:)

Bracka

Odwracam wzrok od turnauowskiej „Nowej Prowincji”; nie dla mnie dziś cukierenki i słodkie tarty, chcę zjeść coś konkretnego, jestem głodna. Mijam jednak C.K. Dezerterów, nie jestem AŻ tak głodna:) Wchodzę do sąsiadującego z nimi „Guliwera”

Guliwer wnętrze

O, sałatka Guliwera – to właśnie to, o czym myślałam: mix sałat ze słodkim sosem, plastry rolady z kurczaka, łososia i szpinaku, ser kozi, płatki migdałów, grzanki. Do tego kieliszek różowego wina

sałatka Podróże Guliwera

różowe wino

I jeszcze miseczka zupy: pomidorowej, baskijskiej z grzankami; uwaga! bardzo jest ostra:) a namawiała mnie miła kelnerka na krem brokułowy! 🙂

pomidorowa baskijska

Kuchnia włoska w Pałacu Pugetów

„Il Calzone” jest w zasadzie w centrum Krakowa: Starowiślna 13.
Dobry adres na obiad dla odwiedzających Kraków trzynastego, i to w dodatku w piątek:))))

Pałac Pugetów

Miły, klimatyczny lokal

Il Calzone

Ale w porze lunchu, ok. godz. 14, niemal pusty.
Czy z uwagi na ceny? Poniekąd pewnie tak: obiad dla trzech osób (coś zimnego do picia, przystawka, głowne danie i wino) – to wydatek dwustu złotych.
Może położenie niezbyt szczęśliwe? Lokal, mimo, iż to centrum miasta, jest jednak troszkę na uboczu, nie przy samej ulicy. Trzeba wejść na dziedziniec kompleksu pałacowego Pugetów i przejść do leżącej na uboczu oficyny.
Ale decydująca jest tu chyba kuchnia: poprawna, ale niezachwycająca. Bez polotu, bez tej jakiejś nutki, która każe „wylizywać” talerze.
Nasz wybór:
Przystawki: sałatka Siena (boczek z grilla, suszone pomidory, czerwona cebula, grzanki, sos), sałatka Volterra (cielęcina, pomidor, karczochy, czarne oliwki, sos), samżone małże św. Jakuba z rucolą i suszonymi pomidorami

przystawki

Dania główne: pierś gęsi w sosie śliwkowym, filet z indyka na szpinaku z serem Taleggio, eskalopki cielęce w borowikach

dania główne

Porcje były solidne, ale…. więcej tam nie wrócę.
I w dodatku wina nie sprzedawano na lampki, tylko na butelki jedynie. A przeciez każda z nas zamówiła potrawę, do której pasowało inne wino. I nikt sam przecież nie wypije całej butelki do obiadu. Cóż, jakieś tam wino wybrałyśmy metodą kompromisu.
Ale tak się nie robi, panowie restauratorzy.

Krakowski festiwal pierogów

I oto mamy już VIII Festiwal Pierogów w Krakowie. Impreza trwa na Małym Rynku od piątku do niedzieli (13-15 sierpnia). I do zdobycia 2 nagrody przez restauratorów: od jury – statuetka św. Jacka, i od publiczności – statuetka św. Kazimierza:

statuetka św. Jacka

statuetka św. Kazimierza

migawki z festiwalu

stoisko z pierogami

A taka była propozycja na pierogi św. Jacka w tym roku:

pierogi św. Jacka

Zdjęcie dnia: zupełny absurd i prawie że surrealizm; nie dość że to dość karkołomny pomysł, by szlachcic w kontuszu, z pasem słuckim – równy wojewodzie, panie kochanku! – robił za naganiacza (rozdawał wizytówki i zachęcał do stoiska), to jeszcze trafił mu się półnagi Krakus, obywatel XXI wieku:)))

szlachcic

Ta pani w wianku usiłowała mnie przekonać że na pewno nie jadłam pierogów z wątróbką! Wolne żarty!!!

stoisko z pierogami

Podaję więc moją propozycję, w dodatku z przepisem:

pierożki z wątróbką

To przetestowany przepis z książki o świętach i kuchni żydowskiej; pierożki nazywają się kreplach.

30 dag wątróbki drobiowej
2 cebule
2 żółtka z jajek ugotowanych na twardo
1-2 łyżki smalcu lub miękkiego masła
2 łyżki oleju, 1 łyżka masła do smażenia
sól, pieprz

Ciasto:
30 dag mąki
1 surowe żółtko
ok. pół szklanki ciepłej wody
2-3 łyżki masła

sposób przygotowania
Przygotować ciasto: dodać do mąki żółtko i dolewając po troszku wody, zagniatać ciasto. Dodać masło, jeszcze raz wyrobić ciasto aż będzie gładkie i lśniące. Przykryć ściereczką i zostawić aż farsz będzie gotowy.
Przygotować farsz: wątróbkę oczyścić z błonek i tłuszczu.
Cebulę pokroić w drobniutką kostkę.
Rozgrzać na patelni olej i masło, wrzucić cebulę i wątróbkę, smażyć mieszając ok. 15 minut. Odstawić do przestygnięcia.
Następnie wyjąć wątróbkę, bardzo drobniutko ją posiekać, aż będzie wyglądała jakby była zmielona, wymieszać z pozostałymi na patelni tłuszczem i cebulą, dodać rozgniecione widelcem żółtka jajek, przyprawić solą i pieprzem. Dodać tyle smalcu lub miękkiego masła, aby farsz nie był suchy i nie kruszył się (powinna wystarczyć troszkę więcej niż 1 łyżka).
Ciasto rozwałkować na cienki placek, pokroić w małe kwadraty (4cm), nakładać po troszku farszu, zginać każdy kwadrat z farszem po przekątnej w trójkąt, zlepić dobrze brzegi.
Zagotować osoloną wodę w dużym rondlu, wrzucać partiami pierożki, gotować 3 minuty od wypłynięcia pierożków na powierzchnię. Wyjmować pierożki łyżką cedzakową, przekładać na płaskie talerze, układając tylko w jednej warstwie, zostawić do ostygnięcia.
Podawać przysmażone na oleju wymieszanym z masłem.

I jeszcze lokal z pierogami na ulicy Szpitalnej, Jana Kościuszki, propagatora kuchni siermiężnej

pierogarnia na Szpitalnej