Na krakowską „Ancorę” czaiłam się od dawna

Nie byłam jednak pewna, czy jest w zasięgu moich możliwości finansowych.
Dopiero, kiedy pojawiło się na ich stronie internetowej menu wraz z cennikiem – zaplanowałam tam obiad.
Zaległe imieniny wiernej towarzyszki moich kulinarnych penetracji były dobrą okazją:)
Chciałam tam iść z uwagi na właściciela- Adama Chrząstowskiego prowadzącego program telewizyjny „Adam po pracy” i blog kulinarny.
Ancora mieści się w centrum Krakowa, na rogu ulic Dominikańskiej i Poselskiej. Idąc, patrzcie uważnie: wejście jest od ulicy Dominikańskiej, ale nie jest zbytnio wyeksponowane.

ancora Kraków

Wystrój, potrawy, obsługa – wszystko można podsumować dwoma słowami: spokojna elegancja, czy może ascetyczna klasyka. Męski, trochę surowy, styl.

wystrój ancory

Nie ma tu w wystroju ozdóbek, mieszaniny różnych bajek (co – skądinąd bywa niekiedy urocze), a smaki potraw są wyważone i zharmonizowane. Nie trafiły mi się tutaj dania rzucające na kolana, ale wszystko co jadłyśmy było smaczne i pięknie podane.
A cenowo: obiad dla dwóch osób, składający się z zestawu przystawek i głównego dania + lampki wina – to koszt ok. 200 zł.
Czas na prezentację potraw:
Zestaw 6 przystawek, bardzo pomysłowo podanych w małych kokilkach. Każda z nas dostała nowoczesny w formie, biały, prostokątny talerzyk, sztućce i można było próbować i zestawiać przystawki, co tam kto lubi.
Wybrałyśmy:
ruloniki z rostbefu z chrzanem
mus z kaczych wątróbek z warstwą galaretki porzeczkowej
kozią bryndzę z marynowanymi buraczkami
pomidory malinowe z dymką
mini omlet z boczniakami i szczypiorkiem
sałatkę z młodych warzyw (to była po prostu sałatka jarzynowa)

przystawki

Do tego pieczywo jasne i ciemne oraz kremowo-serowe masełko
Po przystawkach intermezzo: sorbet ogórkowy z żubrówką – super hit! przepyszny!

sorbet ogórkowy

Dania główne:
Trio jagnięce: comber, ozorek i łopatka z sosem prowansalskim i ziemniaczaną zapiekanką

trio jagnięce

Trio wieprzowe: schab z rusztu, boczek wolno gotowany i kaszanka podane z puree z zielonego groszku

trio wieprzowe

Wino: czerwone cotes du Rhone

Wybierając danie główne długo wahałam się, czy wybrać coś z menu sezonowego – były moje ukochane kurki! – czy jednak z menu ogólnego.  Zdecydowałam się na jagnięcinę z menu ogólnego, bo nigdy nie mam jej dosyć – praktycznie jest nie do kupienia na mojej prowincji, chyba że czasem, mrożona nowozelandzka. Mało też mam doświadczenia, jaka ta jagnięcina powinna być w smaku. Wydawało mi się, że ta moja na talerzu jest nieco twarda – ale może taka właśnie ma być?

Przypomina mi się tutaj historia z Cannes we Francji, kiedy w małym bistro, trzy czwarte wycieczki, z którą tam byłam, zrobiło prawie że awanturę personelowi, że dano im do jedzenia twarde podeszwy, a nie steki wołowe! I powiem wam, że sama nie wiem, czy te steki były właściwe, czy rzeczywiście źle przygotowane… twarde rzeczywiście były! a noże nieostre!

„Ancorę” zapamiętam jednak bardzo sympatycznie: miłą i nienarzucającą się opiekę kelnerki, spokojny ład i minimalizm  wystroju sal, smaczne, ładnie podane potrawy.

I jeszcze coś powiem wam na ucho: w toalecie, zamiast ręczników papierowych, stał wiklinowy koszyk, a w nim zwinięte w ruloniki malutkie frottowe ręczniczki, które po wykorzystaniu wrzucało się do przeznaczonego na ten cel pojemnika. Uważam to za super pomysł!

Krakowska „Nowa Prowincja”

Zapraszam na małe co nieco do urokliwego lokaliku na Brackiej w Krakowie, pełnego zegarów, starych sprzętów, drewnianych krzeseł i szkolnych ławek

nowa prowincja

wnętrze Nowej Prowincji

Obowiązkowo powinno się tu zjeść tartę cytrynową, ale ja chciałam coś bardziej konkretnego; skończyło sie na sałatce z marynowanym bundzem i chrupiącymi tostami

„Nowa Prowincja” była ulubioną knajpką Wisławy Szymborskiej; może to tu napisała swój wiersz o cebuli? kto wie? :)))

Cebula
Wisława Szymborska

Co innego cebula.
Ona nie ma wnętrzności.
Jest sobą na wskroś cebulą,
do stopnia cebuliczności.
Cebulasta na zewnątrz,
cebulowa do rdzenia,
mogłaby wejrzeć w siebie
cebula bez przerażenia.

W nas obczyzna i dzikość
ledwie skórą przykryta,
inferno w nas interny,
anatomia gwałtowna,
a w cebuli cebula,
nie pokrętne jelita.
Ona wielekroć naga,
do głębi itympodobna.

Byt niesprzeczny cebula,
udany cebula twor.
W jednej po prostu druga,
w większej mniejsza zawarta,
a w następnej kolejna,
czyli trzecia i czwarta.
Dośrodkowa fuga.
Echo złożone w chór.

Cebula, to ja rozumiem:
najnadobniejszy brzuch świata.
Sam sie aureolami
na własną chwałę oplata.
W nas – tłuszcze, nerwy, żyły,
śluzy i sekretności.
I jest nam odmówiony
idiotyzm doskonałości.

Analiza i interpretacja wiersza Herberta „Kościół”

Właśnie odebrałam e-maila z przepiękną analizą wiersza Herberta, o którym tu ostatnio tyle się mówi, autorstwa p. Atojaxxl. Bardzo, bardzo dziękuję!!!!
I byłoby doprawdy z mojej strony wielkim egoizmem, gdybym nie podzieliła się tutaj tym tekstem.
Oto on:

W kamiennym lesie katedry
pod czaszką sklepieniem i niebem
godzina wstrzymanych zegarów
popiół spalonych traw

niepewne wiązania szeptów
westchnienia do chleba naszego
na górze żebra mamutów
kamienne morze i ląd

milczenie posadzki na której
kwitną włosy grzesznicy
pora samotna jak ziarno
rozsadza opokę i dno

w brzozowym lesie organów
zagubił kantyczkę Sebastian
Jan ją znalazł i poszli
przytuleni skrzydłami

on był tu także lecz milczał
zagasił ołtarz jak zachód
puszystej łące powietrza
stopy zostawił świat

Zakładając, że nie znamy (założenie konieczne, bo znamy!!!) kontekstu i okoliczności powstania wiersza, przyjmujemy, że tytuł jest zapowiedzią poetyckiej refleksji dotyczącej bądź kościoła jako instytucji  lub kościoła – budynku. Z treści wiersza wynika, że poetyckiej refleksji poddane zostało wnętrze kościoła, który jest gotycką katedrą.
Posługując się licznymi metaforami podmiot liryczny przedstawia wnętrze katedry jako las kolumn podtrzymujących zarówno myśl ludzką ( utożsamiona z czaszką), jak i sklepienie (dach) oraz wiarę w wieczność (utożsamiona z niebem). W tym wnętrzu  czas jakby stanął w miejscu (godzina zatrzymanych zegarów = godzina śmierci Chrystusa = godzina odkupienia) a wypełnia je zapach kadzideł i minionych wieków (popiół spalonych traw). Zaznaczyć należy, że słowo „czaszka” może być też nawiązaniem do Golgoty, a więc kościół jest miejscem, pod którego sklepieniem powtarza się Ofiara Chrystusa.

W tym wnętrzu trwa modlitwa wypowiadana szeptem, a więc dająca wrażenie niepewności, czy zostanie wysłuchana (niepewne wiązania szeptów), odwieczna modlitwa „Ojcze nasz” zawierająca prośbę o zaspokojenie podstawowej potrzeby człowieka: o chleb powszedni ale też o chleb Eucharystii (westchnienia do chleba naszego) – wykorzystana tu zostaje wieloznaczność słowa chleb.
Sklepienie kościoła opisuje podmiot liryczny jako szkielet (metaforyczne żebra mamutów), a rozpiętą na nim wapienną nawę wiąże z miejscem pochodzenia wapieni a więc „kamiennym morzem” , które stało się lądem (znów wieloznaczność słowa nawa , które tu wprawdzie nie zostało przez poetę użyte, ale nasuwa się samo przez się : nawa jako część kościoła i nawa  jako okręt ).

Posadzka kościoła, a więc ta najniższa jego część, jest milczącym świadkiem hołdu jaki wierni oddają Chrystusowi jak niegdyś jawnogrzesznica (kwitną włosy grzesznicy), która własnymi włosami wycierała stopy Jezusa (Łk 7,36-50).
Samotna modlitwa przenika mury kościoła i ziemię, ma siłę ziarna rzuconego w glebę (jak ziarno rozsadza opokę i dno) . Ale może to być także nawiązanie do samotnej śmierci Jezusa na krzyżu (samotna pora = czemuś mnie opuścił), która nie była końcem lecz początkiem nowego, wiecznego życia.

Kolejną częścią kościoła porównaną metaforycznie do lasu są organy. Ich jasne wysokie piszczałki podobne są do wysmukłych pni brzozowych i rozjaśniają wnętrze (w brzozowym lesie organów   ). Wśród nich wznosi się i zanika melodia kantyczki (znowu wykorzystanie wieloznaczności słowa: kantyczka to książeczka zawierająca pieśni, ale i pojedyncza pieśń religijna staropolska najczęściej). W mistrzowski sposób podmiot liryczny łączy postać Jana Sebastiana Bacha z popularnym pojęciem chórów anielskich – rozdziela jego imiona na postacie dwóch z wielu aniołów, którzy tradycyjnie należą do dekoracji organów.

Wreszcie ostatnia zwrotka czy jak obecnie się mówi – segment wiersza. On – kim jest , kim był ? Nasuwa się kilka interpretacji. On – Bóg, On – Chrystus, On – Duch Święty ? Milczący Bóg, którego obecność w Eucharystii rozsadza zamkniętą przestrzeń kościoła (gasi ołtarz) który nie mieszka tylko w ołtarzu, który jawi się jako stwórca („łące powietrza stopy zostawił świat” ). Ale może to być także postać Ukrzyżowanego, która jakby jest ważniejsza od innych elementów wystroju kościoła, ponieważ Jego stopa jest dostępna wiernym a jej ucałowanie czy pobożne dotknięcie jest kontaktem ze światem transcendentnym.

Jak wspomniano wyżej, Herbert wykorzystał w wierszu liczne metafory, w tym nawiązujące do treści biblijnych. Wzbogacił je epitetami: kamienny, kamienne, brzozowy, niepewny, samotną), porównaniami  (pora samotna jak ziarno). Nastrój ciszy wypełniającej kościół podkreśla użyciem takich słów jak westchnienie, szept, milczenie . Posługuje się też kilkakrotnie wieloznacznością wyrazów: kościół, chleb, ziarno, kantyczka,
Niebagatelną rolę odgrywa brak interpunkcji, zaciera on bowiem granice między wyrazami, między zdaniami i zwrotkami dając możliwość rozmaitej interpretacji związków wyrazowych.
Atojaxxl

Hurra!!! znalazłam wiersz Herberta „Kościół”

Jednak był publikowany; po raz pierwszy w antologii:  „… każdej chwili wybierać muszę” – PAX 1954 i w 2010 roku w tomie: Zbigniew Herbert, Utwory rozproszone.
Wiersz był blisko, na wyciągnięcie ręki:)
Okazało się, że mój znajomy ceni bardzo twórczość Herberta, ma wszystkie jego dzieła zebrane; wiersza „Kościół” nie pamiętał, ale go MIAŁ.
To teraz mamy go już wszyscy:)
Datowany jest na 25 II 1951

Kościół

W kamiennym lesie katedry
pod czaszką sklepieniem i niebem
godzina wstrzymanych zegarów
popiół spalonych traw

niepewne wiązania szeptów
westchnienia do chleba naszego
na górze żebra mamutów
kamienne morze i ląd

milczenie posadzki na której
kwitną włosy grzesznicy
pora samotna jak ziarno
rozsadza opokę i dno

w brzozowym lesie organów
zagubił kantyczkę Sebastian
Jan ją znalazł i poszli
przytuleni skrzydłami

on był tu także lecz milczał
zagasił ołtarz jak zachód
puszystej łące powietrza
stopy zostawił świat

To ten kościół: gotycki, ale z wystrojem barokowym i wspaniałymi organami


kościół NMP w Toruniu

wnętrze kościoła NMP w Toruniu

(kolaż zdjęć moich i Wikipedii)

Szkoda, że nie znalazła się nigdzie analiza tego wiersza; ja sama nie umiem jej dokonać; dla mnie wiersz to suma skojarzeń, podsuniętych myśli i tropów, podążanie za myślą autora. Wejście do gotyckiej katedry to zawsze niesamowite wrażenie wielkości (te „żebra mamutów”), transcendencji – tu rzeczywiście – mimo ciszy – słyszy się wspomnienie wszystkich modlitw i rozedrganą muzykę organów. Bardzo spodobał mi się pomysł zgubionej kantyczki, którą znalazł Jan Sebastian Bach; przymknij oczy i posłuchaj: czy to nie fuga d-moll? te uciekające nutki, gonione dźwiękami przez Jana Sebastiana?


Ławeczki poetów i takie tam…. lubicie?

W Tarnowie, na ulicy Wałowej, jest ławeczka poetów, na której przysiedli Zbigniew Herbert, Agnieszka Osiecka i Jan Brzechwa.
Dużo tu ostatnio o Herbercie, w związku z moim wypadem do Torunia; jak pisał niejednokrotnie Kamil w komentarzach wiele nasze miasta łączy:) ta ławeczka to taka kolejna nić łącząca Toruń z Tarnowem; popatrzcie

Ostatnimi laty ławeczki poetów powstają jak grzyby po deszczu:)
Oczywiście turyści szaleją, fotografując się z nimi, wręcz kolejki ustawiają się do zdjęcia!
Zastanawiałam się, czy mi się ta idea podoba… i wyszło mi, że tak. Jednak tak. Miła jest materialna świadomość czyjejś obecności kiedyś tam w danym miejscu. Biegnąc co dzień obok do swoich zajęć, powtarzam w myśli jakiś fragment wiersza, który on (czy ona) napisał… żyje się zanurzonym w historii dziejów, pamięta się o tym. Dla mnie to cenne.
Nie mówiąc już o tym, że jest to jakiś oddech po monotoni betonowych kostek naszych bloków.

A w Toruniu znalazłam ślad po grafiku, Zbigniewie Lengrenie, popatrzcie to Filutek z „Przekroju”! jest tam też złoty osioł, który dawniej pełnił rolę pręgierza.

Filutek

I jeszcze legendarny flisak, który grą na skrzypcach wyprowadził z miasta zbyt rozpanoszone tam żaby

flisak i żaby

Zbigniew Herbert w Toruniu – pomocy!

„A wystarczy dzień, dwa, aby je poznać i poznawszy zaprzyjaźnić się, a może nawet pokochać…”
– tak pisał Zbigniew Herbert o Toruniu.

Lubię szukać literackich śladów w miejscach, które zwiedzam. Jadąc do Torunia, wiedziałam, że poeta Zbigniew Herbert związany był z tym miastem. Miałam jednak zbyt mało czasu, by dobrze się do tych tropów przygotować.
Dopiero po powrocie więcej nieco poczytałam i już tylko we wspomnieniach i zdjęciach mogłam odnaleźć jego ślady.
Czytając napisaną przez Halinę Misiołek historię jej długoletniego związku z Herbertem, trafiłam na słowa poety: „Byłem w kościele NMP i na chórze napisałem wiersz”.
Znawcy twierdzą, (a zwłaszcza Cezary Dobies, autor książki „Herbert w Toruniu. Przewodnik po latach 1947-1951 dla turystów poezjojęzycznych”), że chodzi o toruński kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, a wiersz nosi tytuł „Kościół”.
Byłam w tym kościele! nawiasem mówiąc był to jedyny kościół, w którym nie było remontu i do którego dało się wejść:)
Ale nie mogę znaleźć tego wiersza:(((
W tomikach Herberta, które posiadam, go nie ma, w internecie (w którym ponoć jest wszystko) też go nie znalazłam. Owszem, wszyscy o nim piszą, ale samego tekstu nie ma. To wczesny wiersz poety, zaliczany do juveniliów. 
Proszę, może ktoś zna ten wiersz, spotkał się z nim? Proszę o pomoc. Bardzo chciałabym ten wiersz przeczytać.

Zapraszam na kawę!

Setki kroków po toruńskiej Starówce:) długi wieczór przed nami i perspektywa nocy w pociągu – to wystarczające chyba powody, żeby przycupnąć gdzieś na kawę?
Z bitą śmietaną i irlandzką whiskey – smakowała jak ambrozja:)


irish coffee

A przycupnęłam nie tak znowuż gdziekolwiek; jadąc do Torunia, wiedziałam, że chcę wpaść do Atmosphery na ulicy Panny Marii 3.


atmosphera

wystrój kawiarni

Atmosphera jest laureatem markowego lokalu miasta w tym roku. Jest pastelowa i pełna filiżanek.
Zauroczyły mnie wprost filiżanki powieszone na drążku okiennej zazdrostki i bardzo się ucieszyłam, że stolik przy tym oknie był akurat wolny.


filiżanki w Atmospherze

O deserach w tej kawiarence nic wam nie powiem, bo rzadko jadam desery; wiecie, ciągle ta dbałość o linię:)))) ale kawa była pyszna!

Toruń pod opieką anioła

„Tarczę herbową trzyma klęczący anioł w szacie błękitnej ze skrzydłami srebrnemi…”
Wyczytawszy to, pilnie wypatrywałam śladów anioła na toruńskiej Starówce.
Strzeże on miasta od XV wieku, także i dziś:


herb Torunia

 

fresk z aniołem

I jeszcze specjalnie dla Zet (który darzy wielką estymą anioły) wiersz Zbigniewa Herberta „Siódmy anioł” (Herbert przez pewien czas mieszkał i studiował w Toruniu)

Siódmy anioł
jest zupełnie inny
nazywa się nawet inaczej
Szemkel

to nie co Gabriel
złocisty
podpora tronu
i baldachim

ani to co Rafael
stroiciel chórów

ani także
Azrael
kierowca planet
geometra nieskończoności
doskonały znawca fizyki teoretycznej

Szemkel
jest czarny i nerwowy
i był wielokrotnie karany
za przemyt grzeszników

między otchłanią
a niebem
jego tupot nieustanny

nic nie ceni swojej godności
i utrzymują go w zastępie tylko ze względu na liczbę siedem

ale nie jest taki jak inni

nie to co hetman zastępów
Michał
cały w łuskach i pióropuszach

ani to co Azrafael
dekorator świata
opiekun bujnej wegetacji
ze skrzydłami jak dwa dęby szumiące

ani nawet to co
Dedrael
apologeta i kabalista

Szemkel Szemkel
– sarkają aniołowie
dlaczego nie jesteś doskonały

malarze bizantyjscy
kiedy malują siedmiu
odtwarzają Szemkela
podobnego do tamtych

sądzą bowiem
że popadliby w herezję
gdyby wymalowali go
takim jak jest
czarny nerwowy
w starej wyleniałej aureoli

Toruń Herberta

Pasta&Basta

Ouuu! nachodziliśmy się już po toruńskiej Starówce, że ho, ho! Warto by gdzieś przysiąść i może coś zjeść?
Zapraszam na Rynek Staromiejski, do lokalu Pasta&Basta. W rankingu „Markowy Lokal Torunia” – bardzo wysoka lokata!
Pasta&Basta

Jest tu pomarańczowo, przytulnie, miło. I smacznie:) Dodam, że niedrogo.
Bardzo sympatyczne, młodziutkie kelnerki. To było naprawdę miłe, kiedy przyszła do nas i przedstawiła się: jestem Kasia; będę czuwać nad Państwa pobytem tutaj. I rzeczywiście czuwała:) Właściwie to pierwszy raz się spotkałam z tak spersonalizowanym przyjęciem.
lokal wewnątrz

W karcie menu mamy „instrukcję” zamawiania:

1. Wybierz swój ulubiony makaron
2. Zadecyduj, który sos dodamy do wybranego prze ciebie makaronu.
3 Jeśli to za mało lub masz ochotę na coś innego, zapraszamy do skosztowania naszych świeżych sałat, zup, deserów lub innych potraw z naszego menu.
4. Smacznego!
 Wybrałam linguine i sos zielony: szpinak, cebula, czosnek, ser lazur, śmietana. Do tego białe wino Villa Albius – Chardonnay.
linguine ze szpinakiem

Można sobie było wybrać czy sos ma być na bazie śmietany czy tez może oliwy. Szkoda, że nie wybrałam oliwy, bo śmietanowy szybko stygnie, a porcja – jak dla mnie – wymagała sporo czasu, żeby ja zjeść:))))

Jeszcze po cichutku zdradzę wam pewną dyskretną tajemnicę:) w toalecie (pomarańczowo-czarnej, jak cały lokal) drzwi są z przeźroczystego szkła! Szok! prawda? Ale spoko! kiedy przekręci się zamek – szyba robi się matowa:)))
Zabawne to było:)

Toruń kocha koty

Jest taka legenda toruńska: O kocie, który bronił miasta. Czy rzeczywiście tak było? Kto wie… Faktem jest, że w wystroju kamieniczek pamięta się o kocie, popatrzcie:

koty na murach

kamienica koci ogon

A oto legenda:

„Przed wiekami, kiedy toruńskie spichrze były pełne zboża, w mieście zadomowiły się wielkie ilości myszy. Burmistrz nakazał więc sprowadzić koty, których zadaniem miała być walka z dokuczliwymi gryzoniami. Wśród sprowadzonych do miasta kotów znajdował się jeden wyjątkowo leniwy kocur. Niezbyt chętnie uganiał się za myszami, za to wieczorami, kiedy inne koty wyruszały na łowy, ten przechadzał się po miejskich murach szukając przyjaciół wśród miejskich strażników. Toruńscy strażnicy polubili go. Często dostawał od nich odpadki po posiłkach, a niekiedy nawet spory kawał mięsa.

 W ten sposób mijały mu spokojnie dni, aż nastał dzień 16 lutego 1629 roku. Pod mury miejskie zbliżali się Szwedzi, pragnący zdobyć miasto. Mieszczanie z trudem odpierali ataki nieprzyjaciela. Dochodziło do krwawych walk wręcz. Wtedy nasz leniwy kocur pokazał na co go stać. Mężnie bronił toruńskiego grodu stojąc w pierwszym rzędzie walczących. Swymi pazurami naznaczył niejednego nieprzyjaciela.

 Po długich walkach nieprzyjaciel został pokonany. Uwadze władz miasta nie uszły wyczyny kocura. Na ratuszowych salach sporo czasu zastanawiano się, jak wynagrodzić jego męstwo. Postanowiono w końcu, że odtąd nazwy niektórych toruńskich baszt będą przypominały o jego wyczynach. Baszty broniące miasta od strony północnej nazwano więc: Kocim Łbem, Kocim Ogonem, Kocimi Łapami, a barbakan broniący Bramę Chełmińską nazwano Kocim Brzuchem. Do dziś niewiele zachowało się z miejskich baszt i murów, po których przechadzał się waleczny kot. Pozostała tylko jedna okrągła baszta przy ulicy Podmurnej, zwana Kocim Łbem”

(cyt. Za stroną miasta Torunia)

baszta Koci łeb

baszta na Podmurnej

Ale Toruń to nie tylko miasto kota; Toruniem opiekują się Anioły….. o czym wkrótce