Filiżanka kawy i royal baby

Wolny, piękny, słoneczny poranek, świeżo zaparzona arabica z ekspresu:)
W jakiej filiżance?
Może tej z angielskiej porcelany, przywiezionej z Windsoru? jako że małe royal baby już jest na świecie?
filiżanka Windsor

Dużo było ruchu kiedy Kate i William pokazali światu małego Georga. Myślę, że ta radość Brytyjczyków była bardzo sympatyczna:)
Rośnij zdrowo maluszku!

Mam garnek rzymski

Wyposażenie mojej kuchni powiększyło się o zupełną dla mnie nowość: gliniany garnek rzymski.
Nadaje się wyłącznie do pieczenia w piekarniku – odpowiedniejszą nazwą byłaby: foremka do pieczenia.
Przed pieczeniem trzeba go wymoczyć w zimnej wodzie, ok. 15-20 minut, zaczynając pieczenie wkłada się go do zimnego piekarnika i dość długo piecze w niezbyt wysokiej temperaturze

garnek rzymski

Zaczęłam swoją przygodę z rzymską skorupą od kurczaka; nie powiem – dobry wyszedł:)

kurczak z garnka rzymskiego

2 udka i pierś kurczaka
1 cebula
sól, pieprz
przyprawa do drobiu (użyłam przyprawy bawarskiej, autorskiej mieszanki mistrza Schuhbecka; bardzo mu się ona udała)
2 łyżki oliwy
2 łyżki białego wytrawnego wina

Najpierw trzeba namoczyć garnek razem z pokrywą w zimnej wodzie.
W czasie, kiedy on się moczy, ściągnęłam skórę z udek, natarłam kurczaka solą, pieprzem i przyprawą bawarską, skropiłam łyżką oliwy i winem, włożyłam do lodówki.
Na drugiej łyżce oliwy podsmażyłam cebulę pokrojoną w półkrążki.
Do wyjętego z wody garnka włożyłam kurczaka wraz z marynatą, dodałam cebulę wraz z oliwą, przykryłam pokrywą.
Włożyłam do zimnego piekarnika.
Włączyłam temperaturę 160 st. C. Piekłam kurczaka godzinę piętnaście.

Ale prawdziwy test garnka będzie przy pieczeniu schabu, który jest mięsem mającym tendencje do wysuszania się. A podobno podstawową zaletą garnka rzymskiego jest zapobieganie wysuszaniu się mięs. Więc się zobaczy:)!
Wyniki wkrótce:)

W ojczyźnie Le Creuset

Spacerując wąskimi, uroczymi uliczkami Cannes, nie myślałam wcale o kuchni i garnkach; zachwycałam się raczej kapeluszami, letnimi kreacjami, pantofelkami i torebkami. Aż tu nagle na rogu ulicy pojawił się sklep, który kusił wiosenną, soczystą zielenią wystroju i gadżetów. Sklep z kuchennymi gadżetami, wśród których królowały garnki Le Creuset. Och, no nie mogłam tam nie wejść:

le creuset

I za chwilę mówiłam sobie: na szczęście te garnki są zielone, oliwkowe, nie pasują do mojej kuchni. Ja zbieram te płomienno-pomarańczowe. Ale ta zieleń jest taka piękna…. jakby tak… wprowadzić jakiś inny akcent do kuchni….. Na szczęście sprowadziły mnie na ziemię ceny:)

A w moim garnku Le Creuset właśnie wczoraj robiłam kurczaka marynowanego i duszonego w pastis. Fantastyczny smak!

kurczak w pastis

A tak brzmi przepis (z tego opasłego tomiszcza Kulinaria Francuskie, wydawnictwo Konemana):
Proporcje na 2 osoby:
1 pierś kurczaka
kieliszek pastis
szczypta szafranu
pół szklanki oliwy
sól, pieprz
1 cebula
2 ząbki czosnku
2 pomidory zblanszowane i obrane ze skórki
gałązka pietruszki
2 ziemniaki
Kurczaka pokroić na małe kawałki, poosolić i popieprzyć, po czym zalać oliwą i pastisem, dodać szafran i marynować 12 godzin.
Po tym czasie cebulę pokroić na półkrążki, czosnek drobno posiekać, dusić na rozgrzanej oliwie.
Dodać pomidory pokrojone w cząstki.
Dodać kurczaka razem z marynatą, gałązkę pietruszki, dolać nieco wody i dusić około 15 minut.
Następnie dodać ziemniaki pokrojone w plastry. Dusić pod przykryciem następne 20-30 minut aż ziemniaki będą miękkie.
Podawać z chlebem posmarowanym pastą majonezową rouille.

Szklany słój na ciasteczka

Obraz zapamiętany z wielu filmów, jego opis czytany w wielu książkach: na kuchennym kredensie, czy na sklepowym kontuarze stoi szklany słój, a w nim kruche pyszne ciasteczka; pani domu… subiekt – otwiera słój i częstuje małych gości czy też klientów. Wspomnienie takiej sceny towarzyszy ludziom bardzo długo…. to obraz i smak dzieciństwa.
Nigdy u nas w domu takiego słoja z ciasteczkami nie było; ale skoro zobaczyłam szklany słój w sklepie, nie mogłam się oprzeć:)
I oto jest:

słój na ciasteczka

Wieczór to czas herbaty

Lubię ten czas, kiedy już wszystko, co miało być zrobione, jest zrobione, mieszkanie sprzątnięte, świeci się lampa przy fotelu, czeka książka.
Nadchodzi czas herbaty.
Właśnie kupiłam sobie imryczek z filiżanką do zaparzania

imryk do herbaty

Właśnie taki chciałam sobie kupić w Londynie, ale ciągle szukałam wzoru, który bardziej by mi się podobał, w nadziei, że może w tym następnym sklepie będzie ładniejszy…. i w końcu nie kupiłam.
A ten – w moim polskim mieście – spodobał mi się od pierwszego spojrzenia.
Kulinarnie niewiele się działo u mnie w tym tygodniu; realne życie wciągnęło mnie w swój kierat:)
Ale nagrywałam i oglądałam kolejne odcinki „Julia i Jacques gotują w domu”; no więc Julia rzeczywiście coś w sobie ma; jest urokliwie miła i na luzie i pełna humoru.
A moją wieczorną lekturą nadal jest książka „Julie&Julia”, na podstawie której powstał film o Julii Child.
I wiecie? miała rację moja koleżanka z USA, kiedy odradzała mi kupno tej książki.
Rozmawiałyśmy o niej ładny kawałek temu, kiedy zaczynały się prace nad filmem. Szukałam w internecie bloga Julii Powell, ale koleżanka powiedziała mi, że z chwilą kiedy ukazała się ta książka, blog został wykasowany. Jednak – jej zdaniem – blog był świetny, a książka, niestety, nie. Chciała mi ją przysłać, ale po tej rekomendacji, zrezygnowałam. Kiedy jednak pokazało się polskie tłumaczenie i zaczął się szum medialny wokół niego, skusiłam się.
No więc nie jest ta książka rewelacją. Owszem, jest to świetny materiał na scenariusz filmowy. Ale czyta się bez specjalnych emocji.
Szkoda, że nie wydano po prostu zapisków blogowych.
No cóż, czekam na film.

Będę bronić papierowych kalendarzy…

W Rzeczpospolitej jedna taka bardzo nowoczesna pani redaktor postponuje papierowe kalendarze, nakazuje przerzucić się na elektronikę, tłumacząc jednocześnie maluczkim – jakby tam który nie wiedział – co to jest iPhon:

Pochylmy się nad nimi ze świadomością, że to ostatni Mohikanie ery druku. Obojętnie w jakiej formie, kalendarz na papierze skazany jest na wymarcie. W najbliższej przyszłości znikną wielgachne płachty wieszane na ścianie, biurkowe stojaki, nawet kieszonkowe mikrusy. Ludzie przerzucą się na iPhony, czyli komórki połączone z kapownikiem, pamiętnikiem, poradnikiem, aparatem fotograficznym i w ogóle z elektronicznym rozumem.
(…)Co najistotniejsze: w ostatnich latach kalendarze ścienne straciły swój estetyczny czar. Dziś ozdabianie nimi prywatnych wnętrz uchodzi za wizualny zgrzyt. Akceptowane są jedynie w pozbawionych indywidualizmu biurowych wnętrzach.

No, no… Czy rzeczywiście?
Ja tam lubię mieć przed oczami całoroczną płachtę z wykazem miesięcy, niedziel, świąt.
Przy komputerze stoi mały kalendarzyk na codzienne notatki; pracując, cały czas widzę, co tam mam zaplanowane do zrobienia.

mały kalendarzyk

A w kuchni? no, czyż nie ma uroku codzienne zrywanie kartek?

zrywane kartki kalendarza

Kalendarze – to czas oswojony.
Powiem więcej: z wszystkich moich zagranicznych wakacyjnych podróży przywożę właśnie kalendarze, starannie wyszukiwane, by układ był taki, jak lubię. I z fotografiami, które mają mi przypominać miłe, wakacyjne dni, widziane atrakcje i ulotne, piękne chwile.
Wygląda na to, że jestem staroświecka, he, he!
No cóż, prowincja ma swoje prawa!
Ja po prostu kocham kalendarze! 

Stara, poczciwa makutra

Są już teraz, w tym naszym nowym wieku tacy, co w ogóle nie wiedzą, czym jest makutra.
A przecież, kiedy trzeba utrzeć lukier do pierniczków, nie ma to jak stara, poczciwa, pękata, gliniana donica z rowkami. I drewniana pałka, pięknie wytoczona, z bardzo twardego drzewa. Niech się schowają miksery, roboty, czy żyrafy – jak to Pascal w TVN-ie mówi.

Ucieramy lukier, zdobimy pierniczki, pieczemy… a tu już blisko, coraz bliżej – Wigilia.
I jak pisze Antoni Gołubiew:

Noc jest za oknem. Lecz w pokoju światło.
I oczy dzieci błyszczą podnieceniem,
od kuchni brzęk radosny naczyń biegnie,
rejwach dokoła stołu i zamieszanie
Zapachy potraw, choinki i siana…

Przyprawy na magnes

Cassoulet się piecze (doglądam tworzenia chrupiącej skórki), a w międzyczasie robię porządek w przyprawach, sprawdzam termin ważności, porządkuję. Niektóre, te często używane, przesypuję do kupionych w Ikei pojemniczków z magnesem. Przyczepiam je do lodówki:

Mam fajny, stojący na blacie kuchennym obrotowy stojaczek na podstawowe przyprawy, ale te ikeowskie pojemniki też są super! W ten sposób umieszczone są cały czas pod ręką, dobrze widoczne, nie trzeba mozolnie szperać wśród słoiczków.